ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: zaloba

Dwanaście godzin w tę, dwanaście z powrotem, dwa tygodnie tam i znowu tu. Tak by można w skrócie opisać ferie świąteczne.

Ale opiszę też szczegółowo. Może w punktach:
1. Droga dotamtąd.
Minęła bez większych niespodzianek. Wyjechaliśmy w deszczu, ale w drodze pogoda się ustabilizowała i była całkiem znośna. Naszą ulubioną restauracyjkę w Tesco pod Pilsnem zamknęli. Zawsze, od lat wielu już jedliśmy tam smażeny syr z hranolkami i sałatką. Niestety teraz wyrosły tam upiorne fastfoody wietnamskie i nieśmiertelny McDonald’s – duch czasu.
Dojechaliśmy o przyzwoitej porze, odwiedziliśmy po drodzę ciocię E. i wujka J., a potem pojechaliśmy na W-ką, oczekiwani przez M. (macochę moją), D. (jej córkę), N. (córkę córki) i J. (ojca córki). W tym składzie spędziliśmy też święta i większość wakacyjnych nocy i dni. Nieobecność Taty zniosłam o wiele lepiej niż przypuszczałam, nie wiem, czy wskutek tabletek antydepresyjnych, które zażywam już trzeci miesiąc, czy to czas już zaczął robić swoje… A może moja „hiperaktywność” (czyli niemożność usiedzenia na miejscu i potrzeba stawiania wszystkiego na głowie) odegrała jakąś rolę. Taka sobie kompensacja. Kompulsywne sprzątanie… Nie wiem, na pewno duże znaczenie miała też swoista „zmowa milczenia”. Mój Ojciec był nie tylko nieobecny cieleśnie, ale i duchowo. Prawie się o nim nie mówiło, nie było żadnych wspominek, żadnych pogaduszek. Cóż, miało to tę dobrą stronę, że święta nie zamieniły się w zbiorową ścianę płaczu. Ale święta to już następny punkt.
2. Przybycie.
Po przyjeździe rzuciliśmy się w wir zakupów, sprzątania i przygotowywań do świąt.
3. Święta, święta…
Wigilię spożywałam podwójnie. Raz u cioci E. i wujka J., drugi raz w domu (byłym) rodzinnym na W-j. Raz była grzybowa z łazankami (zupa), śledź (przystawka), a na drugie: karp z ziemniakami i kapustą, a na deser makówki. Drugi raz barszcz z uszkami (zupa), pierogi z kapustą i grzybami (przystawka), karp (dla dzieci paluszki rybne) na drugie i sernik i makowiec na deser. Byly też dwie choinki i podwójne wyciąganie prezentów spod choinki. Dla dzieci podwójna uciecha. Dostały masę książek, zabawek, puzzli, ciuszków i słodyczy.
W pierwsze święto spożyliśmy późne i uroczyste śniadanie na W-j, potem udaliśmy się do wujka J. i cioci E., a następnie na małą chwilkę do cioci T. W drugie święto pojechaliśmy do Nikiszowca (miasteczko mojego dzieciństwa) do cioci A., gdzie było bardzo miło. Pospisywałam też trochę danych, do tworzonego przeze mnie drzewa genealogicznego. 
4. … i po świętach!
Soboty coś nie pamiętam. W niedzielę znów ciocia T., gdzie też było miło i gdzie nadal tworzyłam drzewo. Potem ciocia E. z wujkiem J., u których czuję się już jak w domu. U nich zresztą pomieszkiwały moje dzieci. W poniedziałek uroczysty (i pyszny) obiad u mojej stryjecznej bratowej E. i kontemplacja jej nowo wyremontowanego mieszkania. Wtorek upłynął na pakowaniu mebli Taty (przyjechała po nie spedycja), a następnie przestawianiu pozostałych mebli, żeby pokój Taty nadal jakoś wyglądał.
5. Sylwester.
Miałam mocne postanowienie nieimprezowania w Sylwestra, ze względu na żałobę (nie tyle tę zewnętrzną, co wewnętrzną. Po prostu w towarzystwie rozbawionych ludzi czuję się jak przybysz z kosmosu), ale wyszło inaczej. Ciężarna kumpela z kumplem zaprosili S1 i Kocicę z mężami plus dwie zaprzyjaźnione panie na spokojną posiadówkę. Bez tańców i bez szaleństw. Ponieważ Sylwester to ważne święto dla mojego męża (w jego kraju nie obchodzi się rzecz jasna Wigilii, za to tym szumniej Novyj God. Z choinką i dziadkiem mrozem, rodzinnie i na podobieństwo naszych świąt), a poza tym stęskniłam się za w/w, więc się zdecydowałam wziąć udział i nie żałuję tego kroku ;-). Było bardzo miło. Mężu też się podobało.
5. Rozmowa majątkowa w Nowy Rok plus wielkie zdziwienie.
6. Powrót do tu.
Również bez przygód oprócz dość silnej zamieci śnieżnej na wyjeździe. Reszta planowo i bez niespodzianek. Jedyne odstępstwo od rutyny, to liczba osób. Skład nie jak zwykle czteroosobowy, a pięcio. Bo pojechała do nas w gości ciocia E.
Hurra!

Moje życie kojarzy mi się z balansowaniem na linie. Stalowej i miejscami odblodzonej. Idę (bo muszę), stawiam krok za krokiem (bo muszę) i nagle wiuuuuuuu, poślizg, zjazd, upadek. Może i na siatkę, ale i tak upadek.
Dziś znowu mam taki poślizg. Te urodziny mnie dobiły…

Cytat

2 komentarzy

Nie płakała za tym, co utraciła. Opłakiwała to, co jej matce nie było pisane.
Donald McCaig: Rhett

Ja jestem na tym etapie. Co krok natykam się na coś, co nie było mojemu Ojcu pisane. Co chciałabym Mu opowiedzieć, co chciałabym pokazać, co chciałabym podarować.
I ciągle to ogromne zdziwienie – jak to? I to już nigdy?!?!

I znowu dół

2 komentarzy

Moja machocha wczoraj porządkowała biurko Taty. I znalazła kartkę przez Niego pisaną. Były na niej cztery zdania:
ja chyba umieram
ja chyba umieram
ja chyba umieram
ja chyba umieram
Czy pisał to bezpośrednio przed śmiercią? Czy wcześniej? Tego nie wiemy.
Jak zadzwoniłam do niej, bardzo płakała… Jak trudno kogoś przytulić na odległość…

Dlaczego ludzie nie rozumieją, że czas żałoby jest potrzebny?! 
Dlaczego nikt mi tego czasu nie chce dać?! Dlaczego wszyscy uważają, że muszę się pozbierać, że muszę się trzymać, że muszę żyć, jakby nic się nie stało. No, nie wszyscy, ale wielu… Ok, zgadzam się, śmierć należy do życia – jest jego nierozłącznym elementem. Ale mimo to chyba wolno opłakiwać zmarłych?!
Ja wcalę nie chcę „się trzymać”! Ja nie chcę się zbierać! Ja nie chcę być dzielna!
Ja chcę mieć czas na pożegnanie.
Ja nie chcę być pocieszana, nie chcę słuchać, że tak lepiej. Nie chcę, żeby mi ktoś wymieniał wady Ojca, żeby ukazywał Jego ciemne strony.
Nie, wcale nie chcę robić z Niego ideał, po prostu chcę, aby został w mojej pamięci taki jaki wcale nierzadko bywał. Kochający, ciepły, mądry… Cóż, to niejako moja wina, że wielu moich znajomych ma niewłaściwy Jego obraz. Nie znając Go osobiście lub znając przelotnie, opiera się na tym, co mówiłam… A wiadomo, że człowiek (Polak?) raczej narzeka niż chwali. Więc i ja… Częściej mówiłam o Nim, gdy mnie czymś wkurzył, niż gdy mnie czymś ucieszył.
Nie opowiadałam chyba nigdy, jak mnie uczył czytać (dostałam od niego w tym celu drewnianie klocki z literkami), a potem zasypywał książkami. Zawsze starał się trafić w mój gust, choć oczywiście próbował go też kształtować. Dostawałam słowniki, encyklopedie, ale i bajki, a potem powieści. Gdy zaczęłam się interesować epoką napoleońską otrzymałam masę napoleoników, gdy zaczęło mnie interesować językoznawstwo dostałam dużo książek lingwistycznych.
Nie opowiadałam chyba nigdy, że to od Niego dostałam pierwszy rowerek (mały, czerwony, pedały kręciły się do przodu i do tyłu, hamowałam wjeżdżając w mur) i od niego dorosły rower, to od Niego pierwszy adapter Bambino (jeszcze nie było wówczas magnetofonów), na którym potem namiętnie słuchałam bajek-samograjek. Szary był chyba. I od niego Mister Hita. Taki czerwony… Od Taty był pierwszy magnetofon szpulowy (Grundig) i pierwszy kasetowy (najpierw taki prościutki, prawie dyktafon, potem magnetofon z radiem o nazwie Jola 2).
Od Taty dostałam pierwsze dziecinne mebelki, od Niego też komplet młodzieżowy – meblościankę, amerykankę, do tego dywan, stylową lampę. Lampa na biurko była od niego, obrazy na ścianach, bibeloty… Zakładał kontakty, szlifował drzwi, malował pokój. Otrzymałam od niego masę biżuterii, dostawałam na ciuchy, kino… Dla mnie odnowił śliczną toaletkę, dla mnie zdobył nastrojowy kinkiet na świeczkę (gdzie on teraz jest?) czy pseudorokokowe lusterko.
Dostawałam też masę uczucia. To on mnie nazywał swoją Lalą, Laleczką, Lalunią czy Lalcią. Zawsze był gotów przytulić, zawsze służył radą i pomocą.
Oczywiście, że były i złe chwile. Ale ja chcę pamiętać tylko te dobre! Jak mnie podciągał w nauce. Jak mi pomógł dostać się do liceum, jak mnie wspierał podczas egzaminów na studia. Jak mnie uczył języków (ponoć jako dziecko mówiłam biegle w esperanto, potem niestety wszystko zapomniałam). Jak mi załatwił korepetycje z angielskiego, żebym go śpiewająco zdała na egzaminach wstępnych do Studium.
Pomagał wszystkim moim koleżankom, które tego potrzebowały. Niejednej dawał korepetycje z matematyki, fizyki czy chemii. Niejedną podciągał w językach. Korygował prace magisterskie i dyplomowe… Pożyczał książki, dzielił się wiedzą…

Dziś w nocy przyszedł do mnie. Dokładnie pamiętam ten sen. Początkowe zmieszanie, jak to? i co teraz? co ludzie powiedzą? co ludziom powiemy? a co z płytą na cmentarzu? Ale szybko się otrząsnęłam i zaczęłam po prostu nadrabiać zaległości. Szybko mu powiedziałam wszystko, czego nie zdążyłam, mam przecież wszystko poukładane… I obudziłam się o wiele lżejsza. O wiele spokojniejsza. Dziękuję Tato, że przyszedłeś. Potrzebowałam tego. Jest mi teraz o wiele lepiej… Nareszcie mogę płakać…

Zaduszki

3 komentarzy

Pozwolisz Szarotko, że zapożyczę sobie ten cytat? Pasuje mi do nastroju zaduszkowego…

Nad kim płaczesz? Nad tymi, co umarli, czy nad sobą? Nad sobą. Opłakując ich śmierć, opłakujesz własne osamotnienie, własną dolę tego, który został. Własną śmierć. Bo ich odejście to trochę (un peu) twoja własna śmierć.

Nieodwracalność. Niczego już się nie da naprawić, niczego odwołać, nie da się powiedzieć tego, z powiedzeniem czego się zwlekało. Za późno na skąpioną – nie wiedzieć czemu – czułość. Teraz niewykonane, niepowiedziane, nienaprawione trzeba nieść w sobie. `Śpieszmy się kochać ludzi…’. Kochać? Śpieszmy się, żeby zdążyć powiedzieć o miłości.”

Ks. Adam Boniecki

Jakby mi z ust to wyjął. Z serca…
Groby moich bliskich są daleko, poszłam (poszliśmy) więc symbolicznie na najbliższy cmentarz zapalić symboliczną lampkę na symbolicznym grobie. Pusty cmentarz, ciemno, tylko gdzieniegdzie znicz… Jakże inaczej wyglądają nasze groby w ten dzień…
 
Nie chcę Helloweenu! Nasza tradycja jest o wiele piękniejsza!

Dziękuję

1 komentarz

Dziekuje kochani za wszystkie ciepłe słowa, za próby podniesienia mnie na duchu. Wiem ze można, wiem ze trzeba… Pozbieram sie, na pewno.
Już zresztą jakoś funkcjonuję – po prostu przygniata mnie ogromny kamień…
Muszę się podnieść, ale jeszcze nie teraz. Czas żaloby też jest potrzebny.
Staram się życ normalnie, staram się iść do przodu, ale nie, jakby nic się nie stało, tylko z tym właśnie.
Nie przytłacza mnie żałoba, ona mi dobrze robi, przytłaczają mnie formalności – spadek materialny, spadek duchowy, kwestia lojalności, poczucie odpowiedzialności…
Trochę mi tego Tato zostawił. Nie byłam przygotowana mimo, że próbował wielokrotnie ze mną o tym mówić. Bagatelizowałam, zbywałam… Głupio rozmawiać z własnym Ojcem o jego własnej śmierci. Uciekałam od tematu. A teraz mnie dogonił.
Cóż, dam radę
Jeszcze tylko trochę. Dajcie mi trochę czasu…

Mądrość dziecka

1 komentarz

- Mamusiu, czemu Ty płaczesz, że dziadziuś poszedł do nieba? Przecież jak ty pójdziesz do nieba, to się znowu zobaczycie! (E., lat 5)

- Mamusiu, czemu mamusie nie śpiewają?
- Nie no śpiewają, tylko ja nie śpiewam, bo jestem smutna. Bo mi tatuś umarł.
- Ale przecież możesz dla niego śpiewać. Dla swojego Tatusia…
(E., lat 5)

I juz jestem w domu…
Przeżyłam najstraszniejsze chyba cztery dni mojego życia. No może nie licząc śmierci Mamy. Ale wtedy byłam mała i wszystko działo się poza mną. Czy nawet ponade mną. I śmierci Babci, która mnie po śmierci Mamy wychowywała. Ale i to odbyło się poza mną. Przyjechałam już na pogrzeb…
Tym razem oprócz żałoby, przenikającego smutku, przejmującego żalu i okropnych wyrzutów sumienia doszły sprawy organizacyjne. Podejmowanie decyzji typu być czy nie być. Pogrzeb czy kremacja? Z księdzem czy bez? Uczestniczyć przy kremacji, czy nie? Stypa z alkoholem czy bez. Tylko rodzina, czy też przyjaciele. Itd. Itp.
Z jednej strony nawał zajęć pozwalał przeżyć te najokrutniejsze chwile smutku, z drugiej wykańczał, zżerał, dobijał…

tłum. „Pomyśl, ile dobra ma w sobie wczesna śmierć, jak wielu zaszkodziło to, że żyli dłużej.”

Jakoś mnie to nie pociesza…
Wielu osobom zmarli rodzice…
Większość buntuje się, że to za wcześnie…
Każdy chyba ma coś, czego nie zdążył powiedzieć, czego nie zdążył zrobić, czego nie zdążył załatwić, zanim bliska mu osoba odeszła… 

A mimo to…
Jak trudno…


  • RSS