ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: wielojezycznosc

Dziś wieczorem przylatuje teściowa. Sa-mo-lo-tem. Na dwa tygodnie. Ciekawa jestem, jak to będzie…
Na pewno będzie mętlik językowy. Teściowa z mężem mówi po kazachsku. Z dziećmi też. I mąż mój z dziećmi mówi po kazachsku. Ja mówię z dziećmi po polsku. Dzieci między sobą po polsku. I po polsku mówię z mężem. Z teściową mówię po rosyjsku. A z goścmi oczywiście wszyscy mówimy po niemiecku. Jeśli goście są Niemcami.
Ot taki galimatias…

Motto na dzień dzisiejszy:
Ile języków znasz, tyle razy jesteś człowiekiem.
(J. W. Goethe)

Często jestem pytana jak (i czy w ogóle) funkcjonuje trójjęzyczność moich dzieci. Postanowiłam więc odpowiedzieć na to pytanie tu właśnie (i w razie potrzeby przesyłać pytającym link ;-)).
Więc…
Jak moim bliskim i znajomym wiadomo
moje dzieci (7,5 i 4,5) komunikują się w trzech językach:
- język polski – język matki i język, którym posługujemy się w rodzinie,
- język kazachski – język ojca (i jego krewnych),
- język niemiecki – język otoczenia (przedszkole, szkoła, „ulica”, urzędy, sklepy etc.).
__________________________
Zanim opiszę swoje perypetie związane z nawałem języków w życiu codziennych, przedstawię trochę teorii (pozbieranej tu i ówdzie, głównie z internetu – wikipedia, fora dot. wielojęzyczności, referat pod tytułem “Dwujęzyczność, jak się do niej dochodzi, jej wady i zalety”  wygłoszony przez Ewę Rybacką ze Szwecji na IV Międzynarodowej Konferencji Polonijnej “Europa polskich ojczyzn”, która odbyła się w dniach 22 – 24 września 2005 roku w Szczecinie.), artykuł „Podaruj dziecku język):

Definicja dwujęzyczności
Dwujęzyczność (bilingwizm) to umiejętność posługiwania się dwoma różnymi językami jako językami ojczystymi. Wynika ona najczęściej ze zróżnicowania etnicznego obszaru, na którym występuje. (por.
http://pl.wikipedia.org/wiki/DwujÄzycznoÅÄ
)
Bilingwizmu nie należy mylić z dyglosją (z gr. diglossia – dwujęzyczność). Dyglosja jest to podział na dwa istniejące w obrębie jednej społeczności i dopełniające się wzajemnie w swej funkcji języki. Dyglosja stanowi taki sposób współistnienia dwóch językowych systemów w ramach jednej językowej społeczności, że funkcje owych systemów znajdują się wobec siebie w stosunku dopełniającym, odpowiadając funkcjom jednego języka w zwykłej (niedyglosyjnej) sytuacji. O zjawisku dyglosji mówi się np. w przypadku opozycji: dialekt vs. wersja literacka języka lub wersja potoczna języka vs. wersja literacka języka.
Nie należy też mylić dwujęzyczności ze znajomością dwóch języków (jako języków obcych).
Medycyna posługuje się też terminem „bilingwizm” w innym znaczeniu – termin ten może też służyć do określenia zaburzeń rozwoju mowy, spotykanych u dzieci rodziców posługujących się dwoma różnymi językami. (por.
http://www.biomedical.pl/slownik-medyczny/bilingwizm-215.html
)
W naszym przypadku ma miejsce dwu-, a właściwie wielojęzyczność w pierwszym znaczeniu. Moje dzieci posługują się trzema językami jako językami obcymi, w zależności od sytuacji i od osoby, z którą rozmawiają.

Korzyści dwujęzyczności (z internetu, por.
http://www.polonia.de/vorteilemehrsprachigkeit.0.html
)

- Dwujęzyczność sprawia, że dzieci stają się bardziej chłonne, wszechstronne, bardziej otwarte na inne kultury, a poznanie innych kultur między innymi prowadzi do większej tolerancji.
- Łatwiejszy sposób komunikowania się owocuje większą pewnością siebie.
- To, że na określenie każdego przedmiotu i pojęcia ma się różne słowa wspomaga elastyczność i kreatywność myślenia.
- Dwujęzyczność ułatwia naukę innych języków, co ma również ogromne znaczenie w karierze zawodowej.
- Dwujęzyczność wspomaga rozwój oraz możliwości nauki, rozwija bowiem zdolności rozumienia i kojarzenia.
- Dzieci dwujęzyczne potrafią też z większą łatwością przestawiać się z jednego zadania na drugie i łatwiej się koncentrują.
- Dzieci dwujęzyczne są językowo bardziej twórcze, mają niejako większą świadomość jego wieloznaczności i wielostronności.
- Z punktu widzenia socjologii, dwujęzyczność pomaga uczyć tolerancji i propaguje wielowarstwowe społeczeństwo.

Negatywne strony dwujęzyczności
Byłabym jednostronna, gdybym nie nadmieniła, że są też głosy przeciwko bilingwizmowi. Temat ten porusza np. Colin Baker (profesor pedagogiki na Uniwersytecie w Wales) w książce „A Parents and Teachers Guide to Bilingualizm” (1995, szwedzki tytuł to „Barnets väg till tvåspråkighet, råd till föräldrar och lärare i förskola och grundskola”).
Negatywne strony posługiwania się dwoma językami według Bakera (cytuję za Ewą Rybacką, por.
http://www.modersmal.net/polska/dwu-i-wielojezycznosc5.htm
) to:
- Konflikt osobowości u dziecka, wynikający z posiadania dwóch języków ojczystych. Wyrastanie w dwóch językach to nie tylko dwujęzyczność, ale również wyrastanie w dwóch kulturach i identyfikacja z dwiema grupami etnicznymi.
- Ogromny wysiłek podejmowany przez rodziców, którzy konsekwentnie wychowują dzieci w dwóch językach
- Oba języki u dziecka są ograniczone.
- Dziecko nie radzi sobie w szkole w żadnym z języków. (Do takiej sytuacji mogłoby dojść na przykład w przypadku, gdyby dziecko zmieniło kraj pobytu, a rodzice nie zapewnili warunków do rozwoju języka rodzinnego. Z drugiej strony, placówki oświatowe kraju osiedlenia nie wywiązały się z zadania, jakim było nauczenie dziecka nowego języka.)

Przesądy
Ewa Rybacka porusza też temat przesądów związanych z dwujęzycznością. W swoim referacie (por.
http://www.modersmal.net/polska/dwu-i-wielojezycznosc4.htm
) zwraca uwagę, że jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych w środkach masowego przekazu popularyzowane były takie opinie:
- naturalna jest jednojęzyczność
- używanie kilku języków w życiu codziennym jest niepotrzebną komplikacją
- powinno się znać tylko ten język, który jest oficjalnym językiem w danym kraju
- niektóre języki mają wyższy status (są bardziej rozwinięte, posiadają więcej niuansów, są bardziej logiczne, są bardziej odpowiednie do wyrażania myśli) i właśnie tych powinni się wszyscy uczyć
- dzieci, które uczęszczają na lekcje języka rodzinnego nie nauczą się „języka otoczenia”. Stąd pochodzi określenie „półjęzyczność”, którym straszy się młodzież i rodziców do dzisiaj. Otóż uważano i bardzo szeroko propagowano ten przesąd, że jeśli dziecko będzie uczęszczało na lekcje języka rodzinnego, nie opanuje w wystarczającym stopniu (aby móc funkcjonować normalnie w społeczeństwie) ani jednego ani drugiego.
- dziecko może się nauczyć drugiego języka tylko wtedy, gdy zna podstawy innego języka
__________________________
Moje zdanie…
nietrudno zgadnąć, że nie zgadzam się z wymienionymi przez Bakera negatywnymi stronami wielojęzyczności, ani z przytoczonymi przez Ewę Rybacką (a pokutującymi jeszcze dzisiaj) przesądami. Nie będę ukrywać, że wielojęzyczność w rodzinie wprowadziłam m.in. z ciekawości. Z wykształcenia jestem lingwistką i bardzo mnie ciekawiło, „co z tego wyniknie”. Ale oczywiście najważniejszą przyczyną była komunikacja. Chciałam, żeby dzieci mogły swobodnie rozmawiać ze swoimi krewnymi zarówno z mojej strony, jak i ze strony męża. Chciałam też zostawić jakiś „ślad” mojego pochodzenia. Ale przede wszystkim chodziło mi chyba o to, że każdy dodatkowy język, to niejako prezent uczyniony dziecku. Zamiast mozolnie uczyć się każdego kolejnego języka, dziecko dostaje już „w kołysce” dwa albo trzy.
__________________________
Rozwój mojego pierwszego dziecka

Szczególnie uważnie śledziłam rozwój pierwszego dziecka (drugie stało się wielojęzyczne automatycznie). Dlatego tu skupię się na razie na wielojęzyczności D.

Niby nie wątpiłam, że dzieci uczą się języków o wiele łatwiej niż dorośli i że eksperyment musi się udać. Ale lekki niepokój czułam i tak. Głupio tak eksperymentować z własnym dzieckiem. Jeszcze w ciąży obłożyłam się literaturą, grzebałam w internecie. W tamtych czasach (zaledwie 8 lat temu) na polskich stronach temat nie był prawie w ogóle poruszany, na niemieckich owszem, ale skromnie. Najwięcej informacji można było znaleźć na stronach amerykańskich. Wypowiadali się głównie rodzice z małżeństw mieszanych, lub znajdujących się na emigracji (często z opcją powrotu). Dotarłam do kilku książek. Najsłynniejsza była wówczas praca Bernda Kielhoefera i Sylvie Jonekeit: Zweisprachige Kindererzeihung, którą znalazłam w bibliotece (
http://www.uni-saarland.de/fak4/bilingualFam/27_11_Teil%201.htm
). Kupiłam sobie również poradnik Elke Burkhardt Montanari:
Wie Kinder mehrsprachig aufwachsen (
http://www.amazon.de/Wie-Kinder-mehrsprachig-aufwachsen-Ratgeber/dp/3860991949
). Resztę doczytywałam w internecie. Miałam też to szczęście (bardzo mi to pomogło), że miałam w pracy koleżankę (Amerykankę mieszkającą w Niemczech), która wychowywała swoje dzieci dwujęzycznie i jej się absolutnie udało. To ona zresztą poleciła mi pozycjź Kielkoefera i Jonekeit. Stwierdziła, że jeśli będę postępować wg ich rad, to też mi się uda. Jakie to były rady?
- Zasada „one parent – one language” musi być ściśle przestrzegana (żeby nie doszło do mieszania języków).
- Rozwój dziecka należy stale porównywać z rozwojem rówieśników w obu językach.
- Należy zachować funkcjonalny podział języków, dbać o pozytywne nastawienie i o jednakowy emocjonalny i językowy kontakt obojga rodziców z dzieckiem.
Argumenty trafiły mi do przekonania, wydawały się jasne, logiczne i przejrzyste. Jedyny mój problem polegał na tym, że powyższe porady dotyczą dwujęzyczności. W naszym wypadku utrudnienie polegało na tym, że mnie chodziło o trójjęzyczność (powyżej dwóch języków mówi się w lingwistyce już o wielojęzyczności lub kilkujęzyczności). Już z podziałem „one parent – one language” mieliśmy problem. Musieliśmy do Mutter-Sprache (język matki – polski) i Vater-Sprache (język ojca – kazachski) dodać jeszcze Umgebungssprache (język otoczenia – niemiecki).
(Wyczytałam jeszcze , że istnieje także Familiensprache (język rodzinny – nieźle by było, jakby i to był niemiecki, ale „niestety” rozmawiamy w domu po polsku), Spielsprache (język zabawy – ten jest uzależniany od języka dziecka, z którym nasze dziecko się bawi), Schulsprache (język szkoły) i… Zählsprache (język, w którym dziecko liczy. Ponoć też istotne).)

Musieliśmy się też zastanowić, który język będzie pierwszym językiem, który drugim, który trzecim (bo to tylko teoria, że wszystkie języki rozwijamy jednakowo. Praktycznie jest to niemożliwe). Ustaliliśmy jednogłośnie, że kazachski może być ostatni. Wiadomo, że mąż spędza z dziećmi stosunkowo najmniej czasu. Będziemy zadowoleni, jeśli dziecko będzie rozumiało co się do niego mówi. Biegle władać tym językiem nie musi.
Równie jednogłośnie uznaliśmy, że językiem pierwszym musi być język niemiecki, gdyż w tym kraju dziecko będzie mieszkało i w tym kraju ma się czuć dobrze.
Utrzymanie niemieckiego jako pierwszego języka okazało się w naszej sytuacji niemożliwe. Teoria głosi, że prawie zawsze (choć i od tej reguły są wyjątki) językiem pierwszym dziecka jest język matki. Zwłaszcza jeśli to matka spędza z dzieckiem najwięcej czasu, akontakt z innojęzycznym otoczeniem nie jest bardzo intensywny. I tak się stało u nas. Po polsku mówiłam z synem od pierwszego dnia jego życia (o trudnościach z tym związanych opowiem później), po polsku czytałam mu książeczki (nawet jeśli książka była po niemiecku, tłumaczyłam „na żywo”). śpiewaliśmy polskie piosenki, słuchaliśmy polskich płyt, a jak dorósł do wieku telewizyjnego, oglądał polskie filmy (tzn. niekoniecznie polskie, ale w polskich tłumaczeniach). Największym moim osiągnięciem było założenie tzw. „polskiej grupy zabawowej”. Nic tak nie wspiera rozwoju języka, jak kontakt z rówieśnikami. A wiadomo też, że bez zachowania, rozwijania i doskonalenia języka pierwszego, nie dochodzi do dwujęzyczności.
Za to język niemiecki traktowaliśmy niestety „po macoszemu”. Nie mamy tu niemieckich wujków, cioć czy babć, nasze kontakty towarzyskie i sąsiedzkie były wówczas dość skromne, zwłaszcza po przeprowadzce do innego miasta (gdy D. miał roczek). Aby wesprzeć jego niemiecki zaczęłam uczęszczać na niemieckie grupy zabawowe i to nie na jedną, jak tu jest przyjęte, ale na … trzy. Na zajęciach grupy nadal mówiłam do dziecka po polsku (podstawowa zasada wychowania dziecka wielojęzycznego – nie mieszać języków!), ale językiem otoczenia był niemiecki i D. mógł się osłuchać. Mimo to, gdy szedł do przeszkola (w wieku 3 lat) nie mówił po niemiecku zbyt wiele. Ale – tak jak mnie zapewniano – już trzy miesiące później mówił swobodnie, a rok-dwa później poziom jego języka nie różnił się w żaden sposób od poziomu języka jego niemieckich rówieśników. Wielokrotnie jeszcze to kontrolowałam (w rozmowach z przedszkolankami, lekarzem), ale odpowiedź była zawsze taka sama. D. mówi po niemiecku tak samo, jak jego rówieśnicy.
Pierwszy (i jak dotąd jedyny kryzys) nastąpił w wieku lat 6-u. D. stwierdził sam (nie pamiętam, jak doszło do tej rozmowy), że nie czuje się w języku niemieckim tak swobodnie jak w polskim. Ponieważ znajomość polskiego była absolutnie biegła i nie pozostawiała nic do życzenia, ustaliliśmy, że rozszerzymy nieco posługiwanie się niemieckim. Nadal będziemy rozmawiać i czytać po polsku, ale tylko polskie książki. Niemieckie książki będziemy czytać po niemiecku (jednak język literacki to zupełnie inny język niż potoczny i tego pewnie D. brakowało). Będziemy też rozmawiać po niemiecku, jeżeli będziemy w towarzystwie nosicieli niemieckiego języka (przechodzimy jednak na polski natychmiast w tym samym momencie, w którym znikną oni z horyzontu). Tak też zrobiliśmy i jak do dzisiaj funkcjonuje to bardzo dobrze.
Problem mamy z językiem kazachskim, ale o tym napiszę innym razem.
__________________________
Rozwój drugiego dziecka
Jak już wspominałam, rozwój drugiego dziecka jest zwykle o wiele bardziej spontaniczny. Np. z synem mówię po polsku, więc i córka użycia tego języka w stosunku do niej nie kwestionuje. Wiele rzeczy dzieje się automatycznie, co jest dla dziecka dużym ułatwieniem. E. miała za to inny czynnik utrudniający - mała nie poszła do przedszkola tak jak D. w trzecim roku życia, a już w drugim. W momencie rozpoczęcia przedszkola D. mówił już dobrze po polsku. Niemiecki wdrukował mu się obok i w zasadzie raczej nigdy nie mieszał języków. E. natomiast nie mówiła wtedy jeszcze zbyt dobrze w żadnym języku. Polski i niemiecki „spadły” na nią równie intensywnie w mniej więcej tym samym czasie, co doprowadziło do tego, że zaczęła ona mieszać języki. W jednym zdaniu używała równocześnie słów niemieckich i polskich.
Na szczęście wyrosła z tego. W tej chwili mówi biegle zarówno po polsku jak i po niemiecku, ale z błędami – D. w jej wieku mówił o wiele lepiej… No i najsłabszy jest kazachski (o wiele słabszy niż u D.), ale to pewnie dlatego, że ojciec poświęca jej (i jej językowi) o wiele mniej czasu niż D. w jej wieku. Choćby dlatego, że ma teraz dwoje dzieci. Ale i dlatego, że rzadziej bywa w domu (praca). Bo nie sądzę, że trzy języki ją przerastają. Choć może???
__________________________
Sytuacja rodziców dzieci kilkujęzycznych
Dzisiejszy stan badań nie pozostawia już chyba nawet najmniejszych wątpliwości, że każdy dodatkowy język to swoisty „prezent” dla dziecka. Oczywiście chodzi o prawidłowo przyswojony język, a nie rozpaczliwe mieszanie języków i tworzenie tzw. „półjęzyków”. Osiągnięcie pozytywnych efektów wiąże się jednak z konsekwentną i ciężką pracą rodziców. W artykule pt.
Podaruj dziecku język (
http://www.we-dwoje.pl/podaruj;dziecku;jezyk,artykul,4894.html
) autorzy wymieniają dwie podstawowe, stojące do dyspozycji techniki.
Pierwsza z nich, Jedna osoba – Jeden język, polega na stosowaniu różnych języków przez różne osoby, np. ojciec mówi do dziecka tylko w języku angielskim, mama polskim, a opiekunka francuskim. Przy konsekwentnym rodziale języków dziecko radzi sobie z rozróżnianiem poszczególnych języków i rzadko je myli podczas rozmowy w różnymi osobami.
Drugą metodą, stosowaną często przez rodziny emigrantów, jest metoda Jedno miejsce – Jeden język. Opiera się ona na założeniu, że języka kraju, w jakim dziecko jest wychowywane, nie trzeba uczyć w domu, bo poprzez kontakt z rówieśnikami i używanie go w szkole i tak go świetnie opanuje. W domu używany jest więc drugi język – np. najlepiej opanowany przez rodziców język obcy.
Znamienne jest, że większość książek i artykułów o wielojęzyczności skupia się na sytuacji dziecka. Dlatego zaskoczona byłam (potem, już „w praniu”) tym, jak trudno w tej sytuacji rodzicowi.
Po pierwsze – jak trudno dbać o czysty rozdział języków.
Mieszkając za granicą sama jestem wielojęzyczna (choć w moim przypadku mowa jest to nie kilka języków ojczystych, a jedynie język ojczysty plus dwa obce. Jakkolwiek bym biegle mówiła po niemiecku, językiem tym nigdy nie będę władać tak, jak językiem ojczystym. Za stara byłam w momencie emigracji). I ta wielojęzyczność sprawia mi pewne problemy. Często znajduję się w sytuacji, w której muszę przeskakiwać z języka na język. Nie będę ukrywać, że przed przyjściem na świat dzieci język mój powoli zamieniał się w pidgin niemiecko-polsko-rosyjski. O ile moi rozmówcy władali wszystkimi trzema językami (a ponieważ studiowałam slawistykę w Niemczech, do grupy tej zaliczało się gros moich znajomych), nie zadawałam sobie trudu i nie dbałam o czystość żadnego z języków. zaczynałam zdanie w jednym, kończyłam w drugim. Używałam niemieckich słów z polskimi końcówkami, ozdabiając to wszystko rosyjskim porządkiem zdania. Bo czemu nie? Jak tak było łatwiej? Zabawniej?
Dopiero od momentu przyjścia na świat D. zaczęłam „pracować” nad swoimi wypowiedziami. Jasne było dla mnie, że tak jak ja mówię, będzie mówiło moje dziecko (jedno „lustro” już w domu miałam – mój mąż, który uczył się ode mnie języka polskiego). Zmienienie przyzwyczajeń wiązało się z żelazną samodyscypliną i konsekwencją.
Po drugie konsekwentne mówienie do dziecka w języku polskim (w niemieckim kraju) wiąże się z problemami sytuacyjnymi.
Jeśli matka siedzi z dzieckiem na kolanach w autobusie i dziecko to kopie siedzącą na przeciw staruszkę, matka zwykle mówi: syneczku/córeczko, jak Ty się zachowujesz, przeproś w tej chwili panią! Czy dziecko przeprosi czy nie, to inna sprawa, ale matka w ten sposób już zasygnalizowała pani, że widziała i niejako przeprasza w imieniu dziecka. W mojej sytuacji powyższa kwestia wypowiadana była w języku  niezrozumiałym dla otoczenia (czyt. kopanej osoby) i musiała być na bieżąco tłumaczona, lub wymagała dodatkowych objaśnień. W ogóle w każdej sytuacji, czy to u lekarza, czy w przedszkolu, czy na placu zabaw, zawsze i wszędzie, od lat już tłumaczę, że sorry, że przepraszam, że wiem, że niegrzecznie, ale muszę, ale dwujęzyczne wychowanie, ale zasady one person – one language. Badania, wymagania, publikacje… Uffffffffff! 
__________________________
Na zakończenie przytoczę jeszcze parę definicji języka (nie wszystkie!), zaczerpniętych z raportu Eurydice i projektu europejskiego
Socrates.
Język urzędowy (oficjalny) to „język używany w zakresie prawa i administracji w konkretnym regionie danego państwa. Status oficjalny może dotyczyć pewnej części Państwa lub całości jego terytorium” (Eurydice, 2005: 84). W tym drugim przypadku mówi się też o języku (językach) państwowym (państwowych)” (Eurydice, 2005: 83).
Język regionalny lub mniejszościowy to „język tradycyjnie używany na terytorium Państwa przez obywateli tego Państwa stanowiących mniejszość w stosunku do reszty jego ludności; jest on różny od języka (języków) państwowych. (Ta definicja opiera się na Europejskiej Karcie Języków Regionalnych lub Mniejszościowych, Rada Europy, 1992.) Z reguły chodzi tu o języki rzadziej używane przez dane grupy ludności, które wywodzą się z danych terenów lub są tam osiedleni od wielu pokoleń. Języki regionalne lub mniejszościowe mogą mieć status języków oficjalnych, lecz z definicji ich użycie ogranicza się do strefy, gdzie się nimi mówi na co dzień” (Eurydice, 2005: 84).
Język ojczysty to pierwszy język nabyty przez daną osobę (która staje się jego mówcą rodzimym) poprzez kontakt z najbliższym środowiskiem rodzinnym i społecznym.
Język drugi to inny język opanowany później, już po opanowaniu języka ojczystego, obecny w środowisku uczeniowym i mogący ewentualnie funkcjonować jako język nauczania (skolaryzacji)
Język obcy to język wyuczony, który nie jest językiem ojczystym uczącego się ani nie jest używany w jego otoczeniu przez historycznie ukonstytuowana wspólnotę, ani też nie jest wykorzystywany w skolaryzacji (nauczaniu). Wychodząc z rozróżnienia między językiem ojczystym (inaczej językiem pierwszym), językiem drugim (językiem mającym status prawny, obecnym w otoczeniu społecznokulturalnym uczącego się) a językiem obcym, wyróżnia się nabywanie (akwizycję) języka ojczystego i uczenie się języka drugiego (czasem w środowisku pozaszkolnym) czy języka obcego (z reguły w środowisku szkolnym).

__________________________
Moje wątpliwości
W powyższych definicjach jest pies pogrzebany. Tzn. nie wiem, czy dzieci moje nabyły język niemiecki (jako język ojczysty, drugi język ojczysty), czy nauczyły się go jako języka drugiego (nie obcego, ale też nie pierwszego)?
Nie wiem też, czy „kolejność” języków może się zmienić. Tzn. czy język, który został nabyty jako pierwszy (w naszym przypadku polski) może z czasem stać się językiem drugim, a wyuczony język drugi (niemiecki) wskoczyć na pierwsze miejsce?
Poza tym dużo się zastanawiam nad spotkanym w czytanych przeze mnie książkach, poradnikach, artykułach itp. terminem „nierówność języków„. Nawet nabyte równolegle języki nie są między sobą równoważne, gdy idzie o ich atrakcyjność dla danego dziecka.
Bierze się tu pod uwagę cechy języka (obiektywne postrzeganie „trudności” danego języka czy jego status jako języka komunikacji w skali międzynarodowej). Oraz cechy języka, oceniane indywidualnie (subiektywnie) przez dziecko: Czy przydaje mi się on w najbliższym otoczeniu? Jaka będzie jego funkcja w moim życiu? Czy mam stałe kontakty z użytkownikami danego języka? (
Socrates)

Myślę, że dlatego właśnie kazachski jest najsłabszym językiem moich dzieci. Literatura podkreśla, że dziecko musi mieć odpowiednio dużą styczność z danym językiem – najlepiej 30% w ciągu dnia (por. Podaruj dziecku język). A nasze dzieci mają kontakt z ojcem jmocno ograniczony (Mój mąż jest cały tydzień w pracy – z dziećmi widuje się zazwyczaj w weekendy). Oprócz tego dzieci muszą widzieć jakąś inną (oprócz kontaktu z ojcem) atrakcyjność tego języka. Nie znają żadnych rówieśników, mówiących tym językiem. Dorosłe osoby można na palcach jednej ręki policzyć (oprócz ojca, jeszcze jego siostra i brat – oboje mieszkający w Niemczech, ale dość daleko od nas). W Kazachstanie dzieci były jak na razie tylko raz i to krótko. Naukę języków należy opierać nie tylko na rozmowie z dzieckiem. A u nas język kazachski nie jest obecny w żadnym życiu towarzyskim, kulturalnym. Nie mamy żadnych filmów, żadnych dziecięcych piosenek w tym języku.

Możnaby też zastanawiać się, czy  małe dziecko może ocenić status jakiegoś języka.
Oczywiście, że może! Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której pani w piekarni, słysząc dziecko mówiące po angielsku uśmiechnie się: o, takie małe, a tak ładnie mówi po angielsku. A teraz druga sytuacja – pani słyszy dziecko mówiące po turecku/polsku/rosyjsku i krzywi się: ale tu tych brudasów nazjeżdżało… Zapewniam, że nawet małe dziecko wyczuje różnicę w reakcji. Tak samo podejrzewa dziecko niski status języka, jeżeli matka (ojciec) mówi do dziecka przyciszonym głosem w ojczystym języku: pssst, żeby nikt nie słyszał… Trudno oczekiwać od dziecka, że będzie ono potem bez oporów i otwarcie takiego języka używało.
Dlatego ja się nigdy polskiego nie wstydziłam. Zawsze mówiłam po polsku głośno i otwarcie. Niemieckich znajomych przepraszałam z uśmiechem, tłumacząc, że wychowanie dwujęzyczne wymaga ścisłego rozdziału języka i niestety muszę w ich obecności mówić po polsku. Miłe i spokojne wytłumaczenie wywoływało zawsze pozytywną reakcję: ależ oczywiście, ja to rozumiem. Wiadomo, że w interesie dziecka jest znać jak najwięcej języków. Większy problem miałam z polskimi znajomymi. Z tymi, co się swojego pochodzenia wstydzą. Z tymi, co na moje polskie zdania odpowiadali po niemiecku. Z tymi, co odpowiadali po polsku, ale szeptem, oglądając się, czy ich aby nikt nie słyszy. Ograniczam do minimum kontakt z takimi ludźmi, ale czasem kontaktów nie dało się uniknąć. Wtedy musiałam objaśnić sytuację mojemu zaskoczonemu synowi (córka jeszcze nie kojarzy) – tak, synuś, ta pani już nie pamięta polskiego. Widocznie go rzadko używa i zapomniała. Tak, kochanie, ten pan się wstydzi mówić po polsku. Cóż, widocznie ma jakieś powody. my się nie wstydzimy – ciepły, zachęcający uśmiech. 
Jeśli chodzi o polski chyba nam się udało. Syn mój rzeczywiście nigdy nie wstydził się tego, że mówimy w innym języku, ba! wręcz miał poczucie, że jest w czymś lepszy. Córka robi i tak najchętniej to, co brat (jeszcze :-)), więc z  nią problemów w ogóle nie ma. Gorzej z kazachskim. Ale w przyszłym roku jedziemy na wakacje do Kazachstanu. Może to spowoduje jakiś przełom.

Ps. Aha, dzieci mówią między sobą po polsku. Mimo, że chodziły do tego samego przedszkola i były w tej samej grupie (w Niemczech w jednej grupie są dzieci w różnym wieku. Od 2-7 lat). Ale to już nie moja zasługa. Tak wyszło.


  • RSS