ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: wakacje

Uzupełniam!
Więc…
Więc w Katowicach było przede wszystkim rodzinnie i towarzysko. Pogawędki przy herbacie, jeżdżenie w gości, przyjmowanie gości, knajpy, knajpki, kawiarenki… Trochę uciech dla dzieci – place zabaw, kąpielisko, zakupy… Nawet odpust nam się jeden trafił. No i trochę uciech dla matki – głównie tzw. „wychodne” mnie cieszyło, bo w domu tego raczej nie mam…

Potem pociągiem do Warszawy, krótki pobyt w Łomiankach, dłuższy w Jeziórku i na koniec znowu Łomianki. Łomianki to dom kuzynostwa mający wszystko co udręczonej matce do szczęścia potrzebne – ogródek wyposażony w piaskownicę, zjeżdżalnię i minimum rabatek do zdeptania. Pokój dziecinny wypełniony po brzegi zabawkami i książkami dla dzieci i – to przy drugim pobycie – dwojgiem dzieci w podobnym wieku do moich. Świetne, nie? Do tego miłe pogawędki wieczorem, gdy dzieci już śpią…

W Jeziórku nie ma dzieci ani akcesoriów, za to jest multum psów i kotów. Co moim dzieciom też się bardzo podobało. No i jest wujek K., który świetnie gra w nogę (ale ujawnił się z tym niestety dopiero ostatniego dnia).
W Łomiankach też jest wujek – wujek M., który szaleje z dziećmi, walczy na miecze i skacze po łóżkach, ciocia H., która jest zawsze mile uśmiechnięta, przychyla dzieciom nieba, gotuje pyszności, obrzuca prezentami… No i oczywiście ciocia A., która robi z córeczką moją korale z jarzębiny. A ostatnio nawet zaplatała na noc warkoczyki, żeby włosy były na drugi dzień karbowane. I były!
Z Łomianek jest żabi skok do Babic, gdzie mieszka moja ciotka (stryjeczna siostra ojca), której nie znałam, a znalazłam przez Naszą Klasę. Wizyta okazała się być bardzo miłą i obiecującą na przyszłość. 
A z Jeziórka żabi skok do Piaseczna gdzie jest cuuuuuudowny outlet. Mmmmmm, uwielbiam.

Do Warszawy przyjechał do nas (i po nas) Pan Mąż i wspólnie (wraz z gospodarzami) udaliśmy się na Jurę. Mieszkaliśmy w Jaworzniku k. Żarek u bardzo miłej i towarzyskiej pani Bożenki. Zwiedziliśmy Mirów, Bobolice, Pieskową Skałę i Ogrodzieniec. W Ogrodzieńcu trafiliśmy akurat na inscenizację Bitwy pod Monte Cassino, która zrobiła na nas ogromne wrażenie.
Szkoda, że padał deszcz.

Z Jury zajechaliśmy jeszcze na jeden dzień i jedną noc do Katowic, aby pożegnać się z rodziną i zabrać pozostawione tam drobiazgi (między innymi setki gazet zbieranych dla mnie przez bliskich), wyjechaliśmy jednak w pośpiechu, bo bardzo rozbolał mnie ząb i zaczełam widzieć czarno nasz (mój) urlop w Turcji.
Wyjechaliśmy o 4 rano i Ajdar pobił rekord, bo już o piętnastej byliśmy w Stuttgarcie, co jeszcze nigdy nam się – od kiedy jeździmy z dziećmi – nie udało.
Tak że zdążyłam załatwić dentystę i nawet przepakować walizki!

To moje dzieci, integrujące się z psami:
dzieci i psyDziecko i pies

A to wakacje na Jurze:
Jura i dziecizjezdzalka

bynajmniej nie w lasach… Chociaż… W sumie, to prawie.
Wakacje na
Śląsku mamy już za sobą. Wakacje na Jurze przed sobą, a obecnie rezydujemy w Warszawie. No – prawie w Warszawie. Powiedzmy pod Warszawą – to chyba bardziej precyzyjna nazwa. Na łonie przyrody.
Dzieci szaleją na zmianę z psami i kotami, pogoda dopisuje, tylko nigdzie nie ma naklejek piłkarskich.


Wkrótce  uzupełnię relację.

a konkretnie pojutrze! Lecimy do Polski!
Hurra!

Wiele planów, mało czasu, jak będzie z mobilnością się okaże… Dzieci mają być zaparkowane u cioci. A ja mam szaleć, szaleć, szaleć. Ale może wszystko się zapętlić…

to było tak…
męża Kazacha mam już 10 lat, a w Kazachstanie nie byłam ani razu…
Czemu? – ktoś się spyta. Ano bo w zimie to tam jest za zimno (minus 40 stopni bywa), w lecie tam jest za ciepło (plus 40 stopni bywa), wiosną za mokro (bo te wszystkie zimowe śniegi topnieją i płyną płyną ulicami), a jesienią… Jesienią nie wiem, ale też na pewno coś. Aaa, no i w lecie trzeba do Turcji, w zimie do Polski, jesienią szkoła czy przedszkole, a wiosną… Wiosną nie wiem, ale też na pewno coś.
Więc się nie dawało.
Aż w końcu powiedziałam sobie - raz kozie śmierć. Musi się dać. I już.
I dało się.
Polecieliśmy. Na dziesięć dni. Sam lot trwał tylko 6 godzin, ale w sumie cały dzień był wyjęty, bo to i dwie godziny wcześniej trzeba się czek-inować i jeszcze najpierw do Frankfurtu dojechać… A po przylocie kontrolę paszportową przejść (w Kazachstanie baaardzo długo mi się przyglądali. I mojemu paszportowi. I mnie. I paszportowi…). No i bagaż odzyskać. Tak, że podróż z dwójką dzieci może się okazać dość męczącym przedsięwzięciem.
Przylecieliśmy w środku nocy, a właściwie o drugiej nad ranem. Według naszego czasu była to zaledwie dziesiąta, ale kogo tam interesował nasz czas? Było nagle sześć godzin później i już. W domu, u teściowej od razu skoczyliśmy do łóżek - spać, spać, spać. Wstaliśmy późno (i według naszego czasu i według ichniego czasu) i przystąpiliśmy niezzwłocznie do aklimatyzowania się. Zimno było. Mrozów maksymalnych nie było, ale minus 32 stopnie termometr wskazywał. Nawet się ucieszyłam, no bo gdyby było minus 20, to też by mi było zimno, ale wszyscy by mówili: „eeee, tylko minus 20… Co to jest?”. A minus 32 - to jednak brzmi! Oczywiście nie cały czas było aż tak zimno - po dwóch-trzech dniach nastąpiło znaczne ocieplenie (do minus 20 właśnie), ale na sam koniec – na pożegnanie – znowu minus 30!
„Nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie” głosi ludowe przysłowie i tak też było. Po nałożeniu na siebie kilku warstw wełniano-polarowej odzieży, mrozu się w ogóle nie czuło. Tylko na posmarowanej grubo kremem twarzy takie sobie szczypanie. Do wytrzymania. Jedyną trudność stanowiło chodzenie w tylu warstwach odzieży (E. wyglądała jak miszka kosołapyj), ale w końcu wszystko jest kwestią przyzwyczajenia.
Czas spędzaliśmy na jedzeniu. Jako, że byliśmy pierwszy raz w Kazachstanie (w tym zestawie), trzeba było poodwiedzać wszystkich krewnych i znajomych. Spędzić parę godzin dziennie przy suto zastawionym stole (bieszparmak, manty, pielmieni, płow, sałaty, sałatki), słuchając wznoszonych na swoją cześć toastów. I samemu je wznosząc. I słuchając i wznosząc i słuchając i wznosząc. Toasty są długie i bogate w słowa. Ale nie zawiłe jak gruzińskie, to to nie. Raczej takie… rodzinne, powiedziałabym. Po zakończeniu posiłku następował „czaj” czyli herbata. Herbata po kazachsku to również suto zastawiony stół, tyle że słodkimi rzeczami – ciasto, ciasteczka, herbatniki, kilka rodzajów konfitur domowej roboty, cukierki, orzeszki, owoce. No i chleb, ser, kiełbasa – żeby nikt nie ostał się głodny… Aha, no i herbata. Pita z takich filiżanek-miseczek (bez uszka) w kazachskie wzory.
Dzieciom wakacje się baaardzo podobały. Zasypywane prezentami, huśtane na kolanach, karmione słodyczami do nieprzytomności, świetnie się bawiły. A miały też z kim, bo kuzynostwa trochę tam było.
Rozrywek kulturalnych zaliczyliśmy (ze względu na temperatury) niewiele: dwa razy byliśmy na „jołce” (po naszemu „impreza bożenarodzeniowa”) – raz w przedszkolu, a raz w Sali Kongresowej. Takiej prawdziwej z Dziadkiem Mrozem, z Snjeguroczką i śnieżynkami – piosenki, wiersze, tańce, a na koniec godzinne przedstawienie teatralne – dzieci były zachwycone!
I raz byliśmy w takim centrum dla dzieci, gdzie można było zobaczyć setki rodzajów ryb (nawet prawdziwego rekina), poskakać na trampolinie i pooglądać ciekawostki Kazachstanu w miniaturze.
Duże wrażenie zrobiło też na nas „lodowe miasteczko” – domki, pieczary, mosty, figury, rzeźby – wszystko wykonane z lodu. Aha, zapomniałabym o samym mieście. Astana („stolica Kazachstanu, położona w północnej części kraju na Pogórzu Kazachskim, nad rzeką Iszym. Dawniej Akmolińsk (do 1961), Celinograd (do 1992), Akmoła (do 1998).” – wikipedia), nazywana najmłodszą stolicą świata, jest architektonicznie imponująca. Oprócz szeregu bliżej nieokreślonych wieżowców i apartamentowców, zbudowanych ze stali, szkła, marmuru i granitu na uwagę zasługuje: uniwersytet, pałac prezydencki, muzeum prezydenckie, wieża Bajterek, kościół katolicki, kościół ewangelicki (tabernakulum nawiązuje swoim kształtem do jurty, tradycyjnego kazachskiego namiotu), ogromna synagoga, okazały meczet (ufundowany ponoć przez Arabów)… Tyle, że wszystko było dosyć szczelnie przykryte śniegiem… No i spowite w mocno minusowe temperatury. Ale wrażenie robiło. 
Ciekawe, jak to wszystko wygląda, gdy można patrzeć prosto. Bez futrzanej czapy, zasłaniającej czoło i połowę oczu (od góry) i puchatego szalika, zasłaniającego całą twarz i połowę oczu (od dołu)…
Trzeba by się tam wybrać jakiegoś lata!!!

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)


  • RSS