ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: spadek

Chciałam skandalu to mam, nie tu wprawdzie, tylko na moim drugim blogu, niemniej jednak…
11 kapiących od jadu komentarzy.
Ja jednak nie chciałam… żartowałam… Taka wojna nerwów to nie na moje nerwy. Jednak. Na razie zwaliło mnie somatycznie – dwie nieprzespane noce i stres przyczyniły się do ostrego nieżytu dróg oddechowych. Ledwo żyję. Kochana A. (sąsiadka z przeciwka) odprowadziła mi małą do przedszkola, a ja próbuję stanąć na nogi.
I przedsięwziąć różne środki ochronne.
- Zamknęłam dostęp do tego drugiego bloga hasłem (jeżeli ktoś tu bywający bywał również tam i chce hasło, proszę o maila)
- Usunęłam M. & co. z listy znajomych w NK (na blogu mnie prześladowała komentarzami, w NK równolegle listami).
- Więcej nic zrobić nie mogę. Wiem, że obsmarowuje mnie przed wszystkimi znajomymi, ale na to już wpływu niestety nie mam.
 

Ustąpić? Ale dlaczego?
W Niemczech przeprowadzałam się 12 razy: krótko było Möglingen, potem dłużej Marbach, z pół roku Stuttgart, potem Großbottwar, Kiebingen, Tybinga (po raz pierwszy), Entringen, Moskwa, Tybinga (po raz drugi), Tybinga (po raz trzeci), Hirschau i teraz znowu Stuttgart…
W Polsce za to mieszkałam od urodzenia do momentu emigracji w tym samym mieście. Na tej samej ulicy. W tym samym mieszkaniu (z dwoma krótkimi wyjątkami, przy omawianiu których mogłabym zaplątać wątek). Może dlatego przywiązanie do tego mieszkania jest tak wielkie, że było ono moim domem rodzinnym 23 lata. Do jego utrzymania przyczyniałam się już jako dziecko, dostając rentę po mamie (część tej kwoty szła na wydatki związane z mieszkaniem). Mieszkanie to współutrzymywałam pracując. Pomagałam też Babci i Tacie utrzymywać je, przebywając już za granicą (opłacałam zaległe czynsze, regulowałam rachunki za gaz lub światło).
Fakt, iż Tato z żoną mogli wykupić to mieszkanie za jedyne 40% wartości (do których to 40% jeszcze dołożyłam trzy tys. DM) był spowodowany tym właśnie, że mieszkaliśmy w nim z dziada-pradziada. No może z babci-prababci, ale i tak… WYkorzystali oni uzyskane w ten sposób prawo do 60% bonifikaty.
Po mojej śmierci odziedziczysz moją część – uśmiechał się Tato. Uśmiechałam się krzywo, boż to głupio tak rozmawiać o śmierci kogoś bliskiego…
W mieszkaniu tym miałam i po wyjeździe swój pokój. Stały w nim  nadal moje meble, na półkach poustawiane były moje książki, bibeloty, sprzęt grający. Na ścianach wisiały moje obrazy (tzn. moja własność, nie przeze mnie malowane ;-)) W przedpokoju umieszczony był mój „posag”. Np. serwis obiadowy na 12 osób. Serwis śniadaniowy na 6 osób. Pościel, trochę ręczników, itp. itd. Wyjeżdżając nie wzięłam nic (takie były czasy). Mieszkając już w Niemczech wzięłam co nieco, ale była to zaledwie znikoma część moich rzeczy. Trochę książek, dwa-trzy bibeloty i wspominany wyżej komplet śniadaniowy (obiadowego już np. nie). Nic też nie zabrałam dziesięć lat później, po śmierci Babci. Ani nic cennego, ani nic małowartościowego lecz pamiątkowego. Tato przecież dalej mieszkał w tym mieszkaniu. Uznałam, że rzeczy, która Babcia dla mnie przewidziała są moje, w moim domu przecież nie zginą.
Ożenek Taty zmienił parę rzeczy, które wydawały się constant. Najpierw przestał istnieć mój pokój. Zrozumiałe. M. miała córkę, trudno, żeby mała nie miała pokoju, a dla mnie stało puste ”sanktuarium”. Nic rzecz jasna nie mówiłam. W użytku codziennym były nie tylko rzeczy po Babci, rzeczy po Mamie, ale i moje „zapasy”. Też nic na to nie powiedziałam. W końcu już miałam nowe talerze, nowe ręczniki, nowy sprzęt. Niech tam. Powoli wymieniano meble. Meble moje, jak również te po Babci nie były może jakieś super-jakości, ale były porządne drewniane. Na ich miejsce pojawiły się meblościanki ze sklejki. Niech tam. Powymieniano dywany. Niech tam. Nie wiem, gdzie wyparowały moje obrazy. Pewnie na śmietnik. Niech tam. Część moich rzeczy i książek (tych co cenniejszych) Tato ustawił w swoim pokoju. Podkreślając mi, że są oczywiście nadal moje i że mogę je zabrać, kiedy chcę. Jakoś mi było głupio zabierać rzeczy, z których korzystał. Lub które służyły li i tylko ozdobie, ale służyły. Moja lampa stanęła na Taty biurku, moje lustro zostało przerobione na ramkę na zdjęcie. Osiołek (rzeźba) stanął na szafie. Zabierzesz wszystko po mojej śmierci – mówił Tato przymrużając oko – przecież to wszystko jest Twoje. Zabiorę - przymrużałam i ja. Nie lubiłam rozmawiać o śmierci.
No właśnie!
Kto mógł przewidzieć?
Teraz muszę o każdą duperelę walczyć :-(

Jak już nieraz wspominałam, prowadzę dwa blogi. I właśnie ten drugi, ten mój Alter-Ego-Blog macocha moja opatrzyła kilkoma brudnymi komentarzami.
Komentarze powymazywałam, bloga zamknęłam hasłem…
I co dalej? No nic, ona mnie rozliczyła, teraz ja muszę jej przestawić swoje kontra-rozliczenie. Czas, który mam przed sobą nie będzie chyba miły i sympatyczny…
 

Muszę

6 komentarzy

Muszę pracować. Muszę tłumaczyć.
Siedzę przy komputerze, kiwam się nad klawiaturą i nic mi nie wychodzi. Nie mogę się skupić.
Cały czas zastanawiam się, co zrobić z Taty spuścizną. Z jego ostatnią wolą. Z jego dziedzictwem. Tato wiele lat powtarzał, że ja, a przez ostatnich osiem, że jego wnuk (w końcu co męska krew to męska krew) ma być jego „dziedzicem”. Duchowym, a raczej intelektualnym spadkobiercą. A jak się już okazało (ostatniego lata), że wnuk odziedziczył nie tylko jego geny (no, przynajmniej część) i jego nazwisko, ale i jego inteligencję, to ho ho! To już na pewno. To bez wątpienia. Jego krew, jego nazwisko, jego umysł… Cóż więcej trzeba?!
No cóż, ja tu sobie ironizuję, ale Tatę bardzo kochałam (mimo jego pewnych słabostek, ale któż ich nie ma!) i chcę, żeby zaznał spokoju. Na tamtym świecie. A on nie zazna go tam, a ja nie zaznam go tu, jeśli nie spełnię jego woli. Tylko naprawdę nie wiem, gdzie ja mam umieścić jego ca. 1000 ksiażek (gdy sama już posiadam też z 1000), do tego ogromną dębową szafę na książki, dębowe biurko, jeszcze jedną biblioteczkę z masywnego drewna, masywny stół z marmurowym blatem i dodatki typu żyrandol pięcioramienny, kinkiet (do kompletu), sześć obrazów i zegar ścienny. Moje całe mieszkanie ma 74 metry kwadratowe. Niewiele więcej niż Taty pokój. I mieszka nas tu czwórka, czyli każdy ma jeszcze swoje „przydasie”…
Ale to nie tylko kwestia miejsca. To też kwestia tematyki. Mój Tato kolekcjonował książki na konkretny temat. Pozostawił po sobie ogromny księgozbiór naukowy o tematyce językoznawczej i religioznawczej, są w nim książki na temat historii i kultury Orientu, a także opracowania dotyczące cywilizacji Ameryki i Afryki. A gros tego zbioru stanowią książki związane z szeroko pojętym judaizmem, biblistyką, judeochrześcijaństwem i protochrześcijaństwem.
Moim głównym problemem jest więc nie tylko to, jak i gdzie te książki ustawić. Te książki trzeba przeczytać! Te książki ma przeczytać mój – wychowywany w Niemczech – syn! Władający wprawdzie językiem polskim, ale chodzący, jakby nie było, do niemieckiej szkoły. Ergo, to ja go muszę w ten księgozbiór wprowadzić, ja muszę mu pasję Dziadka przekazać. Bo On sam nie zdążył. 
A to mnie mocno przerasta… 

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)


  • RSS