ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: dziedziczenie

Ustąpić? Ale dlaczego?
W Niemczech przeprowadzałam się 12 razy: krótko było Möglingen, potem dłużej Marbach, z pół roku Stuttgart, potem Großbottwar, Kiebingen, Tybinga (po raz pierwszy), Entringen, Moskwa, Tybinga (po raz drugi), Tybinga (po raz trzeci), Hirschau i teraz znowu Stuttgart…
W Polsce za to mieszkałam od urodzenia do momentu emigracji w tym samym mieście. Na tej samej ulicy. W tym samym mieszkaniu (z dwoma krótkimi wyjątkami, przy omawianiu których mogłabym zaplątać wątek). Może dlatego przywiązanie do tego mieszkania jest tak wielkie, że było ono moim domem rodzinnym 23 lata. Do jego utrzymania przyczyniałam się już jako dziecko, dostając rentę po mamie (część tej kwoty szła na wydatki związane z mieszkaniem). Mieszkanie to współutrzymywałam pracując. Pomagałam też Babci i Tacie utrzymywać je, przebywając już za granicą (opłacałam zaległe czynsze, regulowałam rachunki za gaz lub światło).
Fakt, iż Tato z żoną mogli wykupić to mieszkanie za jedyne 40% wartości (do których to 40% jeszcze dołożyłam trzy tys. DM) był spowodowany tym właśnie, że mieszkaliśmy w nim z dziada-pradziada. No może z babci-prababci, ale i tak… WYkorzystali oni uzyskane w ten sposób prawo do 60% bonifikaty.
Po mojej śmierci odziedziczysz moją część – uśmiechał się Tato. Uśmiechałam się krzywo, boż to głupio tak rozmawiać o śmierci kogoś bliskiego…
W mieszkaniu tym miałam i po wyjeździe swój pokój. Stały w nim  nadal moje meble, na półkach poustawiane były moje książki, bibeloty, sprzęt grający. Na ścianach wisiały moje obrazy (tzn. moja własność, nie przeze mnie malowane ;-)) W przedpokoju umieszczony był mój „posag”. Np. serwis obiadowy na 12 osób. Serwis śniadaniowy na 6 osób. Pościel, trochę ręczników, itp. itd. Wyjeżdżając nie wzięłam nic (takie były czasy). Mieszkając już w Niemczech wzięłam co nieco, ale była to zaledwie znikoma część moich rzeczy. Trochę książek, dwa-trzy bibeloty i wspominany wyżej komplet śniadaniowy (obiadowego już np. nie). Nic też nie zabrałam dziesięć lat później, po śmierci Babci. Ani nic cennego, ani nic małowartościowego lecz pamiątkowego. Tato przecież dalej mieszkał w tym mieszkaniu. Uznałam, że rzeczy, która Babcia dla mnie przewidziała są moje, w moim domu przecież nie zginą.
Ożenek Taty zmienił parę rzeczy, które wydawały się constant. Najpierw przestał istnieć mój pokój. Zrozumiałe. M. miała córkę, trudno, żeby mała nie miała pokoju, a dla mnie stało puste ”sanktuarium”. Nic rzecz jasna nie mówiłam. W użytku codziennym były nie tylko rzeczy po Babci, rzeczy po Mamie, ale i moje „zapasy”. Też nic na to nie powiedziałam. W końcu już miałam nowe talerze, nowe ręczniki, nowy sprzęt. Niech tam. Powoli wymieniano meble. Meble moje, jak również te po Babci nie były może jakieś super-jakości, ale były porządne drewniane. Na ich miejsce pojawiły się meblościanki ze sklejki. Niech tam. Powymieniano dywany. Niech tam. Nie wiem, gdzie wyparowały moje obrazy. Pewnie na śmietnik. Niech tam. Część moich rzeczy i książek (tych co cenniejszych) Tato ustawił w swoim pokoju. Podkreślając mi, że są oczywiście nadal moje i że mogę je zabrać, kiedy chcę. Jakoś mi było głupio zabierać rzeczy, z których korzystał. Lub które służyły li i tylko ozdobie, ale służyły. Moja lampa stanęła na Taty biurku, moje lustro zostało przerobione na ramkę na zdjęcie. Osiołek (rzeźba) stanął na szafie. Zabierzesz wszystko po mojej śmierci – mówił Tato przymrużając oko – przecież to wszystko jest Twoje. Zabiorę - przymrużałam i ja. Nie lubiłam rozmawiać o śmierci.
No właśnie!
Kto mógł przewidzieć?
Teraz muszę o każdą duperelę walczyć :-(

Jak już nieraz wspominałam, prowadzę dwa blogi. I właśnie ten drugi, ten mój Alter-Ego-Blog macocha moja opatrzyła kilkoma brudnymi komentarzami.
Komentarze powymazywałam, bloga zamknęłam hasłem…
I co dalej? No nic, ona mnie rozliczyła, teraz ja muszę jej przestawić swoje kontra-rozliczenie. Czas, który mam przed sobą nie będzie chyba miły i sympatyczny…
 


  • RSS