ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: dziecko

Wiecie co to są pleszcze? Moja córka robiła je dziś w przedszkolu… Z bibułki krepowanej. No dobra, podpowiem jeszcze – pociętej na pasy.
- No, pleszcze! – złości się, że nie rozumiem
- Kleszcze?!?!
- Nie! Pleszcze!
- Bleszcze? Pleszcze?
- Taaaak, pleszcze!
- Hm… Pleszcze… A co to są pleszcze?
- Nooo, pleście sie je i wychodzą pleszcze. No takie… warkocyki…

- Córeczko, załóż rajtuzki pod spodnie, śnieg spadł i jest zimno.
- Nie założem!
- Załóż proszę!
- Nie założem!!!
- Ale dlaczego nie?
- Bo.

I jeszcze mój syn:
z westchnieniem ulgi – mamusiu, ja dopiero teraz czuję się jak prawdziwy chłopak!
- a to dlaczego, synuś?
- Bo w pierwszej klasie bawiłem się z dziewczynami, a prawdziwi chłopcy nie bawią się z dziewczynami. Teraz się nie bawię i czuję się jak prawdziwy chłopak!

Syn, lat 8 z kawałkiem:
- Mamusiu, a ja się staram nie płakać w szkole…
- A czemu miałbyś płakać w szkole? Bije Cię ktoś?
- Nieee, nie bije.
- Synuś, bije Cię ktoś, powiedz mi proszę!
- Nie, nikt mnie nie bije, ale ja tak na wszelki wypadek. Przygotowuję się. Bo mógłby mnie ktoś bić, nie?

Wpadł mi w oczy wiersz, po przeczytaniu, którego natychmiast pomyślałam o moim synu. Zadającym miliony pytań:

Können Blumen schlafen?
Ist der Mond ein Mann?
Bindet man im Hafen
auch das Wasser an?

Fallen Sterne runter?
Wem gehört der Wind?
Gehen Wellen unter?
Warst du auch ein Kind?

Kann man Liebe malen?
Gibt ds bunten Schnee?
Wie erzählt man Zahlen?
Tun Schmerzen weh?

Weißt du kein Gedicht mehr?
Werde ich bald groß?
Brauch ich dich dann nicht mehr?
Warum weinst du bloß?

Miriam Frances, in: Familie&Co 1/2002

Przekład filologiczny:
Czy kwiaty chodzą spać? / Czy księżyc jest mężczyzną? / Czy można w porcie przywiązać wodę do rei?
Czy gwiazdy spadają na dół? / Kto jest właścicielem wiatru? / Czy fala może utonąć? / A ty? Byłaś kiedyś też dzieckiem?
Czy można namalować miłość? / Czy śnieg może być kolorowy? / Jak opowiedzieć liczby? / Czy ból boli?
Nie przychodzi ci już żaden wiersz do głowy? / Czy będę niedługo dorosły? / I nie będę Cię już wtedy potrzebował? / Mamusiu, czemu płaczesz? 

I jeszcze prościutka dziecinna pioseneczka na temat „dlaczego” (nie znam autora), która mi ciągle chodzi po głowie:

Dlaczego czerwone są muchomorki, dlaczego pies szczeka, a śpiewa ptak,

dlaczego też niebo ma swe humorki, dlaczego dlaczego dlaczego to tak?

________________________________________________________________________
A to już z innej beczki, choć też na temat dzieci:

Dzisiejsze nieśmiałe dziecko, to to, z którego wczoraj się śmialiśmy.
Dzisiejsze okrutne dziecko, to to, które wczoraj biliśmy.
Dzisiejsze dziecko, które oszukuje, to to, w które wczoraj nie wierzyliśmy.
Dzisiejsze zbuntowane dziecko, to to, nad którym się wczoraj znęcaliśmy.

Dzisiejsze zakochane dziecko, to to, które wczoraj pieściliśmy.
Dzisiejsze roztropne dziecko, to to, któremu wczoraj dodawaliśmy otuchy.
Dzisiejsze serdeczne dziecko, to to, któremu wczoraj okazaywaliśmy miłość.
Dzisiejsze mądre dziecko, to to, które wczoraj wychowaliśmy.
Dzisiejsze wyrozumiałe dziecko, to to, któremu wczoraj przebaczyliśmy.

Dzisiejszy człowiek, który żyje miłością i pięknem, to dziecko, które wczoraj żyło radością.

Ronald Russell

Chcę mieć siostrzyczkę – oznajmiła mi rano córeczka, rozeźlona jakimś tam wyczynem brata. Nie, nie, nie, ja jej na to – no coś Ty! Chcę mieć brata – oznajmił synek, trochę, żeby się zemścić, a trochę, bo naprawdę chce. Nie, nie, nie – ja mu na to – no coś Ty. Mam syneczka, mam córeczkę. Zawsze chciałam mieć dwoje dzieci, starszego syna, młodszą córkę. Mam, jak chciałam i mi wystarczy. To chcemy psa - oznajmili zgodnie.
I już parę godzin później mieli – jedną siostrę, dwóch braci i psa. Czasami życzenia spełniają się natychmiast.
Dzieci były z interwencji, powierzone nam na czas określony. Cały dzień spędziliśmy na placach zabawach, spacerach z psem i na lodach.
Dzień później udaliśmy się razem na basen (i jeszcze Kocica plus jeden), gdzie było miło dzieciom miło. Szóstka dzieci w różnym wieku, o różnych potrzebach wodnych wymagała logistycznych ekwilibrystyk, ale w sumie nieźle się bawiliśmy.
Najlepiej Kocica, bo jej maluch zasnął i spał bite dwie godziny. Po obudzeniu zjadł piłkę z oryginalnym napisem EFA mojemu starszemu i okazało się, że nie powinnam była o tym mówić, tylko piłkę zakopać i zapomnieć. Pewnie by się udało, bo syn mój posiada coś koło sześciu piłek (tu, bo w domu drugie tyle) i by się nie połapał, ale… jakoś okazałam się być do bólu prawdomówna i była afera międzynarodowa.

Dzisiaj miałam czwórkę dzieci.
Nie, nie rozmnożyłam się znienacka, nie, tylko każde z moich dzieci zaprosiło sobie gościa. Dwa razy dwa jest cztery. Prosty rachunek. Podeszłam do faktu bez dreszczyka, w końcu ma się to doświadczenie. Oprócz tego dzieci duże, obyte w towarzystwie. Amelie to najbliższa przyjaciółka córki – często się widują, zawsze się miło i harmonijnie bawią ze sobą. Vincent - bliski kumpel syna z byłego przedszkola - to dobrze wychowany, młody człowiek. Nie widziałam problemu.
Nie pomyślałam, że problem sprawią mi nie te cudze, kukułcze, tylko własne, które znam wydawałoby się od podszewki. 
Pierwszy moje nerwy nadwyrężył syn.
Logistykę miałam w małym palcu – idę do przeszkola, odbieram moją córkę i Vincenta (on chodzi jeszcze do przedszkola), z nimi idę do szkoły, tam odbieram syna. Tamże matka Amelie przyprowadza mi Amelie i w czwórkę sobie idziemy do domu, zjadłszy uprzednio po kawałku ciasta (dzieci) i wypiwszy filiżankę kawy (ja), bo akurat była taka okazja. Był mały pchli targ na boisku, gdzie oprócz starych zabawek i książek dzieci sprzedawały ciasto. Pomyślałam więc sobie, że może być miło.
Zamiast tego okazało się być bardzo niemiło. Zaraz jak przyszliśmy, syn mój rzucił się na mnie z pięściam: gdzie tak długo byłaś. Jak to gdzie?! – zbaraniałam – jak to gdzie? Przecież odbierałam E. i V! Tak, a tu sprzedawali opaskę kapitana drużyny piłkarskiej i on nie miał pieniędzy i mnie nie było i on musiał się rozpłakać i mama Charlotte mu pożyczyła pieniędze, jak on już płakał, ale to już było za późno, bo opaskę już kupił kto inny i w ogóle mnie już nie lubi i jest obrażony i w ogóle jestem niedobrą mamą, bo mnie nie ma, jak mam być.
Dodam, że obok stał speszony Vincent, kumpel, z którym syn mój już nie widział się wieki i bardzo chciał się zobaczyć. Ale niestety nie doczekał się ani cześć, ani jak się masz, ani cieszę się, że Cię widzę, tylko stał tam, jakby był przezroczysty i okrągłymi ze zdumienia oczami obserwował dziką awanturę. Nie będę wdawać się w szczegóły poskramiania złośnika. Dość, że 15 minut i dwie żółte kartki później pomaszerowaliśmy do domu. Jakimi dantejskimi karami mu groziłam, nie będę opowiadać.
W domu chłopcy zniknęli w jednym pokoju, dziewczyny w drugim. Cisza. Zasiadam do komputera. Cisza. Cisza. Błoga cisza. Uffffff. Błoga? Dziwna cisza. Podejrzana cisza. Dziewczyny, ok, to się zdarza. Ale chłopcy? Co jest?
Idę do ich pokoju, wchodzę cichutko. Vincent siedzi znudzony, nic nie robi, młynki palcami kręci, syn mój siedzi przy biurku i… czyta. Co Wy robicie??? Pytam zaskoczona. No właśnie nie wiem – odpowiada gość. Właśnie go już kilka razy pytałem, czy nie moglibyśmy się w coś bawić. Sssssssssssynu – syczę – jak w tej chwili, ale to w tej chwili nie zajmiesz się gościemNo przecież się zajmuję – on mi na to – przecież czytamy. To Ty czytaszszsz – syczę nadal – on się nudzi. Jeśli w tej chwiliNo dobra, dobra, odpowiada pojednawczo. Nie skończyłam drążyć tematu, co będzie, jeśli „w tej chwili”, bo z pokoju dziewcząt rozlega się ryk. Potworny. Okrutny. Głośny i przenikliwy. Biegnę i widzę scenę, jak z komiksu – pięści i nogi wystają z kulającego się kłębka. I włosy. wszystkie ręce trzymają jakieś włosy, nie wiadomo, kto czyje, bo wszystkie blond. Co tu się dzieje – krzyczę, próbują przekrzyczeć krzyk. To ona zaczęła – odpowiadają mi unisono, wskazując na siebie nawzajem. Ale o co chodzi? – próbuję się dowiedzieć – to ona mnie pierwsza uderzyła – znowu dwie identyczne odpowiedzi. Wyjaśniam, tłumaczę, mediuję, przytulam, głaszczę, wycieram łzy. Mimo usilnych starań, nie jestem w stanie wywiedzieć się, o co poszło. Pozostaje mi tylko jedno. Odwrócić ich uwagę i zająć czymś innym. Po pewnym czasie – sukces. Dziewczyny się znowu bawią. Układają puzzle. Zaglądam do chłopaków. Lego. Ufff. Ok. Na palacach zakradam się do mojego pokoju, do komputera…
Hałas z pokoju chłopaków. Wchodzę. Klocki lego walają się po podłodze, chłopcy zamienili łóżko w statek piracki i skaczą z niego do morza (na podłogę). Na klocki. Na głowy sąsiadów. Na moje nadwyrężone już uszy. Ciszej nieco – błagam. Nie zdążam rozwinąć tematu. Awantura u lasek. Pędzę. Puzzle rozsypane, przemieszane. Zawartość kilku pudełek na jednej kupce. A jedną z układanek dziewczyny sobie wyrywają – ja chcę! - nie, ja! - nie, ja! Ja byłam pierwsza! Nie, bo ja! – - – Przecież na podłodze jest kilkanaście układanek! - próbuję zrozumieć problem. Nie da się… Jest zbyt skomplikowany, jak na mój skołowany umysł. Moja córka chce coś układać, co Amelie nie chce, ale Amelie chce, co nie chce moja córka, choć ona to samo chce, co tamta nie chce. Nic z tego nie rozumiem.
Idźmy na plac zabaw. Chlopcy sprzątają lego, dziewczyny puzzle, spadamy. Spadajmy, czym prędzej.
Bo tu to oszaleję!

Ostatnio coś mi upadło, synek się pochylił i podniósł.
- O jak, ładnie syneczku, bardzo się cieszę, że jesteś taki kulturalny
- Bo Ty mnie, mamusiu, tak dobrze wychowujesz.
O, jak mi miło się zrobiło.
______________________________
Bo wychowanie – z tego zdaje sobie sprawę większość matek, a i część jakaś niewątpliwie ojców – to ciężki i znojny trud. Choć nie można powiedzieć, że niewdzięczny, czy syzyfowy, nie nie, wręcz przeciwnie. Efekty są, tylko niestety dopiero po dłuższym czasie widać, co nam z tego czy tamtego posunięcia wyszło. I czasem są te efekty zupełnie niezbliżone do zamierzonych. W zasadzie wychowywanie to ciąg eksperymentów, działanie metodą prób i błędów, posuwanie się kroczek po kroczku - dwa kroczki do przodu, jeden do tyłu. Ukłon, obrót…
______________________________
Podręcznikom dobrze mówić. A zastosować w życiu ich cenne porady nie jest wcale tak łatwo.
Bo dziecko to nie drewno, kamień, modelina czy gips. To giętki, a oporny materiał ludzki. Czasami giętki jak kauczuk, czasami twardy jak dębina, czasami śliski jak gumisie namoczone w wodzie…
Być zbyt autorytarnym – źle. Połamiesz, pogniesz, nie nauczysz asertywności, stworzysz sierotę życiową. Albo co gorsza wiecznego buntownika.
Być zbyt ustępliwym – na głowę Ci wlezie. A potem będzie całe życie próbował innym. Brak socjalnych kompetencji, nieumiejętność zawierania kompromisów, dzielenia się.
Dawniej to mieli fajnie. Jasne reguły, ogólnie uznane granice. Dzieci mają mieć czyste paznokcie i uszy. Nie mogą przerywać jak dorośli mówią. Po dobranocce do łóżka. W niedzielę niedzielne ubranka i nie zabrudzić! Kłaniać się, dygać, nogą szurnąć, czapkę zdjąć, proszę bardzo, dziękuję bardzo, ależ tak, ależ nie, ą i ę. To wszystko już niestety wyszło z mody. Rodzice muszą sami wyznaczać coraz to nowe granice i jeszcze w dodatku stale je kontrolować, konfrontować, rewidować… Bronić swoich linii wychowawczych i walczyć o nie.
Wychodzi na to, że wychowywać dzieci powinny tylko osoby zdecydowane, pewne siebie i asertywne. Dziecko potrzebuje konsekwencji. Rodzic, a jakże, też…
______________________________
A tak nawiasem mówiąc, to mój syn bardzo lubi wychowywać swoją siostrę. Nie będę ukrywać, że obserwując go, sama się wiele uczę. Takie sobie lustereczko…

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)

No to uraczę Was jeszcze jedną „satyrą w krótkich majteczkach”.
Było to dwa lata temu i właśnie zmarła nasza sąsiadka. Bardzo się obaiałam, że mój skądinąd bardzo wrażliwy syn bardzo ten fakt przeżyje. Frau L. była kochaną staruszką, która traktowała moje dzieci jak swoje wnuki (czy prawnuki). Zawsze miała dla nich miłe słowo, często coś słodkiego. Zawsze pamiętała o urodzinach, Zajączku czy Mikołaju.
Tak, że po otrzymaniu zawiadomienia o jej śmierci, nie miałam odwagi opowiedzieć o tym Damirowi. Długo się zastanawiałam, w jaki sposób mu o tym opowiedzieć (tym bardziej, że to miał być jego pierwszy kontakt ze śmiercią). Skonsultowałam się nawet z wychowawczynią ze przedszkola, która mi poradziła, że nie mam wdawać się w szczegóły, tylko powiedzieć, że Frau L. umarła i poszła do nieba. Że tam sobie siedzi i patrzy na niego. I że jak chce, to może zapalić jej świeczkę, postawić na parapecie, to ona się ucieszy.
Cóż. Okazało się, że mój syn przeżył to wydarzenie bynajmniej nie na poziomie spirytualno-duchowym, a na czysto intelektualnym. Zgodnie ze swoim zwyczajem zalał mnie pytaniami:
- a jak poszła do tego nieba?
- a w jaki sposób? Dusza poszła?
- a jak patrzy? Czy tak jak w samolocie przez okno?
- a nie dałoby się tam do niej dolecieć samolotem? Nie? A rakietą? Nie? Za daleko? A jak to daleko? Dalej niż na księżyc? Dalej niż kosmos? Dalej? Jak to: dalej? Przecież kiedyś mówiłaś, że kosmos jest nieskończony???
- a w czym ją zanieśli?
- a jak pochowali?
- a co to jest trumna? A jak wygląda trumna? A czy ona jest ze szkła? Z drewna? Jak to z drwna. To jak wygląda?
- a kto napisał to zawiadomienie o jej śmierci? Córka? A skąd ona ma córkę, przecież ona stara była? Miała dzieci? Duże? Jak to duże? To dzieci mogą być duże? A jakie duże? Takie jak Piotruś i Pawełek? Nie Piotruś Pan, tylko ten Piotruś z Warszawy…
Ueueueueueueueueuerrrrrrrrrrrrrrrrr
(zanotowano 09/06)

Właśnie mi się ostatnio przypomniało, jak to mój syn uznał, że nadszedł czas dać się uświadomić. I będąc w wieku lat 5,5 zaczął się dopytywać skąd się biorą dzieci. Zaczął ostrożnie:
- Skąd się biorą?
- Z brzuszka mamusi.
- No tak, ale skąd w brzuszku?
Więc ja na to, jak w mądrych książkach kazano, ze od Boga. Tatuś i mamusia się kochają i z tego się rodzi dzidziuś.
- No tak, ale skąd on się tam bierze w brzuszku mamusi???
- No więc sperma, więc komórka jajowa, więc zarodek, więc płód…
- No nie, ale jak się to dziecko konkretnie robi?
- No przecież mówię, ze sperma, ze komórka…
- Eeee. Lepiej powiedz, czy to prawda, ze tatuś siusia do mamusi?
- Siusia?!?!?!
- Siusia.
- Hm, a skąd Ty to wziąłeś?!
- Caroline mi mówiła (Caroline to rówieśnica z przedszkola).
- Uhm, Caroline Ci mówiła… Nie, kochanie, Caroline cos pokręciła. Nikt do nikogo nie siusia, to właśnie ta sperma i te komórki, wiesz, jajeczko, wici… – ja też się wiję jak Piekarski na mękach, gmatwając wszystko ile sił.
- To jak, wysiusiał mnie w końcu tatuś czy nie?! - stracił mój syn do mnie cierpliwość.
- Hm, wiesz co syneczku, mamusia pójdzie do biblioteki, wypożyczy Ci książkę, tam wszystko będzie ładnie opisane, z obrazkami, to sobie wszystko wyjaśnimy. Dobra?
- Dobra.
Syn jest na szczęście przyzwyczajony, ze sprawdzamy w książkach, bo jak mnie na temat wikingów czy rycerzy męczy, to tez mu zawsze mowie, ze sprawdzimy w książce. I sprawdzamy.
Jeszcze w tym samym tygodniu leciałam do Polski (miałam tydzień urlopu od męża i dzieci) i w Polsce kupiłam książkę pt. „Mama zniosła jajko„. Tam za pomocą obrazków i humorystycznych tekstów z grubsza wszystko zostało wyjaśnione. Książkę przeczytaliśmy sobie z trzy razy i uznaliśmy temat za zamknięty.
Tymczasem zbliżały się święta. I synuś mnie męczył na temat szukania jajek wielkanocnych. Taki zwyczaj niemiecki. Jajek nigdy dotąd nie szukaliśmy, bo jakoś tak się składało, ze Wielkanoc spędzaliśmy w Polsce. Tym razem mieliśmy ja spędzić w Niemczech i obiecałam mu, ze będzie szukał jajek. Tylko nie umiałam mu odpowiedzieć na sto jego pytań na ten temat jajek, bo zwyczaju aż tak dobrze nie znam.
- Wiesz co, na śniadanie przyjedzie do nas Tante Steffi (jego chrzestna), wiec ona Ci wszystko wyjaśni. Ja nie wiem dokładnie, bo ja się wychowałam w Polsce. W Polsce są inne zwyczaje, a w Niemczech inne… Więc Tante Steffi na pewno wie dokładnie i Ci wytłumaczy.
- Dobrze - ucieszył się – to się ją spytam, jak się robi dzieci.
- Jak to dzieci? Przecież Ci już wszystko dokładnie wytłumaczyłam – zdziwiłam się niepomiernie.
- No tak mamusiu, ale wiesz w Polsce są inne zwyczaje, a w Niemczech inne, niech ona mi też opowie, jak to się tu robi…
(akcja toczyła się w maju 2006 r.)

Córka moja odkryła w sobie duszę poety(-tki). Jakiś czas temu stworzyła wiersz. Udało jej się go zapamiętać i z lubością go recytuje. Pozwolę sobie przytoczyć, aby się zachował dla potomnych:

ali ali babka
od kopytka spadła
mó-óó-wi bęc
i już jestem ręc!

Nie do końca jestem pewna pisowni ostatniego słowa, bo poetka jeszcze niepiśmienna, reguł ortografii nie przyswoiła, a na pytanie, co słowo owo znaczy, odpowiada: „nie wiem, to tylko tak się złożyło„.

_______________________________
Przy okazji upamiętnię, tzn. uwiecznię też pierwszy wiersz mojego syna. Powstał on (wiersz), jak miał on (syn) dwa, może trzy lata. I brzmiał:

jagody, jagody, poplątały się z marchewkami

Jak widać, w tym przypadku twórca wybrał formę krótką. I białą.

W rodzinnych sagach funkcjonuje jeszcze wariant tego utworu:

jagody, jagody, lepsze są niż lody

ale tu nie do końca jestem pewna, czy jest on również autorstwa mojego syna, czy to parafraza mojego męża, który to włożył ją potem już w usta syna… Mąż mianowicie też lubi bawić się językowym tworzywem. Kto go zna, ten wie


  • RSS