Po raz kolejny Paryż i znowu zupełnie inny Paryż.
Był Paryż pierwszy, dziewiczy, z M. - wielogodzinne łażenie i moczenie nóg w wodzie z solą. W bidecie dodam, co nie świadczyło bynajmniej o ignorancji, lecz o braku alternatywy. Był Pont de Neufes, jak w Grze w klasy, był Calvados, jak w Remarque’u. Był Salvadore Dali i Pere Laiches z Jimem Morrisonem. Był Montmartre, który zachwycił i Montparnas, który rozczarował. Było zachłyśnięcie Luwrem, Pompidou i d’Orsay’em i absolutnie niepowtarzalną dzielnicą Defense.
Był drugi raz, zupełnie inny – bardziej osobisty, z Jean Michel Jarre’em i jego laserowymi iluminacjami, które się super udały i z Paradą Wolności, która się zupełnie nie udała. Długie kolacje z J., Versaille, deszcz z jednej chmury i film o dwórkach króla Ludwika.
Potem z A., jak i poprzednimi razy, autostopem, choć tym razem nie tak gładko. Znów zwiedzanie, znów kolacje, ale zupełnie inne to wszystko.
Potem podróż poślubna – tym razem pożyczonym autem, nocowanie u J., wino z S… Trochę dawnego uroku dało się odzyskać, ale jakoś Cortazar i Remarque się zacierał. Coraz mniej Dali’ego, coraz mniej Miro, coraz mniej wszystkiego.
A teraz rodzinnie. Miło jest pokazywać dzieciom stare kąty, ale – - – eto uzhe nje tak, vsjo nje tak…