Zaczęłam pracę. Wprawdzie dalej na własny rozrachunek, ale przynajmniej wychodzę z domu.
Jestem Panią Nauczycielką!!! Niczym Ania z Zielonego Wzgórza.
Uczę języka niemieckiego i mam bardzo ambitną grupę. Wszystkie panie (bo to żeński kurs) bardzo są żądne wiedzy i nauka sprawia im widoczną radość. Po pierwsze poprosiły, żeby lekcje zaczynały się nie o dziewiątej, a już o wpół do (i to jest mój czysty zysk). Po drugie, skróciły przerwę z pół godziny na dwadzieścia minut (tu zysku nie mam, ale w czasie przerwy i tak nie odpoczywam, więc nic to). Po trzecie, także w czasie przerwy domagają się wyjaśniania nurtujących je problemów językowych. I tak jak w innej grupie (którą też uczę, ale tylko raz w tygodniu) panie przychodzą tak z 10 do 20 minutowym spóźnieniem, tak w tej są wszystkie raczej punktualne. W drugiej grupie za piętnaście dwunasta uczennice szurają już nogami (bo ta poprzednia nauczycielka je wcześniej do domu puszczała), w tej grupie pięć-dziesięć po dwunastej zwykle pytam: no co? Nie chcecie dziś iść do domu?

Ale jest to miłe. Zwłaszcza że prawią mi komplementy na temat mojego stylu nauczania :-)

Za to mój szwagier (Niemiec) na wieść, że uczę niemieckiego, orzekł z namysłam:
- No cóż… Uczyć może każdy… (das kann ja jeder machen)