ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2011

Tak sobie właśnie prasuję koszule i rozmyślam o Dżulietcie.
Dżulietta to mężatka od lat stu, która nigdy, ale to nigdy nie zdradziła męża. Ani romansów, ani flirtów nawet. Przykładna Penelopa, wierna aż po grób.
No może nie po grób, bo w końcu stało się. Chemia ją dopadła i narodził się flirt. Flirt, jak flirt – nie on sam w sobie był istotny, ale fakt, że poczuła się jak śpiąca Królewna obudzona z kamiennego, stuletniego snu. Dla męża – wiadomo – po stu latach atrakcyjnością równała się zmywarce czy pralce. Jak to facet, nie na estetykę patrzył, tylko na funkcjonalność. Dobrze zmywa – dobry sprzęt – i tyle. A tu nagle nie żona, nie matka, nie kuchta, nie personel, tylko kobieta. Adorowana. Cudowne uczucie. Zapomniane uczucie. Endrofiny wybuchły, dopamina zwariowała, życie poróżowiało, a ziemia zaczęła się dwa razy szybciej kręcić. 
Wszystkie złe demony przepadły. Dementorzy o zimnym oddechu przepadli jak przegnani srebrnym patronusem.
I nawet w małżeństwie zaczęło się lepiej dziać.
A potem się wszystko rypło.
I koniec bajki.

Co bardziej boli? Świadomość, że facet, na którym Ci zależy ma Cię gdzieś, czy zdrada w przyjaźni? 

Fakt, że Anindita została porzucona przez męża nie naruszył jeszcze bryły z posad świata. Zdarza się. Odkochał się. Bywa. Szkoda, że ona nie zdążyła się na czas odkochać, ale bywa i tak. Boli, ale można dać radę. Szkoda, że w sprawę wplątane jest dziecko, ale bywa i tak. Można i tu w takim przypadku dać radę Najważniejsze jest rozejście się na poziomie. Na wysokim poziomie ma się rozumieć.
I na takie się ono właśnie zapowiadało.
- Wszystko ci zostawię, wszystko! Będę miał małą kawalerkę, wezmę więc tylko swój komputer i kota – oznajmił on. Nie będę ci robiła żadnych trudności z dzieckiem, możesz je widzieć lub brać kiedy chcesz – oznajmiła więc ona. Dziecku niczego nie zabraknie, będę płacił regularnie. Oprócz tego oczywiście będę się z nim regularnie spotykał. – to on. Nie będę z  ciebie zdzierać całej sumy, która mi się wg tabeli d
üsseldorfowskiej należy; wiem, że dużo nie zarabiasz, wystarczą dwie stówy, byle regularnie płacone – odwzajemniła się ona. Możesz przejąć mieszkanie, udziały w spółdzielni, które wpłaciłem, przepiszę na Ciebie – oznajmił on. Itd. Itp. No, pełna kultura.
Wersal trwał tydzień.
- Ach, wezmę jeszcze wieżę i kolumny – oznajmił on. Weź - zgodziła się ona - ale zostaw laptopa dziecku. Ależ oczywiście, laptop dziecku zostawię, ale wezmę też te duże kolumny z telewizora – na to on. Szkoda, ale ok – zgodziła się ona - tylko zostaw telewizor. Ależ oczywiście, telewizor zostawię, ale wezmę też tę lampę stojącą – oznajmił on - i trochę pościeli, i trochę naczyń, garnków. Kota nie wezmę jednak, bo nie mam tam warunków. - Jasne, spakuję Ci wszystko, a kota zostaw. Nie ma sprawy. 
- Co ty opowiadasz, że podjeżdża już czwarty raz autem po rzeczy?
– zdziwiła się koleżanka, której coś tam opowiadałam - Przecież mówiłaś, że chciał wziąć tylko komputer i kota?No cóż, okazało się, że jednak jeszcze parę innych rzeczy weźmie. Ale kota zostawił!
I wówczas zaczęło to już wyglądać na trochę mniejszy Wersal…
Ale dalej było ok. Dalej bolało, ale dalej było na poziomie
Do czasu. Do czasu aż się okazało, że małżonek (ex-) bynajmniej nie wynajął sobie kawalerki, nie nie. Wprowadził się do matki najbliższej przyjaciółki swojego dziecka. Jego dziecko chodziło z tamtą już do przedszkola, potem do szkoły, świetlicy… Dzieci często się odwiedzały nawzajem, nieraz też nocowały u siebie. Mamy znały się dobrze, spotykały się często przecież, więc nieraz zwierzały się sobie wzajemnie. Można powiedzieć, że były dość mocno zaprzyjaźnione.
Ale tu właśnie skończył się Wersal.
- Tak, mieszkam u niej – oznajmił butnie – masz z tym jakiś problem?
I okazało się, że zero przepisywania udziałów, z mieszkania znikały coraz to nowe rzeczy łącznie z laptopem, na alimenty brakło pieniędzy, a obiecane spotkania z dzieckiem zamieniły się w zabieranie dziecka do mieszkania kochanki, gdzie oglądało ono swojego tatusia, jak się bawi z „tą drugą” – z jego (dziecka) przyjaciółką.
I jak się z mamusią koleżanki obściskuje na kanapie.
I jak rączka w rączkę przychodzą do świetlicy odebrać dzieci.
Stało się to, co się stać musiało – Ona mi ukradła tatusia – płakało dziecko.
Porzucenie przez męża bardzo boli, ale jak ojciec krzywdzi dziecko – wtedy już nie ma pardonu.
I nie ma Wersalu.
Jest pole bitwy.

Dziś mam dzień szoków. Musiałabym chyba z tonę cukru wpieprzyć, żeby się pozbierać…
Jeśli to oczywiście prawda, że cukier pomaga na szok. A nie kolejna bajka z serii szpinak na żelazo, jajka na cholesterel, a margaryna lepsza od masła i vice versa.


  • RSS