Manigolda jest piękną blondynką o niebieskich oczach, bujnym biuście, dużym temperamencie - nic dodać nic ująć. Ma męża Brazylijczyka. Poznała go naście lat temu w Anglii. Południowiec – czarnowłosy, śniady i ognisty, odznaczał się wówczas niebywałym temperamentem i fantazją – zwykł był np. między innymi tańczyć na stole. Manigolda tęskniła za rodziną, więc po przeprowadzce z mężem do Niemiec, ściągnęła ją tam całą – rodziców i siostry. Po czym uznała, że tu miejsca nie zagrzeje i wyjechała z mężem (i urodzoną w międzyczasie córeczką) do Brazylii. W ciepłej Brazylii, tuż u brzegu morza wygrzewała swe ciało, świetnie rozumiała się z teściową (jak wieść niesie lepiej nawej niż z małżonkiem), ale zbyt nudno i leniwie płynęły chwile, więc stadło po jakimś powróciło do Niemiec. W Niemczech dorobili się drugiej córki i w komplecie wyjechali (za chlebem) do Londynu. Ale i w Londynie Marnigolda nie znalazła spełnienia. Znalazła raczej depresję. Głównie dlatego, że nastąpiła tam metamorfoza południowego małżonka. Z ognistego amanta i lwa salonowego zamienił się w pobożnego sekciarza, czy kogoś w tym rodzaju. A po pewnym czasie objął nawet stanowisko przywódcy duchowego w swojej parafii. Rola pastorowej Manigoldzie nie odpowiadała ani trochę, spakowała siebie i dzieci i powróciła do Niemiec. Do swojego przytulnego mieszkanka, którego przytomnie nie pozbyła się, a jedynie podnajęła. 
Już wkrótce okazało się, że i
małżonek tęskniący za córkami (a i za żoną poniekąd) zaczął rozważać powrót. Manigolda mu nie mówi won. Nie, nie – wręcz przeciwnie – jest za tym, aby powrócił w pobliże (głównie po to, by ją odciążył przy dzieciach), ale nie za blisko. Ot, mógłby on sobie – tłumaczy mu – wynająć kawalerkę, ot tak z jedną dzielnicę dalej. Ich związek, nadwerężony i poddany wielu próbom miałby czas ochłonąć, nabrać nowego szlifu. Odwiedzaliby się wzajemnie, chodziliby razem na spacery – rączka, gwiazdy, księżyc, itp. A potem każdy do swojego domu. Miłość na odległość. Nikt by nikogo nie denerwował – no popatrz, tłumaczy mu, jak my do siebie nie pasujemy. Cały czas na ciebie krzyczę, złoszczę się. A tak to mogłoby  być miło, romantycznie, jak dawniej

Małżonek zaczyna przynętę łykać. I z małżonka zrobi się dochodzący. A dochodzący to, jak wiadomo, sam skarb. Zero brudnych skarpetek na podłodze, za to kwiaty, bukiety, balety. Czyż nie pięknie?!