ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2011

Epizod 1
przyjaciółka

- Ty, może zrób staremu jakiegoś strogonoffa…
żona
- Strogonoffa? a kto to będzie kroil? Kurczaki mu upiekłam w piątek. W piątek jadł, w sobotę jadł. a w niedzielę już nie chciał. Taki wybredny!
przyjaciółka
- Francuski piesek
żona
- To zamroziłam. Będzie miał na przyszły weekend! 
przyjaciółka
- Genialne!

Epizod 2
córka
- mamusiu, powiesz tatusiowi, że obdarłaś lakier z auta przy parkowaniu
mama
- nie
córka
- to on będzie myślał, że to on sam zrobił!
mama
- no właśnie

No tak, jogging, joga, może jeszcze jonglowanie? Właśnie się dowiedziałam, że dobre nie tylko na kręgosłup, ale i na mózg. A mnie nań padło, więc…
No ale na razie wybieram jogurt.

Ale mam dół!

Najwyraźniej powracam do starych schematów.
Znowu się dałam wkręcić. A zauważyłam to dopiero, jak rozpoznałam w sobie starą znajomą potrzebę schowania się pod łóżko i naciągnięcia poduszki na głowę. Na szczęście pani T. objechała mnie od góry do dołu i nakazała delegować.
Impreza ma być dla wszystkich, tak? Tak. Wszyscy się chcą dobrze bawić, tak? Tak. Wszyscy chcą coś jeść, tak? Tak. To dlaczego jedna osoba ma wszystko sama organizować? Bo tak ma. Ot, taki jej urok. Taki mój urok. I wszyscy do tego przywykli.
- Balladyno, pozapraszaj ludzi, to przecież tylko jeden mail… –
Jasne, nie mam problemu.
- Balladyno, skoordynuj, żeby każdy przyniósł coś do jedzenia, żeby się nie powtarzało, żeby było i słodkie i niesłodkie, no wiesz… –
Jasne, wiem, czemu nie.
- Balladyno, trzeba by załatwić picie. Ok, do jedzenia każdy coś przyniesie, ale co z piciem? –
Och, oczywiście, po prostu już w sobotę podjadę do sklepu, kupi się skrzynkę tego, skrzynkę tego…
- Balladyno, trzeba by dzieciom zapewnić rozrywkę. Będą piłkarzyki i bilard, ale co z dziewczynami? I co z maluchami? Wymyśl coś… - No cóż, napiszę do wszystkich maila, zobaczę, co kto zaproponuje i coś z tego poskładam.
- Balladyno, nie uważasz, że dobrze by było, gdyby wszyscy mieli jakieś plakietki z imionami? Karteczki albo nalepki można by porobić –
No pewnie, przecież mam listę uczestników. Mam też taki plaster, co nie zostawia śladów. Przygotuję, nie ma problemu.
- Balladyno, fajnie by było, żeby nie tylko dzieci się poprzebierały. I dorośli mogliby przecież, w końcu to karnawał. –
Ok, napiszę do wszystkich, co o tym sądzą. Pewnie da się zrobić.
I tak dalej, i tak dalej.
Ale dziś pani T. mi zabroniła. Tłumaczyła mi, że:
Organizowanie czegoś nie polega na robieniu wszystkiego samemu, tylko na delegowaniu zadań. Zrób listę zadań i porozdawaj wszystko, co masz na liście. Jeśli ktoś rzuca propozycję, zachwyć się i oddaj ją… Proponującemu.
I jeszcze – każde zadanie należy oddawać kompletnie, z pełnym zaufaniem, bez oferowania, że pomogę, doradzę, załatwię. Nawet jeżeli coś będzie zrobione inaczej, niż ja bym to zrobiła, będzie dobrze.
Ament

I znowu Ktoś odszedł. I znowu to dziwne chybotanie się pomiędzy szokiem przemijalności, niedowierzaniem i powolnym rozumieniem, że chyba jednak naprawdę.
I co dalej? Dla jednych popłynie życie dalej bez zmian. Dla drugich niby bez zmian, ale z wielką wyrwą w sercu. A dla innych znowu świat się zatrzęsie w posadach. Już się zaczął trząść. I będzie się trząsł czas jakiś. Wiem, pamiętam. I mimo, że Stachura tak ładnie mówi: przysięgam Wam, że płynie czas, że płynie czas i zabija rany, to… To niektóre rany zabliźniają się bardzo cienkim nabłonkiem, który bardzo łatwo rozerwać.
A teraz nie ma Jego i – mimo, że strasznie trudno w to uwierzyć – nigdy go już nie będzie. Przynajmniej w takiej postaci, w tej powłoce ziemskiej. Nie było Go już w zasadzie czas jakiś, zżerała go choroba – straszna, żarłoczna, ale ciągle można się było łudzić, ciągle można było udawać, że jakoś to będzie. Tyle razy już w innych przypadkach jakoś to było, więc i tu może tak być. A teraz już wiadomo, że nic nie będzie…
I choć nigdy by już nie było, jak było, to jakoś milej powspominać, co było, jak ktoś jest, niż jak go nie ma. Tak bardzo. Tak mocno. I tak całkowicie.

cudze. Swoje wgniotłam…
Chyba jednak nie jestem świetnym kierowcą :-(

********************

Ale chyba miałam tzw. „szczęście w nieszczęściu”. Mówię” chyba”, bo boję się zapeszyć, ale… Wygląda lepiej, niż na pierwszy rzut oka się wydawało. Otóż pani, której przedni zderzak zdjęłam za auta, okazała się nie być małostkową i uznała, że jej auto mniej jest warte niż nowy zderzak. Oznajmiła mi, że nie muszę zawiadamiać ubezpieczenia i że możemy to załatwić między sobą. Ponieważ auto jest jej „na gwałt”potrzebne, każe w najbliższym warsztacie przykręcić stary zderzak (lekko nadkruszony przeze mnie!), ja pokryję koszty warsztatu plus benzyny i tyle.
Jak powiedziała, tak zrobiła.
Czy to się nie nazywa „więcej szczęścia niż rozumu”???

No tak, jogging, joga, może jeszcze jonglowanie – właśnie się dowiedziałam, że dobre nie tylko na kręgosłup ale i na mózg. A mnie padło nań, więc…
Na razie wybieram jogurt.


  • RSS