ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2010

Sprzątając dziś przed południem w komórce zastanawiałam się, czy wyrzucić kulę, która została tam po poprzednich właścicielach. Zdecydowałam się na niewyrzucenie: a nuż się przyda – pomyślałam sobie i troskliwie otarłam z kurzu.
Ktoby mógł przypuścić, że parę godzin później zwichnę nogę?!?!?!

Postanowiłam coś ze sobą zrobić.
Już od stycznia (tak tak, pierwszego) tak sobie mantruję: muszę coś ze sobą zrobić, muszę coś ze sobą zrobić, ale od postanowień do czynów, droga długa i oto dopiero w marcu zaczęła się klarować pierwsza szansa.
Tak chodzi o tę pracę, której w końcu nie dostałam. Ale przez chwilę poczułam się jak elegancka pani w biurze i z tej okazji nawet zajrzałam do Zary. Pogłaskałam dwie bluzki, jedną parę dżins i z dwie marynarki i przysięgłam sobie, że jak dostanę pierwszą pensję to się zrujnuję. Pierwszej pensji nie dostałam, zrujnowana jest bez tego, ale pojawiła się następna szansa. Zostałam zaproszona na komunię. Komunia to jak ślub, w dresach nie pójdziesz, więc radośnie rzuciłam się w wir zakupów. Szczęście mi dopisało, bo gwałtownie zmieniła się pogoda. Z ciepłej (na którą zakupiłam pierwszy zestaw ubrań – sandały, kretonowa spódniczka, bluzeczka, okulary słoneczne, branzoletka, korale) na zimną (na którą zmuszona zostałam zakupić drugi zestaw, a zwłaszcza buty).
Wysoki obcas plus szkła kontaktowe spowodowały, że poczułam się innym człowiekiem. Precz z poplamionymi ciuchami, precz z tłustymi strąkami – prężny krok z biodra i smoke-eye to moje nowe ja!  

Córka: Mamusiu, a jak to działa?
Mama: Pomyśl
Córka – po chwili: no nie mogę, myśl mi nie działa!

Dzień wcześniej:
Córka: Mamusiu, mnie czółko boli
Mama: Wiem, przecież się uderzyłaś mocno, jeszcze parę dni Cię troszkę poboli i przestanie
Córka: To dobrze, że wiesz, bo tak sobie chodziłaś, jakbyś nie wiedziała…

Tak się wczoraj przed zaśnięciem zastanawiałam, o co tu chodzi z tym snem. Dlaczego ja tak strasznie lubię spać. Tak strasznie muszę. Tak strasznie potrzebuję…
Jak na razie wyłoniły się trzy teorie. Teoria pierwsza – dużo śpią LENIWCY. Lubią spać, lubią nic nie robić i są obrzydliwie LENIWI. No nie wiem, nie przekonywuje mnie to (nie tylko dlatego, że mi nie pasuje do mojego emplua), bo leniwi, to raczej siedzą na tapczanie i obżerają się czipsami. Tak sobie myślą. Po co mieliby spać, jeśli o tyle milej jest leniuchować w pełnej tego świadomości?
No i jak wytłumaczyć fakt, że nawet robiąc rzeczy miłe – chce mi się spać. Nigdy nie przebalowałam sylwestra, nigdy nie zarwałam nocy, mile spędzany wieczór, przestaje być miły, gdy tylko sobie uświadomię, że na drugi dzień trzeba spać i ja będę NIEWYSPANA…
Druga teoria mówi o ciśnieniu, o krążeniu, o organicznej potrzebie snu itp. Ale żeby aż tak? Ostatnio źle spałam pewnej nocy i następnego ranka już się obudziłam z bólem gardła. W konsekwencji czego przechorowałam bity tydzień. Bo mój organizm nie poradził sobie z jedną nieprzespaną (źle przespaną) nocą. Lekka przesada.
No i trzecia teoria, że sen to jakiś rodzaj ucieczki. Przed rzeczywistością. Przed stresem. Przed pierdolnikiem dnia codziennego. Przed no właśnie, przed czym tak naprawdę?
Przed sobą?
Nie doszłam do konkluzji, bo zasnęłam…

Pojechała macocha, siostry się wystroiły,
a ja już nie mam siły
Wciąż muszę jak kocmołuch
Wybierać groch z popiołu…

Vot kakaja bieda!


  • RSS