ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2010

Hm, tyle życia mi minęło niespodziewanie za oknami, a ja nie zdążyłam ująć pióra w rękę i zostawić ślad dla potomności. Goście z Polski byli i pojechali (świetnie było :-)), goście przelotni się poprzewijali, Synuś pouczęszczał na duże ilości urodzin. Opuścił dużo godzin szkolnych usprawiedliwionych (osiągnął 41 stopni w skali Celcjusza, budząc wszystkie drzemiące macierzyńskie instnynkty). Córcia okazała się nie być gorszą (wymiotowała jak na zawodach). Mąż miał wolne, ja miałam zajęte – wszystkich pozaniedbywałam (przepraszam gremialnie). 
I już jestem tu. Bardziej tu niż  tam, choć ciągle jeszcze jedną nogą w rozkroku (oglądałam film: „Baśń o ludziach stamtąd”. Cały film nie wiedziałyśmy, czy się nam podoba, po to, by przy zakończeniu jęknąć z rozczarowania, że to już i że był świetny. Na szczęście jeszcze było drugie i trzecie. A film genialny!)
Tu to jest przy biurku, za klawiaturą, w plecach bałagan, z boku bałagan, na ekranie chaos, nie wiadomo od czego zacząć. Oglądałam „Zróbmy sobie wnuka”. Może nie genialny, ale dobry, śmieszny i z mocnym zakończeniem. Opłacało się, uważam.
 A najważniejsze to SŁONCE. Piękne, piekące, jasne, świecące… Usypiające, ale dobrze, że jest! 

Nowy wirus się pojawił, nowa grypa panuje, nowe kolejki tłoczą się u lekarzy. Ale afera, a my ją mamy! Hurra, znowu  jesteśmy na topie, znowu udało nam się iść z modą.
Już się media martwiły, że świńska przeszła bokiem nie biorąc pokotów jak hiszpanka (to ci była grypa!), a tu następna. Proszę, jak ładnie.

… myszy harcują…  :-)

- – - – - – - albo chorują :-(

Czyżby na wskutek harców??? 

Będąc młodą uczennicą i uczęszczając do studium ekonomicznego do klasy z poszerzonymi językami, miałam przyjemność zapoznać się z podstawami języka niemieckiego. Dość niechętnie jednakże – język ten jakoś nic a nic nie chciał wejść do mojej – podówczas młodej i lubiącej przecie języki obce – główki. Na próżno powtarzałam sobie, przeczytane gdzieś zdanie, iż język niemiecki to: „piękny język Goethego i Schillera”. Dla mnie, jak i dla większości osób urodzonych w sześćdziesiątych czy na przełomie sześćdziesiątych i siedemdziesiątych lat, język niemiecki to był język esesmanów ryczących na wojnych filmach puszczanych nam z lubością:
Rrrrrrrrrausssss!!!
Achtungggg!!!
Schnella!!!

Cóż, wzbogaciły te filmy mój zapas słów, ale dosyć jednostronnie, powiedziałabym.

Z językiem tym nie zmagałam się zbyt długo, gdyż nauczycielka nasza poszła na urlop macierzyńsko-wychowawczy i więcej jej nie widziano. Nas pocieszano ruskim. 
Potem była emigracja i kolejny etap podchodzenia „pięknego języka Goethego i Schillera„. Długo trwało przekonywanie się, zwłaszcza, że nawet uwielbiany przeze mnie (a jednak!) ”Król elfów” okazał się nie tylko nie być Królem Elfów, a Królem olch (bądź Królem olszyn), to jeszcze w dodatku w oryginale… hm… - no, cóż wygłoszę to świętokradztwo – wydawał się brzmieć gorzej niż w polskim tłumaczeniu.
No bo proszę na głos przeczytać:

Król Elfów
            Czyj galop tak tętni w wichrze i ćmie?
            To ojciec z swym synem na koniu w cwał rwie,
            to ojciec swe dziecię w czas wiezie spóźniony
            i grzeje, ogarnia mocnymi ramiony.

            - Mój synu, wciąż z lękiem twarzyczkę zasłaniasz
            - Nie widzisz, mój ojcze, jak Elf nas dogania?
            Król Elfów w koronie… i wlecze swój płaszcz…
            - Mój synku, mgły wstają i wloką się, patrz!

            ”Pójdź do mnie, chodź do mnie chłopczyno bez obaw!
            Znam ślicznych gier mnóstwo, chodź pobaw się, pobaw!
            I pełno mam kwiatów na brzegach mych wód,
            a matka ma chowa złocistych szat w bród…”

            - Mój ojcze, mój ojcze, czyś tego nie słuchał,
            co Elf mi obiecał, naszeptał do ucha?
            - Uspokój się synku, uspokój się mały,
            to wiatr w olszynach liść rusza, liść stlały.

            ”Chodź piękny mój chłopcze, w te olchy… choć ze mną!
            Me córki troskliwie hołubić cię będą.
            Me córy tam tańczą, nim zejdzie świt –
            wśpiewają, whuśtają i ciebie w swój rytm…”

            - Mój ojcze, nie widzisz, tam w cieniu, przy drzewie
            Król Elfów mnie wabi do swoich królewien
            - Mój synku… mój synku sokoli mam wzrok:
            To stare trzy wierzby szarzeją przez mrok.

            ”Ja kocham się w tobie, twój wdzięk mnie zniewolił,
            a będziesz oporny, to porwę wbrew woli !”
            - Tatusiu, tatusiu, ach jaki ból!
            Już ciągnie mnie, ciągnie okrutny Król!…

            Strach ojca porywa. Ostrogą spiął konia,
            Wiatr ściga – a dziecko majaczy w ramionach.
            I dopadł wrót domu, nim zeszedł świt.
            Na rękach syn jego już nie żył, już stygł…

To był przekład Jadwigi Gamskiej-Łempickiej. A teraz oryginał:


Erlkönig von Johann Wolfgang Goethe

Wer reitet so spät durch Nacht und Wind?
Es ist der Vater mit seinem Kind;
Er hat den Knaben wohl in dem Arm,
Er faßt ihn sicher, er hält ihn warm.


Mein Sohn, was birgst du so bang dein Gesicht? –
Siehst Vater, du den Erlkönig nicht?
Den Erlenkönig mit Kron und Schweif? –
Mein Sohn, es ist ein Nebelstreif. -


»Du liebes Kind, komm, geh mit mir!
Gar schöne Spiele spiel ich mit dir;
Manch bunte Blumen sind an dem Strand,
Meine Mutter hat manch gülden Gewand.«


Mein Vater, mein Vater, und hörest du nicht,
Was Erlenkönig mir leise verspricht? –
Sei ruhig, bleibe ruhig, mein Kind;
In dürren Blättern säuselt der Wind. -


»Willst, feiner Knabe, du mit mir gehn?
Meine Töchter sollen dich warten schön;
Meine Töchter führen den nächtlichen Reihn
Und wiegen und tanzen und singen dich ein.«


Mein Vater, mein Vater, und siehst du nicht dort
Erlkönigs Töchter am düstern Ort? –
Mein Sohn, mein Sohn, ich seh es genau:
Es scheinen die alten Weiden so grau. -


»Ich liebe dich, mich reizt deine schöne Gestalt;
Und bist du nicht willig, so brauch ich Gewalt.«
Mein Vater, mein Vater, jetzt faßt er mich an!
Erlkönig hat mir ein Leids getan! -


Dem Vater grauset’s, er reitet geschwind,
Er hält in den Armen das ächzende Kind,
Erreicht den Hof mit Mühe und Not;
In seinen Armen das Kind war tot.


Ale mijały lata, upływał czas i język niemiecki coraz bardziej wrastał mi w serce. Co jakiś czas zerkałam na oryginał Goethego i w dniu, w którym uznałam, że tak – że czuję ten rytm i wiem, o co biega, zrozumiałam, że proces rozwoju miłości do języka niemieckiego został zamknięty.
W tak zwanym międzyczasie wzbogacałam swoje słownictwo, zgłębiałam arkana gramatyki, zachwycałam się idiomami i frazeologizmami. Aż nadszedł czas, gdy zaczęłam studiować germanistykę, a konkretnie historię literatury niemieckiej i w trakcie studiów musiałam stwierdzić, że mam duszę lingwisty. Na szczęście zmiana punktu ciężkości nie była problemem i tak to się skończyło. Teraz jestem kurą, żoną, matką, a zrywy duszy zaspokajam w tłumaczeniach… technicznych instrukcji obsługi. Upoetyczniam je i podciągam stylistycznie, robiąc z nich skrzące oazy światła.

No i na blogu mogę rozwinąć skrzydła.  Więc będę!!!  


  • RSS