ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2009

Dziecko nie chce odejść z placu zabaw. Oboje dzieci, ściślej mówiąc. Proszę, błagam, grożę – nic nie pomaga.
- Bo sobie pójdziemy!
- Phi. To idźcie
– luzackie wzruszenie ramion.
Idziemy. Robimy parę kroków. Wolnych kroków… Jeszcze parę, jeszcze parę. Zbliżamy się do zaparkowanego auta.
Córka dramatycznym głosem (niemniej nie ruszając się z miejsca):
- A ty wiesz, że jak sobie pójdziecie, to już nas nigdy w życiu nie zobaczycie…???

No powiedzcie moi drodzy jak to jest, że każde planowane wakacje z Kocicą wychodzą na opak. Nie do opanowania. Obojętne, czy planujemy wspólne wakacje w Korbielowie, gdzie wujek Bercik myje trabanta, czy w Turcji, gdzie trabantów ani na lekarstwo, czy chodzi o wspólnego sylwestra czy o babski comber, zawsze jest jakieś cuś. A to musi jechać nagle i z nienacka do Włoch. A to musi się akurat rozwodzić. A to rodzi dziecko… Zawsze coś! Tym razem wykreowała sobie świńską grypę. A było to tak.
Przyjechawszy do miasta mojego rodzinnego byłam oczywiście bezdomna. Uważni czytelnicy wiedzą dlaczego. Dzieci zaparkowałam u Cioci, mąż pojechał w delegacyje, a ja chyc do Kocicy, bo i miejsca więcej i poplotkować można. Tzn. intelektualnie i ezoterycznie się powywnętrzać, chciałam powiedzieć. No to Kocica najpierw sama usnęła usypiając dziecko.  No dooobra, to znam, też tak miałam. Ja mam czas, ja poczekam. Popodziwiałam minimalizm. Potem się ocknęła i objawiła. Nawet drinkiem poczęstowała, ale nocy nie przehulałyśmy. Nie ten wiek? Nie te układy? Ona samotnie wychowująca (w danym momencie), ja musiałam z rana się stawić u Cioci, bo Ciocia pracującą okazała się być. Nic to. Jeszcze niejedna przegadana noc przed nami. Budzę się więc o ósmej i pochrząkując, pochrumkując i poszurując przemieszczam się po mieszkaniu (podziwiając po raz wtóry) minimalizm. Sęk był bowiem w tym, że zamek gerda czy inny patent nie posiadał funkcji zatrzaskowej. A oprócz owego zamka drzwi wyjściowe zaopatrzone były jedynie w klamkę (otwieralną z zewnątrz), więc jakoś tak nie śmiałam wyjść, nie uprzedziwszy gospodarzy. Gdy o dziewiątej otrzymałam pilny telefon – przyjeżdżaj natychmiast, pali się, postanowiłam przedsięwziąć konkretniejsze kroki. Wsunęłam się do sypialni i zapodałam czułym szeptem (by nie obudzić śpiącego obok dziecka) – Kociiiiicoooo, Kociiiicooooooo, Kocicuuniuuuu! Nic. Zero reakcji. Przeszłam się więc powtórnie po mieszkaniu, nabrałam odwagi i przeszłam do rękoczynów. Dalej zawodząc swoje począłam ją potrząsać za ramię – obudź się, wypuść mię, ja muszę do dzieeeciii! Potrząsanie (intensywne i długotrwałe) nie wywołało najmniejszej reakcji. U Kocicy. Bo spoczywające obok maleństwo zaczęło z wyrzutem kręcić się i stękać. Coś w stylu: ciotka, przymknij się, nie widzisz, że śpię? Zeszła? Chyba nie? Ciepła. No tak, ale może zeszła tuż tuż i jeszcze nie skostniała? Przyłożyłam ucho do piersi – dycha. Więc żyje. Udałam się w tej sytuacji do pokoju obok, do starszego syna, w nadziei, iż ów mnie wypuści. Tu z obudzeniem nie miałam żadnego kłopotu, widać, że dziecko było na obozie zuchowym. Po dotknięciu go w ramię, jednym susem wyskoczył z łóżka i stanął na baczność. Wypuść mnie proszę, matka twa zeszła, a ja muszę. Wypuścił.
A wieczorem, gdy już stałam spakowana z plecaczkiem na plecach, gotowa do ruszenia w drogę – telefon. Wieeeeeesz, jak chcesz to przyjedź, ale ja mam chyba świńską grypę. No nieee, nooo przyyyjedź, przyjedź, ale ja jestem nieprzytomna. Nieee, no możesz przyjechać, jak chcesz się zarazić, bo oba dzieciaki też kaszlą i rzężą. Ale przyjedź, przyjedź, jak chcesz. Dzieci marudne, a ja pogadać to z tobą pewnie nie pogadam, ale przyjedź przyjedź….
Nie przyjechałam. Dzień później miałam jechać do Warszawy, jakoś nie chciałam dostać świńskiej grypy…
Oliwa zawsze sprawiedliwa. I tak dostałam. O tym w następnych odcinkach… 

Spodobał mi się termin Kocicy: „Nie-zen„. Posnuję na tej osnowie własne rozważania. Chodzi mi o to konkretnie, że mąż mój malkontentem jest.
I dlatego też przebywając na wakacjach u siostry (S1), wylewałam jej moje żale i zażalenia pod adresem małżonka, które mi się skumulowały i ulewały. Powściągliwiej niż zwykle, gdyż omawiana osoba była osobą towarzyszącą, nie mniej jednak wylewałam.
Akurat omawiałam z  nią temat, pt. „szklanka do połowy pusta” (czyli, że mąż widzi zawsze gorszą stronę medalu), podczas gdy ona robiła mi wystrzałowy pedikjur. Czerwień obłędna na paznokciach u stóp plus zakaz wsuwania nogi w klapki, bo lakier się zniszczy. Zasuwaj na bosaka! No to zasuwałam.
Mąż się objawił. S1 z dumą doń:
- patrz no, jaką masz żonę! Jakie paznokcie!
- uhm, paznokcie
– pokiwał głową – a obróć no stopę… O, patrz jaka brudna!

W dzisiejszym odcinku Młodego Działkowicza przybliżę Wam uroki ogrodnictwa. W moim wykonaniu.
Chcąwszy bowiem upiększyć rabatkę, postanowiłam wyrwać panoszącą się tam akację. Akacja wyrosła mi znienacka i za plecami duża i rosła tam, gdzie jej wcale nie chciałam, i gdzie jej chwilę przedtem nie było. A mianowicie między wypielęgnowanymi, aczkolwiek nieco wiekowymi krzakami róż. Wiekowe krzaki róż charakteryzują się tym, że krzaczysko jest grube, zdrewniałe i nabite grubymi zdrewniałymi kolcami. Oprócz tego ma ono młode pędy, które różnią się jedynie tym, że mają cieńkie, lecz nie mniej długie i nie mniej ostre kolce. I między tymi właśnie krzakami wyrosła mi bujna akacja. Też dla odmiany kolczasta. Stąpając w ogrodowych chodakach, przebalansowałam po kamieniach ułożonych w rabatce w celu pielenia, złapałam drania tuż u nasady i ciągnę i ciągnę, wyciągnąć nie mogę. Tak się zaparłam, tak się zawzięłam, że… wyciągnęłam. Akacja korzeń miała gruby i długi, ale wyskoczył on raptem i bez uprzedzenia. Więc rymsnęłam. Ja na kamienie (krzyż) i róże (ręce, nogi, tułów), a akacja na mnie. Leżałam w tych różach jak żuczek. Obie ręce i obie nogi wyciągnięte pionowo do góry (wyprostować się nie dało, bo róże), na mnie akacja, pode mną kamienie. Jeden z nich w krzyżu. Wstać z podskoku nie mogłam, bo mię zgięło, przekulać w bok też nie, bo róże… Absolutny pat. Nie pytajcie mnie, jak stamtąd się wygrzebałam. Sama nie wiem. Nie umarłam z głodu, pragnienia, więc się wygrzebałam, ale nie pytajcie jakim kosztem!
Odechciało mi się plewić akacje. Zwłaszcza w chodakach. I po kamyczkach.
 

No to pierwszy kawałek wakacji odhaczony. Pt. Polska. Teraz pora na odrabianie zaległości. Trzymajcie się, zaraz będzie notka za notką!


  • RSS