ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2009

Syn przy śniadaniu:
Mamusiu, czasem jak patrzę w świeczkę, to widzę dziadziusia Marka…

Najpierw mnie zdołował syn, potem przez zmniejszoną własną czujność wpadłam w zębiska ojca (ojca syna mego) i teraz mam doła. I zastanawiam się – po co Bóg stworzył tych facetów???

Aby się zemścić, zacytuję dowcip, który przytaczałam gdzieś z rok temu. Ale zamiast szukać w archiwach, przytoczę jeszcze raz. Co tam! Wybaczycie? Wybaczycie!

Tytuł: Rajski ogród.
Ewa mówi do Boga: wiem, że dzięki Tobie istnieję, mam piękny ogród, tego zabawnego węża, ale nie jestem szczęśliwa.
Na to Bóg: Stworzę ci mężczyznę, będzie zabawiał się walką albo kopaniem piłki, kłamliwy, próżny. Będzie wyglądał głupio, gdy się pobudzi, ale stworzę go tak, by dostarczał ci fizycznej satysfakcji. Możesz go jednak mieć tylko pod jednym warunkiem. Żeby nie urazić jego dumy, mów mu, że został stworzony pierwszy. To nasz malutki sekret…
Wiesz, między nami kobietami.

znalazlam w:
http://nisusformativus.blox.pl/html/1310721,262146,14,15.html?7,2005

Dziś w szkole odbędzie się pchli targ. Dzieci mogą sprzedawać (i kupować) gry i książki. Mój synuś przygotowywał się od wczoraj do tego wydarzenia, niestety ciągoty do zbieractwa ma po mamusi. I niechęć do rozstawania się ze swoimi przydasiami*.
I tak, widząc jego rozterki postanowiłam mu pomóc:
- może tę książeczkę weźmiesz, już dawno z niej wyrosłeś? – Nie, nie, ja jeszcze czasem do niej zaglądam!
- To może tę? Tam nawet nic napisane nie jest, same obrazki… – Tak, ale ja je czasem jeszcze oglądam!
- No, a ta, to już Ci czytałam, jak miałeś cztery latka. – No tak, ale może teraz ją jeszcze raz sam przeczytam.
- A ta? Ta to już naprawdę dla dzidziusiów. – No tak, ale dostałem ją od Xeni, popatrz, tu jest dedykacja, to muszę przecież zachować na pamiątkę

Hm, krótko mówiąc, po dwóch dniach przebierania w setkach książek i dziesiątkach gier, syn mój poszedł do szkoły z jedną grą i dwoma książkami…

*”Przydaś”, liczba mnoga „przydasie” to nazwa, z którą kiedyś spotkałam się w Filipince. I która mi się bardzo spodobała. Pochodzi oczywiście od zwrotu „przyda się”. Nie wiem, kto ukuł ten zwrot, poszukiwania w internecie też mi odpowiedzi na to pytanie nie przyniosły, za to znalazłam uroczy wierszyk na temat przydasi (lub może przydasiów):
http://bartosz-mirkowski.bloog.pl/id,4161342,title,Przydasie,index.html?ticaid=68696
.

A propos „zawsze wie najlepiej” przypomina mi się anegdotka sprzed paru lat, jak to kiedyś byłam w Wawie i rozmawiałam sobie z kuzynem moim. W pewnym momencie coś tam wyzłośliwiałam się na temat mojego Ojca i na zakończenie mówię: „bo wiesz jak to mój Tato, on zawsze wszystko wie najlepiej!” Mój czteroletni wówczas syn bawił się na podłodze i nie słuchał, o czym dorośli rozmawiają. Tak mi się przynajmniej zdawało.
Potem idziemy sobie jakąś ulicą i widzimy stojącą przed jakąś ambasadą długą kolejkę:
- a co to za ludzie? a czemu oni stoją? a co to za ambasada? a czemu ambasada? a co to jest ambasada?
- daj mi spokój, dojdziemy na miejsce, spytamy babcię A. co to za ambasada była…
- eeeeeeeeee, lepiej spytamy dziadzi M., on przecież wszystko wie najlepiej.
Cóż, dzieci do lat pięciu nie rozumieją ironii. Wiem, bo czytałam w gazecie. Tu mogłam się o tym na własnej skórze przekonać.
Już oczyma duszy widziałam minę mojego Taty, gdy wnuk prosi o wyjaśnienie mu nurtującego go problemu, bo „Ty dziadziu, wiesz wszystko najlepiej, mama tak mówiła„… Pewnie podobną minę by miał, jak wtedy, gdy syn mój spytał go:
- Dziadziu, a ty jesteś stary?
- Nooo, tak, owszem, dosyć, a co?
- A ty się urodziłeś przed dinozaurami, czy po tym jak już wyginęły?

Podśpiewuję sobie dziecinną piosenkę o lisku, co złapał gąskę (Fuchs, du hast die Gans gestohlen…), na co słyszę cieńki głosik:
- mamusiu, ale to nieprawda z tymi gąskami, wiesz? Czytałem ostatnio w gazecie, że lisy wcale nie polują na gęsi – gęsi mają za ostre dzioby i lisy nie są w stanie ich zabić…

chwilę potem, ni z gruszki ni z pietruszki:
- mamusiu, a wiesz, że ciocia E. mi szkodzi, gdy pali papierosy? Czytałem ostatnio w gazecie.
- tak, wiem synku, ale nie wiem, czy zauważyłeś, ona nigdy przy tobie nie pali. Zawsze wychodzi na dwór.
- ale i tak mi szkodzi, bo w ubraniach przynosi trujące substancje, czytałem ostatnio w gazecie…

- Mamusiu, choć pobawimy się w liczenie – proponuje mi pięcioletnia córka w tramwaju
- Dobrze. Ile to jest paluszków? (pokazuję dwa palce)
- Dwa!
- Dobrze, a to ile? (pokazuję pięć palców)
Cztery.
- Jak to cztery?
- Cztery!!!
- A ile Ty masz latek?
- Cztery – mała już wie, że zrobiła błąd, widzę to po jej minie, ale za nic się nie przyzna.
- I rączka ma cztery paluszki?
- Cztery!
- No przecież od dawna już wiesz, że każda rączka ma pięć…
- No, ale jak jeden się złamie to będą cztery!

chwilę potem:

- Nie jadłam dzisiaj śniadania – zaczepnym tonem
- Tak? A nie jadłaś zupki mlecznej?
- Nie!
- A kto jadł płatki śniadaniowe? Czarne czekoladowe kuleczki…
- Tyyyyyyyyyyyy?????????? 

i na koniec, już pod przedszkolem:

- Córuś, chodź! - do zatrzymującej się ciągle córki
- No, przecież chodzę! – obrażonym tonem!

Zaniepokojona uwagą J. o mojej blondynkowatości rzuciłam się do lustra. Tak! Widać! Są odrosty, to one są winne, przez nie gąbczatość pospolita mojego mózgu sięga zenitu. W te pędy do fryzjera. Final cut i rudzizna. Ani śladu blondynkowatości. Ha! Teraz to będę bestią intelektu!
Niestety już parę godzin później moje złudzenia prysły jak bańka mydlana. Przypominam tym, co się pogubili – wtorek to mój najbardziej zabiegany dzień:
- wziąć skrzypce i worki z obuwiem sportowym
- lecieć po córkę do przedszkola
- lecieć z nią po syna do szkoły
- lecieć z obojgiem na lekcję skrzypiec
- lecieć z obojgiem po córkę koleżanki do przedszkola (innego)
- lecieć z trojgiem na sport
i uff – koniec, przerwa, dzieci przywiezie koleżanka.
Dziś rytm się naruszył, gdyż syn wybył na imprezę urodzinową i w związku z tym wypadło odbieranie syna i chodzenie na skrzypce.
I co ja robię z tym nieoczekiwanie podarowanym mi czasem???
Otóż mi pada na głowę i odbieram w związku z tym córkę koleżanki o godzinę za wcześnie z przedszkola!!! Zauważam to dopiero w tramwaju,  w drodze na sport. Mam godzinę nadczasu. I mam przyjemność wyszukiwać dziewczynom zajęcie.

Czyżby zostały jakieś pasemka?

Gdyby roztargnienie miało być jedyną profesorską cechą, to miałabym już honoris causa wszystkich uniwersytetów świata. Znowu udało mi się przebić samą siebie!
Bliscy i znajomi tępią mnie już od wieków za to, że albo zapominam wziąć komórkę, albo – jeśli już uda mi się pamiętać o jej zabraniu – to zapominam ją włączyć. Albo – jeśli już pamiętam, żeby ją włączyć – zapominam ją (uprzednio) naładować. Przebywanie w domu też nie zmienia mojej komórkowej nieosiągalności, gdyż mam ją zawsze gdzieś tak dokładnie ukrytą, że nie tylko jej nie znajduję, gdy dzwoni. Ja wręcz nie słyszę, że dzwoni! Więc postanowiłam sobie wyrobić nowy nawyk (nowe miejsce, nowe obyczaje) i kłaść ją zawsze w tym samym miejscu. A mianowicie koło telefonu stacjonarnego, który leży koło stacji. Tam też leży ładowarka. Ha, ale pomysł! Wydawałoby się, że nic złego nie może mi się przytrafić.
Dziś, biegnąc po syna do szkoły, aby z tej szkoły wyekspediować go na trening miałam na uwadze, że powinnam mieć komórkę przy sobie, gdyż kolega odbierający i odwożący go na ówże trening może być niedysponowany i może chcieć powiadomić mnie o tym fakcie (co już się zdarzało). Odbieram więc syna spod szkoły, przyjmuję do wiadomości, że Leonarda ukąsił trzmiel, że nie wiadomo, czy pójdzie na trening, że nie wiadomo, czy go ze sobą weźmie i że w związku z tym będą do mnie dzwonić. Masz komórkę??? –  błaganie w oczach (zna mnie z najgorszej strony). Mam – oznajmiam z dumą. Sięgam do torebki i…
… i wyjmuję telefon stacjonarny. Komórka została w domu, nieosiągalna dla mnie, ale za to przepisowo ułożona na szafce, przy stacji telefonu stacjonarnego, a w ręku trzymam słuchawkę telefonu stacjonarnego – również bezużyteczną, bo z dala od stacji…

Przewidywałam, że noszony zeszłym latem przez mojego syna rozmiar buta ulegnie zmianie i jeszcze jesienią oddałam wszystkie trzydziestki trójki szwagierce. Przewidywania się spełniły syn nosił zimą rozmiar 34.
Jak logika nakazuje.
Kupując mu adidaski na lato (na dwór) nabyłam więc rozmiar 35 (tak lekko na wyrost) przeoczając, że adidaski na salę gimnastyczną nadal ma wielkości li i tylko 34. Więc jak syn zeszłego piątku pożalił się, że butki go gniotą i że natychmiast, ale to natychmiast tzn. na poniedziałek potrzebuje większych pognałam z nim więc wczoraj do sklepu. Wiadomo, że z takimi sprawami się nie zwleka, bo dziecku palec można wykoślawić i będzie miał na całe życie.
Czasu miałam niewiele, więc wpadliśmy prędko na dział sportowy – adidaski 35 na salę poproszęależ proszę tutaj stoją - pani mi uprzejmie. Gniotą – to syn. Cooo?!? – to ja. Gniotą – on. Hm - zasępiłam się - to 36 może? Może. Przymierza. Też gniotą. To 37 może? – pani na to. Ale jak to?! - ja na to.
Tak właśnie. Mój syn, który jeszcze w piątek nosił rozmiar buta 34, od soboty nosi 37. Wiedziałam, że czas szybko leci, ale żeby aż tak?!


  • RSS