ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2009

Kto jest wredny? My czy oni? Bo ktoś musi być, skoro się pożycie nie układa. A ponoć nie układa się zwykle. Ponoć wszystkim, tylko nie wszystkie to wiedzą, bo nie zakosztowały. Hm.
My zakosztowałyśmy i wiemy. To oni są wredni. Po ślubie. Przed ślubem nie-nie-nie – kwiaty, trataty, noszenie na rękach i chodzenie do teatru. A po ślubie zmywaj, sprzątaj, gotuj, pierz, prasuj, ścieraj, myj. Brrr! I wszystko nie tak, wszystko źle, wszystko przeszkadza. Papierki na podłodze. Ciuszki na desce do prasowania.
Dlaczego oni po ślubie się zmieniają? Bo my to nieee. My byłyśmy fajne i zostajemy fajne. Noo, może trochę bardziej zrzędzące, ale jak tu nie zrzędzić?
No jak?!

Jeszcze tylko ciut ciut, jeszcze tylko przeżyć ten weekend i będzie. Nie docenia ten, kto coś ma, jeśli nie wie, jak to jest gdy tego nie ma. Albo odwrotnie. Nie docenia ten, kto czegoś nie ma, dopóki nie przyjdzie taka chwila, gdy to ma.

Znacie to?
Prosicie o coś usilnie Boga, los, fortunę, co to kołem się toczy lub inne siły i moce i … po jakimś czasie dostajecie to, ale zupełnie nie to, o co Wam chodziło! Chociaż w jakimś sensie jest to dokładnie to, o co prosiliście.

Mam się wyrażać precyzyjniej? Proszę bardzo!

Otóż zawsze narzekałam na swój los pieski-niebieski, osoby pracującej na własny rozrachunek, w domu, w pustce (nie licząc bałaganu), ciszy (nie licząc szumu ulicznego) i absolutnie bez towarzystwa. Jestem osobą towarzyską, więc brak towarzystwa wywołuje we mnie stany traumalne, objawiające się tym, że na zjawiającego się gościa (czy gościówę oczywiście) rzucam się z pazurami i zagaduję na śmierć. Bo mam niedosyt i kompensuję.

No i wyobraźcie sobie, że od dzisiaj mam kolegę w pracy! Kolegę w postaci… Własnego męża!!! Bo mianowicie mąż mój dostał pozwolenie na home-office i będzie cały tydzień pracował w domu!

Nie wiem, czy któraś z Was miała kiedyś męża jako kolegę z pracy. Ja nie, dotychczas. Ale mogę sobie to dość barwnie wyobrazić. Łoż kurde, jakieś przekłamanie na łączach?

Efekt kozy

5 komentarzy

Kocicy cosik ciasno. Tak twierdzi. Więc użyję jej jako pretekstu i zacytuję (dedykując jej) stary żydowski dowcip o kozie (jeden z moich ulubionych zresztą):

Żył bardzo biedny Żyd – Icek. Razem ze swoją żoną Salcie, trójką dzieci i teściową żyli w jednej maleńkiej izdebce. Pewnego razu Icek nie wytrzymał tej ciasnoty i poszedł poskarżyć sie do Rabina:
- Rebe, ty mnie ratuj, ty mnie pomóż jak ja mam żyć z moją Salcie, z moimi dziatkami i z moją biedą!
Rabin pomyślał chwile i powiedział:
- Icek, ty idź na targ i ty kup sobie kozę!
Icek poszedł na targ i kupił kozę. Przyprowadził do swojej maleńkiej izdebki i zrobiło się jeszcze ciaśniej. Koza cuchnie okrutnie, żre wszystko co popadnie. Wytrzymał tak tydzień i pobiegł na Rabina na skargę…
- Rebe, ty mnie ratuj, ty mnie pomóż jak ja mam żyć z moja Salcie, z moimi dziećmi , moją teściową, moją kozą i moja biedą…
- Icek, ty idź na targ i ty kup sobie drugą kozę!
Icek znowu poszedł na targ i kupił drugą kozę. Przyprowadził do swojej maleńkiej izdebki, a tam sodoma i gomora. Kozy cuchną okrutnie, żrą wszystko, ciasnota straszna. Wytrzymał tak tydzień i znowu pobiegł na Rabina na skargę…
- Rebe, ty mnie ratuj, ty mnie pomóż jak ja mam żyć z moja Salcie, z moimi dziećmi , moją teściową, temi kozami i moja biedą…
- Icek – rzekł Rabin po chwili – ty idź na targ i ty sprzedaj co prędzej te kozy!
Na drugi dzień Rabin spotyka Icka.
- Icek! Sprzedałeś kozę?
- Sprzedałem, Rebe!
- I co?
- Rebe! Teraz ja wiem że ja żyję!

1) Kości ogonowej nie złamałam (choć spokojnie mogłam nie tylko złamać, ale wręcz odłamać – ortopeda powiedział mianowicie, że kość ogonowa to przeżytek jakaść tam pozostałość poewolucjna, że powinna była odpaść). W każdym razie jestm tylko potłuczona i jest mi coraz lepiej.

2) Z pieniędzmi też lepiej. 30 tysięcy znalazłam. W banku je znalazłam - jeszcze tylko parę podpisów i przejdą z rączek do rączek (moje omijając), a ja będę miała wreszcie z tym wszystkim spokój. Oprócz miesięcznie płaconych procentów oczywiście, ale to drobiazg.

3) Dawno nie pisałam, bo mnie muza czyli wena opuściła i nawet dzieci nie chciały nic błyskotliwego powiedzieć. Czyli tu jakby gorzej. A może po prostu ja nie byłam dość błyskotliwa, żeby dosłyszeć. Raczej to drugie. Strasznie jestem ospała. Te zmniany pogody mnie dobijają, ale cieszę się, że nie muszę ogródka podlewać. W deszczówce pływa masa robactwa i nie-nie-nie, wcale się go nie brzydzę. Tylko jakoś tak… Atawistycznie mi niewyraźnie. Ale w sumie jest lepiej niż gorzej

4) Ha! I nawet do Polski chyba pojadę mimo braku funduszy, bo mąż mnie weźmie służbowo. I jeszcze do kompletu moje (nasze) dzieci i parę walizek – nikt nie powinien nic zauważyć – skulimy się na tylnim siedzeniu… Więc i tu jest optymistycznie.

To by było na tyle. To idę coś zjeść. Kolację abo co…

Mama do córki: Córeczko, nie trzaskaj tak drzwiami, bo szyby z nich wylecą.
Córka do mamy: Ale jak to wylecą? Przecież szyby nie umieją latać????

Nie dość, że markiza się zepsuła, to jeszcze pupę sobie rozbiłam. Spadłam ze schodów i chyba mam złamaną kość ogonową. Przynajmniej tak się czuję… Jutro idę się prześwietlać!

Potrzebuję pilnie 30 tysięcy. Euro oczywiście. Teraz już natychmiast. Znowu się wszystko pokręciło i mam niedomiar!!! Ma ktoś może na zbyciu?

Mój syn nie znosi krytyki. Przekonałam się o tym wczoraj, gdy obejrzawszy rysunek przez niego wykonany orzekłam:
- hm, bardzo ładny, tylko jakiś taki… Napaćkany (chodziło mi, że artysta dużo wpakował na plan)
- No wiesz!? – oburzył się - A jak miałem na takiej małej kartce umieścić tak dużo pluszaków??? (treścią dzieła były portrety pluszaków – taka laurka z okazji Dnia Dziecka – przyp. matki)
- No... – zawahałam się – Może trzeba było wziąć większą kartkę?
Fuknął, odwrócił się i nie odzywał się do wieczora.
A dziś od rana (mamy ferie) rysuje (na dużej kartce) pomrukując złowieszczo: Zaraz się przekonasz, ty jeszcze nie wiesz, co ja potrafię, a o co ty mnie nawet nie podejrzewasz!!


  • RSS