ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2009

ten gupi audyt, nie dość, że jadł mi śniadanie przy biurku, to jeszcze zadeptał wszystko swoimi wstrętnymi buciorami. Właził w butach, nawet nie pytał, czy można. Co za chamstwo!
Wiem, Tato, wiem, już mi sto razy to mówiłeś – tylko buraki każą zdejmować buty, my arystokracja wchodzimy (i wpuszczamy) w butach, bo rozkłapciane lacie nie pasują do smokingów tudzież sukien wieczorowych do ziemi i bez plec. Tylko widzisz, smokingi już się z rzadka nosi, sukni wieczorowej też już dawno nie widziałam na moich pokojach, kapcie mam eleganckie, hotelowe, a poza tym wszystkie podłogi powykładane są wykładzinami dywanowymi. Nie mam sprzątaczek, pokojówek i innych tym podobnych pomocy, moja doba ma 24 godziny, ja mam chore plecy, przepuklinę pępkową i w ogóle…
Nienawidzę, no nie-na-wi-dzę, jak mi się włazi w butach!!! Ani do duszy, ani do mieszkania. Zwłaszcza w deszczu!
 

Powiedzcie mi proszę, dlaczego na mnie spadają wszystkie plagi egipskie? Ja już nie będę sięgać pamięcią daleko, ja wspomnę tylko ostatni okres czasu. I tego starczy, by dowieść iż wisi nade mną jakiś miecz Damoklesa czy inne dziadostwo.
A wszystko związane jest z tym cholernym immobilliem! Nie miała baba kłopotu, wzięła se na łeb nieruchomość. No taaaak. No bo w sumie to najpierw się cieszyłam jak dziecko z lalki Barbie - kupno domu, rozgardiasz, galimatias, pakowanie, przewożenie, rozpakowywanie, rozstawianie, planowanie, przesuwanie – wszystko to odwracało moją uwagę od śmierci Taty, od żałoby, od kłopotów rodzinnych i nieżyczliwych ludzi. Ale potem stało mi się tego jakby za dużo. Za dużo tego dobrego. Za dużo tego odwracania uwagi.
Ekwilibrystyka polegała na tym, że trzeba było sprzedać mieszkanie i z tych pieniędzy zapłacić za dom, dopożyczając jeszcze oczywiście z banku. Bank dopożyczający (czyli bank nr 2) załatwiany był przez pośrednika (a raczej przez pośredniczkę, co się okaże istotne) finansowego, dom kupowany był przez pośrednika nieruchomości, mieszkanie sprzedawane było również przez niego. Nie można było sprzedać mieszkania przed kupieniem domu, bo nie mielibyśmy gdzie mieszkać. Trzeba było więc wziąć nie tylko pożyczkę na dopłatę, ale i pożyczkę na tzw. finansowanie pośrednie (czyli na chwilkę. Na tę chwilkę póki nie sprzedamy mieszkania).
I tak – kupno domu to – oglądanie, decyzja, podpisanie umowy wstępnej, podpisanie umowy właściwej (przez notariusza), uprzednie poinformowanie się w banku, czy pożyczkę dostaniemy, wypełnienie miliona formularzy, założenie rachunku w tymże banku, bo taki był warunek.
Dalej – nałożenie hipoteki na dom za pożyczkę, nałożenie hipoteki na mieszkanie za finansowanie pośrednie. Przeniesienie hipoteki starej z mieszkania na dom (inny bank, inna pożyczka. Przeszłość, ale niespłacona niestety. I tu wchodzi w grę bank nr 1).
Gdy już te operacje były wykonane, gdy już się nabiegałam po urzędach, nosząc w zębach pisma – w te i wewte (wrażenie miałam iście, że nie pożyczam pieniądze, a ciężko je sobie zarabiam), okazało się że figa z makiem, domu poprzedni właściciele nie mogą sprzedać, bo miasto rości sobie prawa do dwóch metrów kwadratowych! Sic! Dwóch. Dwa te metry pokryte są asfaltem, znajdują się poza płotem naszym (żywopłotem) i są drogą, ale w papierach figurują jako nasza własność, a ściślej mówiąc poprzednich właścicieli, miasto ma prawo pierwokupu i wszystko stop, dwa metry trzeba oddać (odstąpić/scedować, niepotrzebne skreślić). Dla nas bomba, bo mimo mojego ofiarnego biegania, termin płatności był już mocno przeciągnięty i groziły nam straszne odsetki. A przez tę sprawę z miastem mogliśmy bezradnie rozłożyć ręce i powiedzieć: my byśmy mogli zapłacić (nie moglibyśmy, ale kto to wie), ale miasto nam nie pozwala… Wielka szkoda… 
Cedowanie na miasto kosztowało nas znowu parę rozmów telefonicznych, parę papierków do podpisania i jedną dodatkową wizytę u notariusza, wszystko dobrze się skończyło, w międzyczasie bank (nr 2) wyskoczył z pieniędzy, kupiec na mieszkanie się znalazł i wyglądało na to, że żyli długo i szczęśliwie…
Ale nie-nie, gdzie tam. Kupiec na mieszkanie się wprawdzie znalazł, wizyta u notariusza (kolejna, zakończona kolejnym słonym rachuneczkiem n a nasz adres) się odbyła, a tu się okazuje, że mieszkanie nie może być sprzedane (a w każdym razie zapłacone), bo na nim tkwi ciągle ta stara hipoteka! Banku nr 1.. Która miała zostać przeniesiona na dom. Ktoś zapomniał, ktoś nie dokonał. Kto? Dzwonimy do pośrednika finansowego – nie ma. Pani poszła na urlop macierzyński. Tak z nienacka. Dzwonimy do banku nr 2 – nikt nic nie wie. Pan poszedł na urlop (zielonoświątkowy), zastępstwo nic nie wie. Dzwonimy do banku nr jeden, czyli tego starego, który tkwi, gdzie nie powinien tkwić – pani na urlopie (zielonoświątkowym), pan-zastępca nic nie wie. Buuuuuuuuuu! Znowu bieganie, załatwianie, telefonowanie.
W końcu się wszystko zaczęło rozwikływać. Bank z bankiem się dogadał, pośredniczkę ściągnęli, notariusz dopilnował – być może będą żyli długo i szczęśliwie???
Być może!
Tylko dlaczego Urząd Skarbowy, akurat w tym czasie musiał się zwalić ze swoją kontrolą podatkową? Wczoraj cały dzień mnie kontrolowali i dzisiaj cały dzień mnie kontrolowali. Zamiast biegać za pieniądzami, zamiast odmeldowywać prądy, gazy i inne takie, zamiast skubać ziele w ogródku (wyrosło po pas) musiałam się pocić i tłumaczyć i wyjaśniać i szukać i wyszukiwać i wygrzebywać. A to stare wyciągi z konta, a to rachunki za to czy za tamto, a to papiery od auta, a to dowód na płacenie takich a nie innych odsetek w banku…
Dziś skończył. I znalazł. Trzy błędy znalazł. Jeszcze dokładnie nie wie, ale mogą mnie koło koła kosztować… I za co to wszystko? Ja się pytam?
 

Dziś jest święto, dziś jest dzień wolny, dziś miałam się wyspać. Tym bardziej, że poprzedni weekend mi się nie nadał do tego celu, gdyż mój munż bujał się gdzieś pomiędzy Dubajem, Kazachstanem i Arabią Saudyjską. Ale w czwartek sobie odbiję – pocieszałam się – święta są po to, żeby człowiek się wyspał. W święta człowiek się wysypia. Człowiek tak, ale nie matka!!!
O wpół do siódmej obudził mnie zapach świeżo zaparzonej kawy. Mój ukochany synuś zrobił mi kawusię i przyniósł do łóżka…
- No tak – wyjąkałam – dziękuję – wyjąkałam – kochany jesteś, naprawdę kochany, ale… dlaczego o wpół do siódmej??? – Daj pospać jeszcze troszkę – wybłagałam. Przytuliłam opierającego się synka do piersi i spróbowałam zasnąć. Pięć minut później wyrwał mi się (budząc mnie):
- Idę robić uroczyste śniadanko!
Aha. Uroczyste śniadanko. Wspaniale! Wspaniale, że śniadanko. Wspaniale, że poszedł. Wspaniale, że mogę jeszcze pospać. Mogę? O siódmej zostałam obudzona po raz kolejny – śniadanko gotowe!
Zaraz, czemu uroczyste. Aaa, bo dziś jest Dzień Ojca! Tylko dlaczego on budzi mnie? O nie zmąconym niczym śnie ojca świadczy ciche pochrapywanie obok.
- Uroczyste śniadanko… Cudnie… Ale przecież nie o siódmej… – wystękałam – godzinkę jeszcze pośpię, dobrze?
- Dobrze.
Niedobrze. Piętnaście minut później obudził mnie wrzask córusi:
- Mamusiu! Kupa!!!
O mało nie spadając ze schodów poszłam wycierać pupę.
Nie zabiłam dziecka, bo byłam na to zbyt nieprzytomna. Poza tym, czy można zabić dziecko za kupę?

Naszły mię refleksje spowodowane komentarzem Kocicy, pt.: czy widziałaś kiedyś wampa popierdalającego białym autem?! Koniec cytatu. Zadumałam się. No tak… Cóż ja wiem o wampach? To było tak dawno, gdy sama wampem byłam, że już bardzo niewiele pamiętam. Teraz jestem li i tylko matką. No może trochę jeszcze tym czy owym, ale głównie jednak matką. Kto nie wie, o czym mówię, niech rzuci okiem na moje notki. Dzieci, dzieci, jeszcze raz dzieci!

Ale byłam wampem, byłam owszem, owszem. Stałam się nim lat tak może z dwadzieścia temu - zaraz po tym, jak rzucił mnie był mój ówczesny ukochany. Na wskutek owego rzucenia spadła mi gwałtownie samoocena (co raczej jest zjawiskiem powszechnym) i w celu jej podreperowania stałam się wampem (co też nie jest rzadkie). Później kiedyś usłyszałam od wspólnych znajomych, że to nie on mnie rzucił, a ja jego. Tak twierdzi mianowicie wszem i wobec on. Zdumiałam się tym niepomiernie. No cóż, kodeks honorowy dżentelmena chyba tak jakoś radzi, rzucić, a potem twierdzić, że się zostało rzuconym, by uszanować opinię porzuconej. Ale w tym wypadku to nie do końca o kodeks chodziło. Mi się wydaje, że rzucający twierdził, iż został porzucony raczej po to, aby uratować li i tylko swoją własną opinię. Jakoś mu niewygodnie było wyjść na chuja, co rzuca. Wyszło mu z wyliczeń, że o wiele lepiej wyjść na biednego małego porzuconego kotka… Którego można pocieszać. Którego trzeba pocieszać…

A ja się stałam wampem. Byłam nim krótko, z dwa tygodnie może. Samoocena mi wzrosła, więc zaraz potem przerzuciłam się na bycie hipiską. I nią zostałam aż do momentu emigracji. Tak więc moje doświadczenia w w/w dziedzinie są niebogate i mocno nieaktualne. Jeśli chodzi o pojazdy, to pamiętam tylko, że wamp podówczas był szczęśliwy, gdy siedział w jakimkolwiek aucie, a nie musiał zasuwać z buta (ze szpilki). Nie wiem, może przesadzam, ale tak mi się majaczy, że chyba nawet trabant w kolorze brudnobiałej mydelniczki był CZYMS!

Ponoć poczucie szybko mijającego czasu potęguje się z wiekiem. Dlatego zaniepokoiłam się dziś usłyszawszy jak mój syn (lat 8,5) jęknął rozpaczliwie:
- jak ten czas szybko upływa…
- dziś? – chciałam się upewnić, licząc w głębi duszy, że ma na myśli kończącą się właśnie niedzielę.
-
nieeee… W całym życiu. No popatrz, dopiero co się urodziłem, a już taki duży jestem!

Córka wczoraj: Mamusiu, ja umiem się wisieć bez tego, żeby spadnąć (zwieszając się z huśtawki)

To był jeden z germanizmów, bardzo typowych dla sposobu wysławiania się mojej córki. A oto nastąpi refleksja doświadczonego człowieka:

Syn: Mamusiu, wiesz, cieszę się, że nie jestem dorosły.
Matka (z umiarkowanym zainteresowaniem): Tak?
Syn: Tak, bo widzisz, nie muszę chodzić na wywiadówki, nie muszę wysłuchiwać wyrzutów dentysty za nieumyte zęby dziecka i nie muszę podcierać nikomu pupy. A ty to wszystko musisz…

I jeszcze przykład obycia życiowego.

Syn dzisiaj: Mamusiu, co to jest seks?
Mamusia: Eeeee, to jest jak, yyyyyyyyy, jak ludzie się kochają, całują, przytulają, obejmują…
Syn (tym samym rzeczowym tonem): i wkładają siusiaka do siuśki?

Mój mąż dzisiaj rano wcześnie wstał, bo – jak sam mówi - obudziło go (i wybiło ze snu) chrapanie.
Jego własne…

Córka: Ale te dzieci rycą (w tramwaju – przyp. matki)
Matka (tzn. ja): No, aż mi mózg w poprzek staje.
Syn: A mnie staje wzdłuż!


  • RSS