ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2009

Przeczytałam ostatnio na blogu darc: żałuję tych chwil, którym nie pozwoliłam nadejść
Ładne…

No comments

1 komentarz

Niestety prowokacja na NK zakończyła się fiaskiem. Zdjęcie z nogami, biustem i zębami, do którego Kocica przyłożyła aksamitne pazurki okazało się nie być spodziewanym zapłonem. Dwa komentarze – jeden o słońcu i jeden o piasku – nie zaspokoiły naszych krwiożerczych oczekiwań. Cóż, wyjęłam, perły sprzed wieprzy…

Właśnie zadzwonił Urząd Skarbowy. Bedom mie kontrolować. W maju. Niby wszystko mam w porządku, ale i tak mrowie po krzyżu idze…

Gość w dom, Bóg w dom. Gość z domu? O tym przekazy milczą. W jakiejś książce dla dorastającej młodzieży przeczytałam kiedyś (będąc dorastającą młodzieżą) parafrazę innego polskiego przysłowia, dotyczącego gościnności:
Czym chata bogata tym rada
tak stare przysłowie pow
iada. 
Ale to głupie przysłowie, 
bo gościom przewraca w głowie.

Autora (-rki) nie pamiętam niestety. Ale utkwiło mi to w pamięci, bo rym wdzięczny, rytm w ucho wpadający, no i treść nie od rzeczy. Ale ja nie o staropolskie gościnności tutaj chciałam, tylko o swojej. A raczej o swoim gościu.
Bo mieliśmy gościa weekendowego, niespodziewanego – jak to na gościa z Polski przystało.
Tu się nie mogę oprzeć przed dygresją.
Przed opowieścią, jak to przed wielu laty siostra moja (jedynka) zjechała nie uprzedziwszy uprzednio, przejazdem będąc, do mnie, mieszkającej podówczas w akademiku. Przyjechała w piątek jakiś, a ja w tenże piątek wyjechałam. Na weekend cały. Nie pamiętam już dokąd, pamiętam, jak wróciłam. Akademik to było coś jakby małe mieszkanie – cztery pokoje (po jednym na studenta), wspólna kuchnia, wspólna łazienka. Korytarz też wspólny. I wracając właśnie z wywczasów poczułam się nagle jak krasnoludki z bajki o Królewnie śnieżce. W przedpokoju powitał mnie już łomot głośnej, no bardzo głośnej muzyki. Kto z moich sąsiadów oszalał, pytam ja się, idąc wzdłuż pokoi. Pierwszy cisza, drugi cicza, trzeci cisza, z czwartego łomot. Z mojego czyli. Zdumiałam się niepomiernie, weszłam do pokoju… I już było jak w bajce. Kto spał w moim łóżeczku (pościel rozkopana), kto jadł z mojego talerzyka? (na biurku resztki śniadań, obiadów i kolacji), kto… Z łazienki wyłoniła się postać w moim szlafroczku. Kto chodzi w moim szlafroczku???? Po gorących powitaniach sprawa się wyjaśniła. Siostra moja przyjechawszy i nie zastawszy mnie zamieszkała na schodach. Gdzie zaopiekował się nią dość szybko rezydujący w akademiku Turek-nie-student. Dość szybko była zrezygnowała z jego opieki, a władawszy językiem francuskim oczarowała ciecia naszego, z pochodzenia Francuza, który uwierzył jej na słowo i odemknął mój pokój, aby mogła tam zamieszkać. Więc zamieszkała, ale nie mogła wyjść, bo każde wyjście wiązało się z ewentualnym niewejściem powtórnym. Więc żyła sobie trzy dni w zamknięciu, przeklinając mnie (za pomysł wyjazdu) i na zmianę błogosławiąc (bo będąc z natury chomikiem, miałam dość duży zapas konserw przeróżnych)…
Ale miałam o gościu. Więc gość był w sumie zesłany przez opatrzność, bo pomógł bardzo w szaleństwie przeprowadzkowym. Pokój wymalował (malowaliście kiedyś tapetę tekstylną – horror!), pudła poznosił, szafę skręcił, półki przykręcił, huśtawkę z betonu wyrwał (będzie przeprowadzana). Ale to jednak zupełnie inny świat. I w związku z tym męczący, jak tak bardzo obcy. Najbardziej nie mógł się nadziwić, po co mi książki. Starał się być wyrozumiały - no tak, każdy ma swojego świra. Potem, pewnie, aby mi unaocznić, że mnie naprawdę rozumie, a przynajmniej próbuje, opowiedział mi o swoim kuzynie. Też lubił czytać. Cóż nie żyje, już biedaczek. Powiesił się. Nie ukrywał, że widzi bliski związek między śmiercią samobójczą, a pasją czytania…

Gość zażyczył sobię kawę z cukrem. Nie mam cukru. My nie słodzimy, więc został w pierwszej kolejności zapakowany.
- Skąd ja mam wziąć mu cukier?! – pytam się sama siebie na głos.
- A może mu dać sóli? – pyta zaaferowana córeczka….

Copyrighty powyższej złotej myśli należą do SD. Nie dała mi pozwoleństwa na przedruk, ale myślę, że jak podam autorkę, to mi ujdzie…

A chodzi tu o to, że nieumyślnie popełniłam przestępstwo. I teraz chcą mnie zadenuncjować. I to konkretnie osoby, które mnie do popełnienia tego przestępstwa pchnęły. W złej woli. A ja słodka idiotka dałam się pchnąć. W dobrej woli. I teraz jest śmiesznie. Muszę to czym prędzej rozwikłać, bo czas działa na moją niekorzyść.
To że popełniłam nieumyślnie zaledwie w mnimalnym stopniu łagodzi okoliczności, bo jak wiadomo:
                                                
                        IGNORANTIA IURIS (LEGIS) NEMINEM EXCUSAT

Ha! I teraz mam się z pyszna!

Spadł śnieg!!!! Jak bonie dydy!

Kocica stawia swojego bloga na głowie, a ja dalej jak ta biedna krewna z prowincji. Co za wstyd przed Ryśkiem…
Ale obiecała mi, obiecała (w końcu to ona jest artystką, a nie ja), że i mi zrobi. Zrobi mnie w kostiumie, z nogami jak Barbie, talię mi wetnie, biust podciągnie i będę boska.
Tylko nie wyzdradziła, czy mnie jako balladę, czy jako trupa wystylizuje… Kocico, czy nóż mi wsuniesz w rękę, czy w pierś?
Nie, ja chyba nie chcę być trupem!
W ogóle składam wniosek o możliwość zmiany nazwy bloga. Nazwałam go tak, bo mi ten tytuł pasował do pierwszej notki, a teraz mi już do niczego nie pasuje. Ja proszę o zmianę…

Ja: Synuś, posprzątaj proszę w pokoju…
Ja (pół godziny później): Mógłbyś trochę szybciej sprzątać te zabawki?
On (z pretensją w głosie): Jak chcesz mieć szybciej, to se sama posprzątaj!
______________________

Ja (spokojnie, starannie ukrywając rozdrażnienie): Córeczko, znowu rozlałaś mleko. Czy Ty musisz ciągle coś rozlewać?
Ona (krzycząc, nie ukrywając rozdrażnienia): Ja mam prawo czegoś nie umieć, przecież ja jestem jeszcze malutka!!!

Drogi mężu,
dziękuję za Twoj ostatni e-mail, napisany z dalekiej podróży. Nie szkodzi, że nie spytałeś, jak się miewam. Nie szkodzi, że nie spytałeś, jak się mają dzieci. Nie szkodzi, że nie pytałeś, co u Twojej mamy.

Chciałeś wiedzieć, czy załatwiłam to, co mi kazałeś przed wyjazdem. No nie, nie „kazałeś”. Ty nigdy nie prosisz wprost. Zwykle mówisz „trzeba by zrobić„, „należałoby załatwić„, „dobrze byłoby się dowiedzieć„ czy inne bezosobowe formy. Tylko jak przychodzi co do czego, to okazuje się, że to ja miałam zrobić, załatwić, dowiedzieć się.

No więc tak. Zrobiłam, co trzeba było. I co należało. I co dobrze byłoby było…
- Przeniosłam telefon („przecież to Ty potrzebujesz internet do pracy. Nie chcesz to nie dzwoń!”)
- Wypowiedziałam dzierżawę ogrodu działkowego („teraz mamy ogród, po co płacić, trzeba szybko, może się potem okazać za późno, okres wypowiedzenia, bla bla bla…”)
- Dowiedziałam się, jakie potrzebujemy ubezpieczenia („co? ciężko tam zadzwonić i się dowiedzieć czy co?”)
- Zamalowałam ślady po półkach w moim pokoju („tyle chyba możesz zrobić„)

A oprócz tego:
- odprowadzałam, przyprowadzałam dzieci – przedszkole, skrzypce, piłka nożna, sport…
- gotowałam, przygotowywałam kolacje, obiady, pierwsze, drugie śniadania…
- ubierałam, przebierałam, prałam
- tak! wyprałam trzy pralki (i wywiesiłam, i zdjęłam, i poskładałam, i schowałam. Nie wyprasowałam!!!)
- dwie zmywarki przeszły calusie, a jeszcze parę mnie czeka, bo przecież pakuję kuchnię…
- zamiatam na okrągło, odkurzam tudzież, bo przy pakowaniu się kurzy jak nie wiem
- a właśnie! Pakowanie. Spakowałam kilkanaście pudeł. A może kilkadzieścia? Dwa pełne samochody odwiezione zostały do domku, reszta stoi przed drzwiami…

Mało? Ale przecież od Twojego wyjazdu mija dopiero trzeci dzień… A i moje doby mają tylko 24 godziny… A ja przecież jeszcze pracuję. I mam dwójkę małych dzieci. O dzieciach już było. Ale nie zaszkodzi przypomnieć. Bo wiem przecież, że jesteś przekonany, iż ja leżę na wersalce i się solaruję. Albo saunuję. Albo inne spa. A wszystko się samo robi…
Ale zaczyna mi to uszami wychodzić. To twoje przekonanie. Mężowie to naprawdę plaga!


  • RSS