ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2009

Rozwodzimy się!!!
Kurz pod szafą to jest elementarna sprawa i nie bardzo jest sens wchodzić we wspólne długi, jak się ma różnicę poglądów na tak elementarne sprawy. Ot i wszystko.
Nie będzie domku. I będzie o jedno małżeństwo mniej. I o dwoje dzieci z rozbitej rodziny więcej.
Nic dodać nic ująć… 

Kupujemy nowy dom!!! Tzn. niekoniecznie nowy, ale dla nas nowy.
Mąż się wahał, w te i wewte, aż w końcu się zdecydował. A jak on się już na coś decyduje, to wkłada w realizację całą swoją energię. I tu się więc przyłożył, szukał, surfował, sprawdzał, porównywał i znalazł! Nie było łatwo. Wymagania duże, zasoby skromne, ale chyba znalazł domek naszych marzeń. Coś na to wygląda. A co ważniejsze, lub też ważne to że jest to też domek naszych finansowych możliwości (oczywiście silnie wspartych przez usługi banku, ale jednak. Może przed śmiercią uda nam się kredyt spłacić).
Jeszcze nie wszystko dopięte na ostatni guzik, jeszcze tu i ówdzie może nam się noga podwinąć, ale zapowiada się dobrze. :-) Nie lubię przeprowadzek. No co tu ukrywać nie znoszę. Ale tym razem się chyba cieszę. A może trochę jestem w szoku? 
 

Sąsiadka mi się wyprowadziła. Ta z naprzeciwka. Powiecie i co z tego? Masz kupę innych sąsiadek.
Nieeeeeeee. Takiej już nigdy nigdzie! Ta była na wagę złota. Mieszkała naprzeciwko, miała córkę w wieku mojej córki, męża który jest geniuszem komputerowym i w razie komputoawarii pojawiał się w przeciągu pięciu minut. Oprócz tego znał się na wystkich innych elektronicznych i elektrycznych badziewiach. No i był krzepkim facetem, który pomógł, gdy trzeba było coś wnieść, wynieść, znieść, przestawić, dostawić, wystawić…
Ale to jeszcze nic!!! Ta sąsiadka pracuje w kuchni. W firmie cateringowej. Gdzie robią całkiem niezłe jedzenie (o niebo lepsze od stołówkowego) i zwykle robią tego jedzenia za dużo. Wiecie rozumiecie, o co chodzi? Taaaaak, właśnie. Codziennie prawie była dostawa. Nie dość, że sama nie gotowałam od trzech lat chyba, to jeszcze obkarmiłam parę koleżanek i szwagierkę (sporadycznie)! I koniec.
Nie wyprowadziła się bardzo daleko, ale wystarczająco daleko, żebym czarno to wszystko widziała…

A jako kuliminację problemu wspomnę, że dom jej (blok znaczy się), jak również dom obok będą burzyć. A potem będą budować nowe domy. Projekt przewidziany na dwa lata. Super, nie?

Syn ma zapalenie płuc, wena mi siadła, nie mam talentu pisarskiego, sama nie wiem, czy dobrze robię, życie jest do dupy…
O kurcze, zapomiałam wziąć tabletki!!!
Już lecę!

Mój syn jest znowu chory. Najpierw myślałam, że ściemnia, bo kazałam mu sprzątać pokój. Po kwadransie idę sprawdzić, a tu kartka na drzwiach (zamkniętych): „Prosche nje wchodzić. Jestem Hory„. I do tego dwa piktogramy, żeby nie było żadnych wątpliwości. Na jednym osobnik stoi w otwartych drzwiach i wszystko to jest przekreślone grubą linią. Na drugim widać proste łóżko (z trzech kresek) i leżącego osobnika…
Wieczorem zmierzyłam mu gorączkę i miał prawie 39… Więc jednak jest „hory”…

Wczoraj byłam na „Elternstammtisch”, czyli na stammtischu dla rodziców, czyli na spotkaniu rodziców, bez nauczycieli, bez uczniów. Ot, taka posiadówa.
Aż mnie kręci, żeby posurfować w celu oswojenia terminologii. O, proszę:
Stammtisch [wym. szta
mtisz] stół dla stałych gości (w restauracji itp.), regularnie przy nim siadających; kompania, towarzystwo gromadzące się przy takim stole – tak tłumaczy sprawę Kopaliński. 
Wikipedia za to odsyła do pojęcia „Tertulia”.
Tertulia to spotkanie zwykle o charakterze kulturalnym czy artystycznym. Pojęcie rozpowszechnione szczególnie na Półwyspie Iberyjskim oraz w Ameryce Łacińskiej. Słowo tertulia pochodzi z języka hiszpańskiego.
Pojęcie podobne do salonu literackiego, ale typowa tertulia odbywała się w miejscach publicznych jak bary czy prywatne salony. Na tertuliach kulturalnych uczestnicy mogą wymieniać swoje spostrzeżenia i opinie na temat poezji, opowiadań czy utworów muzycznych.

Tertulia może także odbywać się w gronie szerszej rodziny w salonie domowym.” I jeszcze: „W Niemczech używa się podobnego słowa Stammtisch.”
No tak, coś w tym jest, chociaż nie do końca. Kopaliński ma rację. Stammtisch to dosłownie stół dla stałych gości, ale częściej używa się tego pojęcia w przenośnym znaczeniu, czyli w odniesieniu do towarzystwa, które się przy takim właśnie stole spotyka. I tak Stammtisch mogą mieć kluby sportowe, koła wiejskich kobiet, wiejscy pijaczkowie, miejscy intelektualiści, a także zabiegani rodzice, na przykład. Dlatego niejako i wikipedia ma rację, bo może się zdarzyć, że ktoś wymieni opinię na temat poezji czy utworu muzycznego, ale raczej to nie jest głównym celem spotkań. Raczej chodzi o uciechę gawiedzi. Może jeszcze wymianę doświadczeń, wrażeń…
W każdym razie w ten właśnie sposób spotykają się dwa razy do roku rodzice uczniów klasy mojego syna. Ufff. Brzmi bardziej skomplikowanie niż jest. Oczywiście obecność nie jest obowiązkowa. Nauczycieli i dzieci nie ma (żeby było o kim gadać). Je się, pije się, gada się, żartuje się, kłóci się. I tak dalej.
I właśnie na takim stammitschu byłam wczoraj.
I dowiedziałam się dużo ciekawych rzeczy o zwyczajach, panujących w klasie, do której chodzi mój synek. Na przykład, że są bandy. Jedna z band (składa się z trzech dziewczyn) to banda „całuskowa”. Tzn. całuje chłopaków. Czy też vice versa? Podobno. Oprócz tego krążą spisy, ten kocha tą, ta kocha tego… Listy miłosne też krążą.
Druga klasa!
A ja nic o tym nie wiedziałam…

„Oda do krepla”

Łoj ty kreplu moj kochany
tyś we tuszczu łokompany
Jo mom smaka durś na Ciebie
Jak Cie wcinom to żech w niebie
A twoj filong z marmeladom
Na kolana przed nim padom
Możesz być popudrowany
A najlepi lukrowany
Jo i tak Cie kreplu zjym
We tyn czwortek, to już wiym!

Wczoraj cały dzień padał deszcz. To byłoby nic, gdyby nie to, że na ulicach i chodnikach itp. leżały zaspy sniegu. Po pas. Więc zrobiła się zupka… Ale i to byłoby nic, gdyby nie to, że w nocy przyszedł mróz i wszystko ściął. I śnieg i deszcz i zupkę.
A dzisiaj świeci słońce.
To tyle o pogodzie. Teraz o zdrowiu.
Po dwóch tygodniach mojej grypy mieliśmy parę dni bez wirusa. Potem zachorował synek i leżał plackiem parę dni, dziś poszedł do szkoły, za to zadzwonili z przedszkola, że mam sobie odebrać córcię, bo im zahaftowała całą podłogę…
 

Jestem cudowną matką! No… przynajmniej staram się. Dążę do ideału. Uśmiecham się, kiwam z żywym zainteresowaniem głową słuchając opowieści, odpowiadam na pytania, zadaję zachęcające do myślenia swoje. Pobudzam, rozwijam, stymuluję, wychowuję. Przemawiam łagodnym głosem okraszonym pełnym miłości, zrozumienia i wyrozumiałości uśmiechem.
Do dwudziestej!!!
Ani minuty dłużej!
O dwudziestej zamieniam się w bestię.
gdy spłynie mrok wieczorny -
typem staję się upiornym:
twarz mi blednie, włos mi rzednie -
psują mi się zęby przednie
.
O dwudziestej jest mój fajrant i biada, gdy ktoś próbuje mi z niego coś uszczknąć! Bliska mordu, warczę, syczę. Oczy me rzucają błyskawice, głos przypomina zbliżający się pomruk grzmotu. Dzieci mają być w łóżkach o dwudziestej! Nie wstawać. Nie wołać. Nie wymagać. Nie domagać się. Mają spać!! A jak nie, to biada im.
Osobom bezdzietnym spróbuję ten fenomen przybliżyć na podstawie analogii do pracy. Wyobraźcie sobie Panowie, że z teczuszką spakowaną w ręku, paltocik przerzucony przez ramię, w rękach podźwiękują kluczyki do samochodu – fajrant! – że w tym momencie szef mówi, niech no pan pozwoli do mojego gabinetu na kwadransik. Wiadomo, że z kwadransika zrobi się pół godzinki, z pół godzinki godzinka… No miło Wam? Wyobraźcie sobie Panie, że kapcie zamienione na szpileczki, makijaż odświeżony, torebeczka przerzucona przez ramię, a tu przechodzi palant jakiś i rzuca od niechcenia: Pani wychodzi? Niech no pani mnie jeszcze szybko połączy z ... Nie zamordowałybyłybyście?
Dziatwie szkolnej unaocznie przypominając cudowny moment dzwonka. Ostatniego dzwonka pełnego nauki dnia. Po nim już nic, tylko wolne popołudnie (ok, zadanie domowe, ale bez przesady), byczenie się, słuchanie muzyki, randki, cuda, wianki… - a tu przychodzi jakiś fizyk czy inny geograf i mówi, no gdzie wy? Gdzie? Przecież ostatnio przepadła wam lekcja, dzisiaj ją od-ra-bi-amy! Uuuu, już widzę ten zachwyt na Waszych buziach… Hurra, odrabiamy straconą lekcję! To przecież dla naszego dobra!
Dziś miałam lekki poślizg czasowy. Dobranocka się przesunęła, jeszcze syrop na kaszel, jeszcze kremik na buźkę, jeszcze termoforek na brzuszek, buzi, buzi, przytul, przytul.
Piętnaście po ósmej. Uaaaaaaa!
Czułam się, jakby mi pociąg uciekał. Samolot wręcz!
 
 

Nie wiem, czy kiedyś opowiadałam, że w zasadzie jestem matką samotnie wychowującą. A to dlatego, że mój mąż pracuje w innym mieście i zjeżdża w domowe pielesze zwykle w piątek po południu (czasem i wieczorem), a wyjeżdża sobie w poniedziałek rano.
I poniedziałki właśnie są najwspanialszymi dniami tygodnia, bowiem w te dni się zwykle wysypiam. Mąż mój przejmuje na siebie nakarmienie, przyodzianie i odprowadzenie dzieci do szkół i przedszkoli, a ja śpięęęęęęęęęęęęęęę. Do dziewiątej. Czasem nawet do wpół do dziesiątej. Napomknę jeszcze tym paniom, które w tym momencie zzieleniały z zazdrości, że nie zawsze mam takie „babce sranie”. Często-gęsto mąż mój wyjeżdża w delegację i ze względu na wczesny samolot czy pociąg nie odprowadza dzieci.
Ale dziś, dziś był właśnie ten wielki dzień (a raczej ranek), który tymże był cudowniejszy, że miałam dość fatalną noc.
No więc śpię sobie snem sprawiedliwego, gdy wtem – d z w o n e k do drzwi. Nie, nie, to niemożliwe - mruczę do siebie - Ani chybi pomyłka jakaś. Parę sekund później znowu dzwonek, dłuższy. Schowałam się cała pod poduszką, zwinąwszy w obwarzanek i nakrywszy dodatkowo jeszcze kołdrą. NIestety trzeci, długi i natarczywy przebił się i przez piernaty. Nieprzytomnie dowlokłam się do drzwi. Sąsiadka! Mopa chciała pożyczyć. I wiadro. I odkurzacz. Nie powiedziałam jej co o niej myślę, aby się nie wybijać ze snu, dałam jej, co chciała i szybko wskoczyłam do łóżka w nadziei, że jeszcze zasnę. I nawet zasnęłam. Na parę minut.
Dzwonek.
Sąsiadka.
Przyniosła odkurzacz…
Już się nie kładłam.


  • RSS