ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2009

Zmarłym

1 komentarz

Miłość nie kończy sie u bram cmentarnych, żyjecie kochani w naszych sercach i pamięci

- Poczucie winy, które jest typowe w sytuacjach, gdy bronimy siebie i swoich praw. Włącza się ono m.in. dlatego, że w głowie mamy mnóstwo rzeczy, które powiedziano nam, że „powinniśmy” lub „nie powinniśmy” ich robić.
- przekonanie, że gdy dochodzi do konfliktu, moje prawa są mniej ważne niż prawa innych osób.
- Strach przed odpowiedzialnością i utratą anonimowości
- Niepewność co do własnego systemu wartości.
- Tendencja do kastraficznego widzenia świata. Nie wiemy, co się stanie, ale zakładamy same najgorsze rzeczy
- Wyobrażenie o własnej bezbronności
- Tendencja do wkładania swoich myśli i odczuć w głowę innych osób.
- Tendencja do widzenia świata przez pryzmat stereotypów.
(Ewa Jakoniuk, Duży Format)

Chciałam skandalu to mam, nie tu wprawdzie, tylko na moim drugim blogu, niemniej jednak…
11 kapiących od jadu komentarzy.
Ja jednak nie chciałam… żartowałam… Taka wojna nerwów to nie na moje nerwy. Jednak. Na razie zwaliło mnie somatycznie – dwie nieprzespane noce i stres przyczyniły się do ostrego nieżytu dróg oddechowych. Ledwo żyję. Kochana A. (sąsiadka z przeciwka) odprowadziła mi małą do przedszkola, a ja próbuję stanąć na nogi.
I przedsięwziąć różne środki ochronne.
- Zamknęłam dostęp do tego drugiego bloga hasłem (jeżeli ktoś tu bywający bywał również tam i chce hasło, proszę o maila)
- Usunęłam M. & co. z listy znajomych w NK (na blogu mnie prześladowała komentarzami, w NK równolegle listami).
- Więcej nic zrobić nie mogę. Wiem, że obsmarowuje mnie przed wszystkimi znajomymi, ale na to już wpływu niestety nie mam.
 

Ustąpić? Ale dlaczego?
W Niemczech przeprowadzałam się 12 razy: krótko było Möglingen, potem dłużej Marbach, z pół roku Stuttgart, potem Großbottwar, Kiebingen, Tybinga (po raz pierwszy), Entringen, Moskwa, Tybinga (po raz drugi), Tybinga (po raz trzeci), Hirschau i teraz znowu Stuttgart…
W Polsce za to mieszkałam od urodzenia do momentu emigracji w tym samym mieście. Na tej samej ulicy. W tym samym mieszkaniu (z dwoma krótkimi wyjątkami, przy omawianiu których mogłabym zaplątać wątek). Może dlatego przywiązanie do tego mieszkania jest tak wielkie, że było ono moim domem rodzinnym 23 lata. Do jego utrzymania przyczyniałam się już jako dziecko, dostając rentę po mamie (część tej kwoty szła na wydatki związane z mieszkaniem). Mieszkanie to współutrzymywałam pracując. Pomagałam też Babci i Tacie utrzymywać je, przebywając już za granicą (opłacałam zaległe czynsze, regulowałam rachunki za gaz lub światło).
Fakt, iż Tato z żoną mogli wykupić to mieszkanie za jedyne 40% wartości (do których to 40% jeszcze dołożyłam trzy tys. DM) był spowodowany tym właśnie, że mieszkaliśmy w nim z dziada-pradziada. No może z babci-prababci, ale i tak… WYkorzystali oni uzyskane w ten sposób prawo do 60% bonifikaty.
Po mojej śmierci odziedziczysz moją część – uśmiechał się Tato. Uśmiechałam się krzywo, boż to głupio tak rozmawiać o śmierci kogoś bliskiego…
W mieszkaniu tym miałam i po wyjeździe swój pokój. Stały w nim  nadal moje meble, na półkach poustawiane były moje książki, bibeloty, sprzęt grający. Na ścianach wisiały moje obrazy (tzn. moja własność, nie przeze mnie malowane ;-)) W przedpokoju umieszczony był mój „posag”. Np. serwis obiadowy na 12 osób. Serwis śniadaniowy na 6 osób. Pościel, trochę ręczników, itp. itd. Wyjeżdżając nie wzięłam nic (takie były czasy). Mieszkając już w Niemczech wzięłam co nieco, ale była to zaledwie znikoma część moich rzeczy. Trochę książek, dwa-trzy bibeloty i wspominany wyżej komplet śniadaniowy (obiadowego już np. nie). Nic też nie zabrałam dziesięć lat później, po śmierci Babci. Ani nic cennego, ani nic małowartościowego lecz pamiątkowego. Tato przecież dalej mieszkał w tym mieszkaniu. Uznałam, że rzeczy, która Babcia dla mnie przewidziała są moje, w moim domu przecież nie zginą.
Ożenek Taty zmienił parę rzeczy, które wydawały się constant. Najpierw przestał istnieć mój pokój. Zrozumiałe. M. miała córkę, trudno, żeby mała nie miała pokoju, a dla mnie stało puste ”sanktuarium”. Nic rzecz jasna nie mówiłam. W użytku codziennym były nie tylko rzeczy po Babci, rzeczy po Mamie, ale i moje „zapasy”. Też nic na to nie powiedziałam. W końcu już miałam nowe talerze, nowe ręczniki, nowy sprzęt. Niech tam. Powoli wymieniano meble. Meble moje, jak również te po Babci nie były może jakieś super-jakości, ale były porządne drewniane. Na ich miejsce pojawiły się meblościanki ze sklejki. Niech tam. Powymieniano dywany. Niech tam. Nie wiem, gdzie wyparowały moje obrazy. Pewnie na śmietnik. Niech tam. Część moich rzeczy i książek (tych co cenniejszych) Tato ustawił w swoim pokoju. Podkreślając mi, że są oczywiście nadal moje i że mogę je zabrać, kiedy chcę. Jakoś mi było głupio zabierać rzeczy, z których korzystał. Lub które służyły li i tylko ozdobie, ale służyły. Moja lampa stanęła na Taty biurku, moje lustro zostało przerobione na ramkę na zdjęcie. Osiołek (rzeźba) stanął na szafie. Zabierzesz wszystko po mojej śmierci – mówił Tato przymrużając oko – przecież to wszystko jest Twoje. Zabiorę - przymrużałam i ja. Nie lubiłam rozmawiać o śmierci.
No właśnie!
Kto mógł przewidzieć?
Teraz muszę o każdą duperelę walczyć :-(

Jak już nieraz wspominałam, prowadzę dwa blogi. I właśnie ten drugi, ten mój Alter-Ego-Blog macocha moja opatrzyła kilkoma brudnymi komentarzami.
Komentarze powymazywałam, bloga zamknęłam hasłem…
I co dalej? No nic, ona mnie rozliczyła, teraz ja muszę jej przestawić swoje kontra-rozliczenie. Czas, który mam przed sobą nie będzie chyba miły i sympatyczny…
 

Zegar znowu bije. Wczoraj po południu tylko włożyłam klucz do dziurki i od razu odbimbał dwanaście razy. A teraz wali jak nowy. Znowu musiałam go na noc zatrzymać.

Wyczytane

Brak komentarzy

- Die Göttin schenkt Leben und Freude, deshalb muss Sie auch Tod und Leid schenken, das brint diese Welt nun mal mit sich. Wie sollten wir das eine kennen, wenn wir nicht wissen, wie das andere ist?
Jeanne Kalogridis: Die Seherin von Avignon
- Anhänglichkeit ist keine Liebe. Echte Liebe entspringt einem Mitgefühl, das nie zu Kummer führt, doch Anhänglichkeit, die deinem Verlangen nach Sicherheit entsrpingt, ist eine Falle.
Jeanne Kalogridis: Die Seherin von Avignon
- Schwarz, die Farbe des Schutzes, solange man sie freiwillig trägt. Schwarz, die Farbe des Bindens, des Fesselns, wenn dem nicht so ist.
Jeanne Kalogridis: Die Seherin von Avignon

Więc nie tylko ja czuję obecność Taty? Okazuje się, że i inni to czują! W dzień Jego śmierci ukazał się D., a teraz ostatnio znajomym… Trochę to niesamowite, więc zaczęłam się zastanawiać, że jeśli naprawdę tak, to dlaczego tak?
Czy może być tego przyczyną fakt, że Tato nie pozałatwiał pewnych spraw do końca i teraz próbuje ich „doglądać”. Mojej w tym winy dużo, bo nie dawałam mu. Próbował wiele razy, a ja bagatelizowałam. Nie czułam się dojrzała do tego typu rozmowy. Inne rzeczy wydawyły mi się ważniejsze.
A szkoda. Teraz miałby spokój.
Tylko co ja teraz mogę z tym zrobić?! Jeśli nie w mojej gestii leży spełnienie Taty woli?

Gdy rano wstawałam (do szkoły) miałam już śniadanie na stole, najczęściej ukochaną zupę mleczną
Gdy wracałam ze szkoły czekał na mnie obiad. Zwykle moje ulubione dania – zupa pomidorowa, kartoflanka, ogórkowa, kopytka, kluski, pieczeń z „czarnym sosem”, leczo… W lecie ryż z truskawkami, makaron z twarogiem, kluski na parze w sosie jagodowym, knedle ze śliwkami… 
Nigdy się nie skarżyła, że lepienie pierogów jest czasochłonne, że moja ulubiona szarlotka wymaga dużo pracy, że znów trzeba mi cerować skarpety, rajstopy…
Potrzebowałam przytulenia, przytulała, potrzebowałam pogadania, pogadała. Mogłam z nią porozmawiać i o przeczytanej książce i o problemach w szkole i o życiu.
Już od trzech miesięcy opłakuję tu Tatę. Ale to nie znaczy, że zapomniałam Jego Mamę, a moją Babcię. Moją ukochaną Babcię, która mnie wychowywała od 13 roku życia (czyli od śmierci mojej Mamy)… Tato zmarł 13 października, Babcia 13 września, dziesięć lat wcześniej.

Prosiłam męża – kupmy domek. Błagałam – kupmy domek. Nie i nie. Nie i nie. To nie. On chce wolnostojący. Na wolnostojące to nas stać tylko na ruderę. Jedną już mamy. Dziękuję. W szeregowym on nie będzie mieszkał. To nie. On chce na zadupiu, żeby było dużo miejsca. Na zadupiu nie da się mieszkać z dziećmi, zwłaszcza jak się jest kierowcą od siedmiu boleści, jak ja. Nie, to nie.
Domki tu w pobliżu są drogie. Jestem za stary na kredyty – mówi mój mąż. Nie to nie.
Wypakowałam wszystkie Taty książki z pudeł, poprzestawiałam wszystkie swoje książki. Poustawiałam meble, popowieszałam obrazy…
Co teraz mówi mój mąż? Kupmy domek!
Wczoraj byliśmy oglądać pierwszy.
Szeregowiec.
Kto będzie te książki pakował do pudeł?!


  • RSS