ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2008

S Novym Godom…
Ein gutes Neues Jahr…
Szczęśliwego Nowego Roku…

Zupełnie niechcący idę na bal!
Jeszcze bardziej niechcący zakupiłam kreację -  bluzkę ażur w cekiny.
Mówią na nią „rybia łuska”.

Byłam  na babskim combrze. Miało być miło, a było … No, nie powiem, że nie miło, ale lekko z dreszczykiem – opętał nas czarny humor i przerobiłyśmy różne warianty pogrzebów… Robaczki w oczodołach (własnych), popioły w salonie (cudzym), dziadek na butach i inne takie… 
Jakaś reakcja obronna organizmu (umysłu?) na spadłe na nas dopusty? A może skutek zimna przy kominku, chlebka, który nie przypominał chlebka i dekadencji końca roku?
„Spuścił głowę niemy…”
Może ja się po prostu jeszcze nie nadaję do ludzi? 

Czy już wiem na czym stoimy, czy to tylko drobne omsknięcie?

Zaczęło się od mojej przyrodniej siostrzenicy, którą miałam się opiekować z braku innych chętnych. Mała zachciała kredek, więc nie znalazłszy ich nigdzie przekroczyłam próg „sanktuarium” czyli pokoju zamieszkiwanego przez S3, jej córkę N. i ojca i dziadka w jednej osobie - J. Wstęp do ”sanktuarium” był pilnie strzeżony, jako że niegdyś (całkiem niedawno jeszcze) był to pokój mojego Ojca, a jak wiadomo nigdy nic nie wiadomo. Nie do końca wiem, czemu mi się patrzy na ręce, jak wchodzę do tego pokoju, ale tym razem weszłam w absolutnie niewinnych i pokojowych zamiarach. Tzn. w poszukiwaniu w/w kredek.
Kredek nie znalazłam, za to natknęłam się na długo poszukiwaną instrukcję obsługi, więc przysiadłam na skraju łóżka przeglądając ją.
Na to wszedł J.
I natychmiast wyszedł.
Dokładnie 15 minut później do mieszkania wpadła M., będąca, to znaczy mająca być w pracy. Jja juz byłam w przedpokoju, bo szukałam tym razem opaski. Przebiegła ona koło mnie jak burza i wpadła do pokoju Taty. Ja w osłupieniu – szukasz małej? Jest w moim pokoju… Rysuje…
Nie dostałam odpowiedzi, pomknęła do swojego pokoju, przebiegła przezeń rozglądając się po ścianach, wpadła do kuchni, osunęła się na krzesło i wsparła głowę na rękach.
ja - Co się stało?!
ona (grobowym głosem) - Nic.
ja - Jak to nic, jak widzę, że coś.
ona - Byłam na grobie Twojego Ojca - – - patetycznie. A potem nabrzmiała napięciem cisza.
- Tak? – zdziwiłam się uprzejmie – to ładnie z Twojej strony – postanowiłam docenić gest.
ona - Kiedyś TY tam była ostatnio?
ja – Ja? Wczoraj, a czemu?
ona - I co tam postawiłaś?
ja - Eee, nic, przecież jest cały zastawiony. Kupię kwiaty, jak któreś z tych, co tam są zwiędną. Aha, nie, dostawiłam dwa znicze, które zakupiłam w Niemczech i dwa własnoręcznie obklejane przez dzieci słoiczki. A co?
ona - Znicze? Te plastikowe?!?!
ja - Emm, nie wiem czy plastikowe, nie stukałam w nie, kupując. Kupiłam bo mi się podobała ich forma, a nie materiał. Gdzie Ty widzisz problem?
ona (dramatycznie) – Nie dbasz o grób ojca.
ja (w osłupieniu) – Jak to nie dbam? Otrząsnęłam wszystko ze śniego, odczyściłam napisy. Dokupiłam wkłady do tych 12 czy 15 zniczy, które tam stały. Po co kupować następne, jak grób jest pełny?
ona (patetycznie) - A KTORE wkłady kupiłaś, te tańsze po dwa złote, czy te droższe po 2,50???
ja (kompletnie oniemiała) – Na miłość Boską, nie wiem, które kupiłam? Pokazałam palcem, te, które wydawały mi się pasujące, nie pytałam, czy one z tych droższych czy tańszych.
ona – Tak! Gdyby nie ja! To nikt! Kompletnie nikt! Nie dba! Nie dbasz! Oszczędzasz na ojcu! I na stronie - jej chytrość przekroczyła wszelkie granice!!!

Dostałam ataku histerii…
Nie wiedziałam, że trzeba kupować tylko te szklane, im większe tym lepsze, im więcej zdobień tym lepiej. Mnie się podobają proste w formie, nie pękate, bez zdobień. To źle.
Nie wiedziałam, że grób trzeba zarzucić wiązankami, wieńcami, stroikami. Im więcej tym lepiej. Niech ludzie widzą, jaki grób jest zadbany! Więc źle.
Myślałam, że jeśli modlę się za niego, jeśli w moim pokoju pali się świeczka pod Jego fotografią, jeśli mam zapaloną świeczkę wirtualną na gg, na skajpie i na NK, to cały świat wie, że boleje… I łączy się ze mną w smutku. I nie liczy, ile wiązanek położyłam i nie sumuje za ile wkłady do zniczy włożyłam…. Błąd.
Błąd. Trzeba kupować, trzeba zarzucać, bo liczą, sumują, oceniają…

W związku z czym dużo później pokojarzyłam łańcuch przyczynowe skutkowy - mój pobyt w pokoju Taty – wejście J. – jego (prawdopodobnie) telefon do M. – jej natychmiastowe przybycie – wzburzenie – rozczarowanie, że nie udało jej się złapać mnie „na gorącym uczynku” – wyładowanie się na inny temat… Co oni myśleli, że ja platery rodzinne do kufra pakuję?

Święta minęły w ciepłej rodzinnej atmosferze.
Musiałam spożyć dwie wigilie – jedną u cioci i wujka, jedną w (moim byłym) domu, ale obie były miłe. Dzieci dostały masę prezentów (ubranka, zabawki, książeczki), dorośli też. 
Śpiewania kolęd nie było, ale było miło. Łącznie z imprezą urodzinową. I tortem.
 

Jestem ruda wydra…

Dojechaliśmy szczęśliwie. Wyjazd jak zwykle czwarta trzydzieści, bo mąż tak lubi („jak Ci się nie podoba, to se sama prowadź!”), dwanaście godzin i już! 
Dzieci były kochane, niewiele spały, ale słuchały słuchowisk, czytały lub oglądały książeczki, rysowały…
Najpierw wstąpiliśmy do wujka J. i cioci E., potem na W-ką (czyli do mojego byłego rodzinnego domu).
Byliśmy oczekiwani. Dostaliśmy dwa pokoje do dyspozycji – mój były (panieński) i służbówkę zwaną pieszczotliwie kamerlikiem.

W domu (tzn. moim byłym rodzinnym), oprócz żony taty (czyli M. – zamieszkującej tam na stałe), była jeszcze (przyjezdnie) jej córka (czyli S3) z córką i jej ojciec (czyli J. – pierwszy mąż M). Taki trochę skomplikowany układ, ale korzystny skąd inąd… Korzystny dla nich.
O czym jeszcze ciąg dalszy nastąpi…

Jutro jedziemy do Polski. Z samego rana.
I cieszę się i boję…

Syn mój nabył idiotycznego przyzwyczajenia porozumiewania się za pomocą małpich dźwięków. Zamiast mówić słowami, mówi y -y – y. Czasem ze znakiem zapytania, czasem twierdząco: y? y-y. y?
Dostaję wścieklizny!
Wczoraj poskarżyłam się logopedce.
- Ach to tylko taka dziecinna maniera – ona mi na to – pewnie w ich klasie przywódca chłopców tak robi i wszyscy uważają, że tak jest cool.
- Eee, chyba nie… – poddałam w wątpliwość – zresztą nie wiem. Kto jest u was w klasie przywódcą? - pytam syna.
- Przywódcą? - zdziwił się syn.
- No! No kto jest najmądrzejszy w klasie i najsil…?
- Ja jestem najmądrzejszy – odpowiedział z prostotą.

Oczywiście przywódcą mój syn nie jest. Na to jest za mało wysportowany, nie ma również tych tzw. zdolności przywódczych. Za to ma bardzo wysokie mniemanie o sobie. 
No i bierze wszystko dosłownie. Nie raz nie dwa, załamana jego przemądrzałymi wypowiedziami, stwierdzałam krótko: tak, tak, wiem, wiem, Ty jesteś najmądrzejszy na świecie. Widać wziął to dosłownie.

Przypomina mi to sytuację, gdy byłam kiedyś w Warszawie, dawno dawno temu, syn mial z cztery lata może. Byłam u kuzyna w pracy, D. bawił się cicho na podłodze, ja mojemu kuzynowi coś opowiadałam. I w pewnym momencie powiedziałam podirytowana:
- no wiesz, mój Tato tak twierdzi, a wiesz, że on wszystko wie najlepiej.
Oczywiście powiedziałam to z odpowiednią mimiką i dużą dozą ironii, ale ironii dzieci w tym wieku nie rozumieją. Jakiś czas później przechodzimy koło jakiejś ambasady, do której stała duża kolejka.
- Czemu oni tu stoją?
- Nie wiem, synku. Nawet nie wiem, co to za ambasada.
- To ja się spytam dziadzię M., jak będziemy w K., bo on przecież wszystko wie, sama tak mówiłaś…

(Notka przeniesiona z „to-bylo-tak”) 

No dobra, niech jej będzie. Kocicy znaczy się.

Chuj mnie to obchodzi
Chuj mnie to obchodzi
Chuj mnie to obchodzi
da capo

Ps. Zadowolona? A pamiętasz „gówno mi to wisi„? (dla niezorientowanych jeden z tworów językowych mojego męża, gdy uczył się polskiego :-))


  • RSS