ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2008

Pisałam już o Marcinkach, muszę więc wspomnieć, że jest jeszcze jedna niemiecka tradycja, którą z chęcią przejęłam – Adwent….
Nie chcę przez to powiedzień, że Adwent był „za moich czasów! w Polsce nieznany, co to to nie, ale
tradycje adwentowe nie były jednak tak pielęgnowane, jak w Niemczech. Nigdy nie robiłam, mieszkając w Polsce, wieńca adwentowego
 z jego czterema świecami (po jednej na każdy tydzień adwentu), nie piekłam ciasteczek i pierniczków, nie znałam kalendarza. Ok., kalendarz adwentowy to już czysta komercja. Ale jaka ładna… Zwłaszcza dla dzieci!
W ogóle to nie wiedziałam, skąd się wziął kalendarz adwentowy? I właśnie ostatnio znalazłam w 
internecie
, że wymyśliła go matka niejakiego Gerda Langa, który ongiś, jako dziecko w kółko zadawał jej to samo pytanie, które od wieków zadają dzieci „Kiedy w końcu będzie Boże Narodzenie? Jak długo jeszcze?” Matka przygotowała więc 24 małe pudełeczka, na każdym narysowała liczbę i do każdego włożyła ciasteczko. W ten sposób mały Gerd, otwierając codziennie jedno pudełeczko, mógł policzyć ile dni pozostało jeszcze do świąt Bożego Narodzenia.
Gerd Lang, który później założył własną firmę, podchwycił pomysł swojej matki i zlecił w 1904 r. wydrukowanie pierwszego adwentowego kalendarza w „München Lithografischen Kunstanstalt”. Kalendarz ten składał się z dwóch arkuszy papieru - na jednym wydrukowane były liczby, na drugim obrazki z aniołami. W każdy upływający dzień adwentu wycinało się jeden obrazek i naklejało na liczbę. Jakiś czas później (mniej więcej w latach trzydziestych) w arkuszu z liczbami Lang zlecił wycięcie okienek, a arkusz z aniołami podklejony został pod spodem. Z czasem zaczęły zanikać pierwotnie stosowane motywy chrześciańskie, zastąpione przez postacie komiksowe lub postacie z bajek. W dzisiejszych czasach można napotkać jeszcze kalendarze z obrazkami, ale bardziej popularne są te z czekoladkami lub z zabawkami. Od paru lat w internecie występuje kalendarze wirtualne, a najnowsza moda to kalendarze na komórkę. 
Ja od lat przygotowuję kalendarze dla dzieci sama. Choć w tym roku poklikamy chyba też online.

Dezyderata

Brak komentarzy

Znacie dezyderatę? Jak nie, to musicie koniecznie poznać. Jak tak, to i tak warto jeszcze raz przeczytać:
Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech
i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy.
O ile to możliwe bez wyrzekania się siebie,
bądź na dobrej stopie ze wszystkimi.
Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie,
wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych,
oni też mają swoją opowieść.
Oni też mają opowieść.
Unikaj głośnych i napastliwych,
unikaj głośnych są udręką ducha.
Niech twoje osiągnięcia zarówno jak plany
będą dla Ciebie źródłem radości.
Bądź ostrożny w interesach,
bądź ostrożny w interesach,
na świecie bowiem pełno oszustwa.
Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia.
Ani też nie podchodź cynicznie do miłości,
Bo ona jest wieczna jak trawa.
Bo ona jest wieczna…
Unikaj głośnych i napastliwych,
unikaj głośnych są udręką ducha.
Przyjmij spokojnie co Ci lata doradzają z
wdziękiem wyrzekając się spraw młodości.
Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż
drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj.
A więc żyj w zgodzie z Bogiem,
czymkolwiek On ci się wydaje.
W zgiełkliwym pomieszaniu życia
zachowaj spokój
W zgiełkliwym pomieszaniu życia
zachowaj spokój ze swą duszą.
Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych
marzeniach jest to piękny świat.
Jest to piękny świat….

znalezione w starym kościele Św. Pawła w Baltimore.
datowane 1692 r.

A co, jeśli tam nic nie ma? Ja tak wierzę, że jest. A jak nic nie ma?

Jeśli dziecko opowiada nieprawdopodobną historię… – no, na pozór nieprawdopodobną, jednakowoż w sumie jakoś-tam prawdopodobną, to co? Są dwie możliwości. Albo historia jest prawdziwa, albo nieprawdziwa. Jeśli historia jest prawdziwa, to dziecko potrzebuje pomocy. Jeśli jest nieprawdziwa, to… to dziecko też potrzebuje pomocy. Bo nie opowiadałoby takiej historii bez przyczyny. Zmyślanie może być wołaniem o pomoc. Ale może być też próbą manipulacji i przejęcia kontroli. Ale po co dziecku kontrola, jeśli czuje się bezpiecznie? No, a jeśli nie czuje się bezpiecznie, to znaczy, że potrzebuje pomocy.
Koło się zamyka. Tyle, że my mu tej pomocy nie możemy dać. Nie jesteśmy kompetentni.
Tu trzeba specjalisty. Specjalista na szczęście jest. Czy wystarczająco dobry? Mam nadzieję.

I znowu dół

2 komentarzy

Moja machocha wczoraj porządkowała biurko Taty. I znalazła kartkę przez Niego pisaną. Były na niej cztery zdania:
ja chyba umieram
ja chyba umieram
ja chyba umieram
ja chyba umieram
Czy pisał to bezpośrednio przed śmiercią? Czy wcześniej? Tego nie wiemy.
Jak zadzwoniłam do niej, bardzo płakała… Jak trudno kogoś przytulić na odległość…

Lepiej mi

1 komentarz

Lepiej mi. Nie wiem, czy to czas zaczął działać. Czy tabletki zaczęły działać? Czy wpływ miało to, że słońce wyjrzało i nie jest już tak strasznie szaro?
Nie wiem, ale jest mi lepiej (mam nadzieję, że nie chwilowo) i poczułam, że powinnam się zwrócić w stronę żywych. Zmarłych nadal wspominać i kochać, ale nie zaniedbywać żywych.
Zaniedbuję St., która się tak wspaniale zajęła synem moim na czas pogrzebu, zaniedbuję Kr., która ma sto tysięcy powodów, żeby załamać się całkowicie, a ciągle się podnosi. Zaniedbuję Ko., która przechodzi teraz to co ja, choć na pewno zupełnie inaczej. Ale na pewno nie mniej tragicznie. Zaniedbuję SD, zaniedbuję siostry przyrodnie, zaniedbuję macochę. Zaniedbuję męża, dzieci, siebie…
Sobie zrobiłam coś dobrego dzisiaj. Nie uwierzycie, ale leżałam w łóżku do 12.00. W południe! Mąż odprowadził dzieci, nie budząc mnie. I potem pojechał do pracy. A ja spałam do 9.00, wypiłam kawę i leżałam jeszcze i czytałam sobie powieść historyczną (czyli to, co lubię najbardziej) do 12.00.
Ha! Jak za starych dobrych czasów…
 

Byłam wczoraj wieczorem na spotkaniu rodziców dzieci wybitnych. Albo uzdolnionych. Albo wybitnie uzdolnionych. Czy jak ich tam zwał. Po niemiecku jest na to termin („Hochbegabte”), po polsku niestety jeszcze nie ma spójności terminologicznej. W każdym razie byłam i to tylko tak na próbę, gdyż nie należę do tego ich związku.
Wrażenia mam mieszane…
Przede wszystkim myślałam, że uspokoję trochę swoje obawy, a niestety tylko udało mi się je rozwinąć. Ok, nie jestem w najlepszym stanie psychicznym i w związku z tym moja podatność na różne defetystyczne sugestie jest duża, ale tam naprawdę opowiadano horrory.
To ja jednak miałam jak dotąd szczęście. Tzn. my mieliśmy szczęście. Przede wszystkim obrana przez nas linia waldorfowsko-steinerowska okazała się jednak całkiem dobrym rozwiązaniem, gdyż w innych przedszkolach dzieci tego typu spotykają się ze straszliwym mobingiem… Do tego jestem przekonana, że ściaganie go z intelektualnych przestworzy „na ziemię”, jak to w naszym przedszkolu praktykowano, dobrze mu zrobiło.
Schody jednak zaczynają się dopiero w szkole. Najpierw w podstawowej (trwa tu cztery lata), potem w Gymnasium (odpowiednik polskiego liceum, nie gimnazjum!). Podstawówki okazują się być mało elastyczne i jedynym proponowanym rozwiązaniem jest przeskakiwanie klas. Indywidualne rozwiązanie, które zaproponowane mojemu synowi, który nie chce za nic nie chce zmienić klasy i które polega na tym, że nadal jest w drugiej, a na matematykę chodzi do trzeciej wywołało zdumienie wśród innych rodziców. Ponoć z tego typu elastycznością się jeszcze nie spotkali! 
Najciekawsze czeka mnie jednak dopiero w gimnazjum! Opiewane Karls-Gymnasium, które ma klasy dla Hochbegabte, nie ma jednocześnie szkolnego psychologa i garstka pedagogów, niby przygotowanych, w rzeczywistości jednak nie do końca, nie jest w stanie opanować problemów, które ma prawie każda klasa. Trzeba tu nadmienić dla nieznających temat, że Hochbegabung często wiąże się z ADHD. Ale nie musi. Tzn. część klasy jest nadpobudliwa, a część spokojna. Łatwo sobie wyobrazić, jak się czują ci spokojni… A rodzice tych nadpobudliwych, nie uznają za stosowne nic w tym kierunku robić, bo „moje dziecko jest wybitne, cóż, nic nie zrobisz”. Ach ach.
I to jest jeszcze jeden jakże częsty problem, który został poruszony na tym zebraniu (po nim miałam już dosyć) – a konkretnie stopniowanie typu moje dziecko jest wybitne - moje wybitniejsze - moje najwybitniejsze… Moje dziecko jest uzdolnione - moje uzdolniejsze - moje najuzdolniejsze… Hochbegabt – hochbegabter – am hochbegabsten…
Brrr!

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)

Rabin Szlomo nauczał: „Powiedziano, że jeśli człowiek stoczy się w grzech, musi głęboko żałować przez pięć minut, a potem powstać i iść dalej. Jeżeli żałujesz za dużo, nie znajdziesz w sobie miejsca, by żyć, rosnąć, tworzyć, odkrywać przyszłość. Jak powiadali nasi mędrcy: »Tylko zło jest przepełnione bezbrzeżnym żalem i skruchą«„.

Arytmetyka

3 komentarzy


Mój syn uwielbia rachować. Dzisiejsza rozmowa przy śniadaniu:
- Mamusiu, jak twoja mama umarła, to Ty miałaś 13 lat?
- Tak, kochanie.
- Tzn. pięć Ci brakowało do bycia dorosłym?
- Tak, kochanie.
- Tzn. miałaś o trzy lata mniej niż dwa razy tyle, co ja mam?
- yyyyyyhm… Tak, tak kochanie…

(notka przeniesiona z to-bylo-tak )

Nie opowiadałam chyba o mojej wizycie w Domu Dziecka.
Wspominałam chyba, że Tato chciał wziąć na wychowanie (w charakterze rodziny zastępczej) czternastoletnią sąsiadkę, przebywającą od niedawna w Domu Dziecka. Sprawy już zaszły dość daleko, nie wiadomo, jak by się to skończyło, bo decyzja owa miała wiele plusów, ale i wiele minusów, o których nie chcę tu pisać. W każdym razie Tato zmarł i Mała została w Domu Dziecka. Jej stanu ducha nie muszę opisywać, łatwo się go domyśleć, łatwo też się domyśleć, że czuję się w pewnym stopniu za nią odpowiedzialna. Jak zresztą i reszta rodziny. Mój Wujek (brat Ojca) i moja Macocha (żona Ojca) biorą ją na weekend, starają się podtrzymać na duchu. Ja ze swojej strony obiecałam wziąć ją na ferie zimowe i w celu załatwienia tego udałam się do wyżej wspomnianego Domu.
Chyba się uda – wszyscy są dobrej myśli, tyle że trzeba „przeskoczyć” szereg formalności.
A ja – muszę się ze wstydem przyznać – byłam po raz pierwszy w życiu w Domu Dziecka!
Dom jest prowadzony z dużym wkładem zaangażowania i zainteresowania dziećmi. Zarówno opiekunowie jak i Dyrektor placówki zrobili na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ale cóż… Dom dziecka to dom dziecka. I nic tego nie zmieni. Można tylko spróbować „osłodzić” (zarówno dosłownie jak i w przenośni) dzieciakom życie. Dowiedziałam się, że chętnie przyjmą gry, książki, zabawki i już rozesłałam wici w naszej „polskiej grupie”. Mam już parę pozytywnych odpowiedzi, myślę, że będzie jeszcze więcej, sama też to i owo wybiorę i do Polski pojadę mocno wypchanym autem :-)


  • RSS