ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2008

Zostałam zapytana o szpital, w którym leczą z krzyczenia (patrz notka Ciąża, poród, połóg z. 09.09.08). Więc chętnie opowiem, bo pobyt w tym szpitalu był wydarzeniem, które wywarło duży wpływ na moje dalsze życie. Może niektóre z porad przydadzą się komuś – jakby na przykład zabłądziła na te strony jakaś mama (ojciec, siostra, brat) płaczącego niemowlęcia.

Szpital ten nazywa się Filderklinik i jest szpitalem powiatowym. Tzn. można się do niego dostać ze skierowaniem. Stosuje medycynę klasyczną, ale rozszerza ją o metody i doświadczenia antropozofii.
Myśmy byli na niewielkim oddziale (pododdziale pediatrii), specjalizującym się w dzieciach z zaburzeniami psychosomatycznymi – o wdzięcznej nazwie „Regenbogen“ (niem. tęcza). Przyjmuje się tu dzieci (w przeróżnym wieku) z alergiami (głównie atopowym zapaleniem skóry), epilepsją, problemami rozwojowymi i żywieniowymi. Pokoje są dwuosobowe – każdemu dziecku towarzyszy w szpitalu jedno z rodziców.
Dzieci są leczone lekarstwami (głównie homeopatycznymi, ale nie tylko), przy pomocy okładów, masaży i kąpieli w olejkach eterycznych. Oprocz tego stosowana jest terapia muzyką, terapia sztuką i eurytmia. Bardzo ważnym elementem leczenia jest terapia rodzica, co w praktyce oznaczało, że dużo czasu poświęcono na regenerację moich sił. W myśl zasady – dziecko to gałąź, matka to pień. Gałęzie drzewa mogą być tylko wtedy zdrowe, gdy zdrowy jest pień.
Wypoczęłam niesamowicie.
Po pierwsze wzięto mi dziecko na pierwszych sześć nocy. Tzn. pierwszą noc spaliśmy razem, gdyż chcieli sprawdzić, czy też się będzie tak często budził, jak w domu. Budził się. Potem przeniesiono go (na noc) na oddział intensywnej terapii (bo tam byla nocna siostra - na naszym oddziale nie było). 
Po drugie wykreślili mu nocne karmienie.
Pierwszej nocy obudził się tam sześć razy (w domu budził się między 10 a 20 razy), drugiej nocy trzy, a trzecią… przespał. Pierwszy raz w swoim zyciu!
Potem (po tygodniu) wrócił do mnie, do mojego pokoju i… budził się znow co 15 min. Lekarze doszli do wniosku, że może to być z tym związane, że śpimy w jednym pokoju (niewidzialna pępowina etc.) i ustalili, że musi spać sam. Mieliśmy szczęście, ze oddział akurat nie był pełny i jeden pokój (akurat ten koło mojego) był pusty. Przekwaterowano go tam i polecono mi postępować wg metody polecanej przez Anette Kast-Zahn w książce „
Każde dziecko może nauczyć się spać„. 
I to był właściwie ten przełom. Od tego czasu budził się dużo rzadziej.
Nauczylam się podchodzić do wszystkiego spokojniej… Zarówno do jego płaczu, krzyku i budzenia się w nocy, jak i do jego jęczenia, muczenia i wycia w dzień. W wyniku tego dziecko się wyciszyło.
Bardzo mi sie tam podobało. Ciągła opieka, oparcie, poczucie, że w każdej chwili można się do kogoś zwrócić, można kogoś zawołać…
No i fajna atmosfera tam była. Trochę jak w dużej rodzinie. Rodzice pomagali przy nakrywaniu stołu (jedliśmy zawsze wspólnie), zmywaniu. Pomagali sobie tez wzajemnie (nie było tak, że każdy rodzic zajmuje się tylko swoim dzieckiem). Również pielegniarki i pielegniarz robili co mogli, żeby było fajnie. I było. Organizowano wieczory rodzicielskie na tematy związane z wychowaniem lub opieką nad dziećmi, popołudnia, gdzie się razem „majsterkowalo“ (szycie laleczek, robienie witrażyków, filcowanie…). Codziennie wszyscy zbierali się przed śniadaniem na tzw. Morgenkreis (krag poranny???), gdzie jeden z lekarzy grał na flecie, a następnie wszyscy razem coś śpiewali. Zakończenie dnia odbywało się w kręgu wieczornym (tzw. Abendkreis) – śpiewalismy dzieciom kołysanki, czasem opowiadano jakąś bajkę (dla młodszych dzieci) lub/i zadawano zabawne zagadki (dla starszych dzieci). Na koniec odmawiano cos w rodzaju modlitwy.
Wszystko antropozoficzne, ale nie na siłę. Kto chciał mógł, kto nie chciał nie musiał. Podejście personelu było dość elastyczne – zarówno w zakresie wychowania jak i  medycyny. Stosowano leki homeopatyczne, ale w poważniejszych przypadkach (jak na przykład epilepsja) leczono medycyną klasyczną. U nikogo nie zauważyłam żadnego radykalizmu czy fanatyzmu. Owszem, wszystkie zabawki były z drewna i naturalnych materiałów, ale jak ktoś miał swoje plastikowe, to nikt mu kazań nie prawił.
Wiele rzeczy mi sie spodobało, wiele przejęłam. Nie mogę powiedzieć, że się przerzuciłam całkowicie na antropozofię. Ich religii i filozofii nie zaakceptowałam, ale wiele rzeczy z pedagogiki mnie przekonało. Zarówno te w/w drewniane zabawki, jak i typowe dla antropozofii dążenie do rytmu i harmonii („rytm i harmonia” to wręcz slogan naczelny antropozoficznej pedagogiki).
Wyluzowałam się. Nie chciał jeść – nie karmiłam na siłę, niech nie je. Leżał na podłodze i marudził, nie podnosiłam od razu. Mówiłam do niego, niech wie, że jestem, ale niech się pobawi sie sam. Niech się rozejrzy - świat jest pełen ciekawych rzeczy. Tylko się rozejrzeć. Przestaliśmy go
huśtać, wozić, trzymać za rączkę przy zasypianiu. Wieczorem, po czytaniu książeczki jeszcze Abendkreis (przejęty z Filderklinik), potem buzi i dobranoc. Do łóżka, nakręcona pozytywka, do ręki przytulanka, do buzi smoczek, jeszcze raz buzi i wychodzę. Gdy krzyczał, po ok. pięciu (jak wytrzymałam dziesięciu) minutach jeszcze raz wchodziłam, jeszcze raz smoczek, parę uspakajających słow i wyjście z pokoju. Zwykle tym razem już zasypiał.
A potem to już z górki.
Uroki macierzyństwa! Słód-miód. :-)
Ps. I jeszcze obietnica dla zrozpaczonych – podobno płaczące niemowlęta łagodnie przechodzą okres dojrzewania. Tak czytałam. Ponoć już wszystko, co miały z siebie wykrzyczeć wykrzyczały i nie muszą więcej protestować. Nie wiem, czy się zgadza. Opowiem za trzy-cztery lata… 
Ps. 2 Aha, i może jeszcze uwaga, że nie wszystkie szpitale w Niemczech prowadzone są w ten sposób! To raczej wyjątek…

Syn mój miał dziś swój pierwszy w życiu koncert. I nawet się nie denerwował.
- jestem bardzo ciekawy jak to będzie
mówił jedynie.
Cóż taki wiek… Za rok pewnie już się będzie trząsł.

A oto zdjęcie z koncertu. D. gra w duecie ze swoją nauczycielką:

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)

Moja córka jest autystyczna. Noo, nie tak naprawdę. Raczej udaje. Ale bardzo skutecznie.
Objawia się to tym, że nie rozmawia z dorosłymi. No, ze mną rozmawia, ale z ojcem, to już prawie nie. A już wcale z ciotkami, wujkami, babciami, dziadkami… Z wychowawczyniami z przedszkola też nie.
W ogóle dłuższy czas myślałam, że ona nie umie mówić po niemiecku. Ale kiedyś była u niej koleżanka i pytlowały obie jak najęte. Przedszkolanka potwierdziła. Z dziećmi – buzia jej się nie zamyka. Z dorosłymi – nie rozmawia. Nie, żeby nie komunikowała. Pokazuje, jak coś chce. Nawet „y-y-y” powie. Ale zdanie jakieś – nieeee, to to nie.
Rozmawia tylko z ludźmi, których bardzo dobrze zna. Na przykład z sąsiadką z przeciwka. Znamy się już lata, ma ona córkę w tym samym wieku, więc wszystko było ok. Kiedyś. Teraz, po długich wakacjach, a więc długim niewidzeniu i z nią nie gada. Ostatnio była u niej połtorej godziny i przez cały ten czas powiedziała coś z trzy słowa. Typu „tak” i „nie”.
Przyczyn może być kilka. Moja teoria jest, że nie daje sobie rady z trzyjęzycznością. Jej brat sobie daje, a ona nie. Przerasta to ją. Tak uważam. Może to też być rodzaj nieśmiałości, ale bardzo patologiczny. Byłam już nawet u lekarza (przed wakacjami) i to była jego wersja. Trzeba ćwiczyć. Nakłaniać ją do mówienia. Kazać jej opowiadać. Ale do mnie ona mówi, więc …
Ale ja nie o tym chciałam.
Wczoraj mieliśmy bybysitterkę. No, taką opiekunkę na wieczór, bo musiałam iść do szkoły na zebranie rodziców. Taką Lesley. W sumie pierwszy raz. Raz była na rozmowie „kwalifikacyjnej”, raz kładła dzieci spać, ale to przy tym byłam. No i teraz pierwszy raz była sama z nimi. No i… Wyobraźcie sobie, że z nią E. rozmawiała! Widząc ją drugi raz w życiu! Lesley jest bardzo spokojna zarówno w zachowaniu jak i w wyglądzie. Może to o to chodzi? Może z ludźmi o większym temperamencie i bardziej impulsywnymi nie rozmawia, a ze spokojnymi rozmawia? Ale jej przedszkolna wychowawczyni też jest spokojna. W zasadzie podobna w typie. Tyle, że starsza. Może to o to chodzi? Może ona Lesley (18 lat) zaliczyła jeszcze do dzieci? A z dziećmi przecież rozmawia… Naprawdę nie wiem!

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)

Nie guglowane

3 komentarzy

W ogóle nie występuję w guglu!
No prawie w ogóle.
Uważam, że to jest oburzające!
Skandaliczne!
No i nie sprawiedliwe…
Kocicę guglują po sto razy, a mnie wcale. Jeszcze myślałyśmy, że guglują, ale nie odwiedzają, bo się trupa boją, ale gdzie tam. Przeprowadziłyśmy setkę eksperymentów i nic. Nie gugluje się. Zdecydowanie tematyka jest nie przykuwająca. Nie przyciągająca. 
No bo niby obiecywałam trupy, ballady, cuda, niewidy, a wyszło na to, że opisuję dzień codzienny, trud wychowywania i zmory wieku średniego.
Ale cóż mam innego opisywać, jak ja taka mieszczańska jestem. O wiele bardziej nawet, niż myślałam. Taka mała stabilizacja. Taka niewyuzdana, nieperwersyjna, niesypialniana, niedewiowana i nieseksowna nawet.
No co ja mogę?
Trupów w otoczeniu jak na lekarstwo… To co mam robić!? Zmyślać?
A może…
…sama mordować?
Hm… Niezły pomysł…
Tylko skąd wziąć na to czas?

Muszę, ale to koniecznie muszę zacząć znowu chodzić do siłowni. Chodziłam tak coraz rzadziej, coraz rzadziej, aż… Wstyd przyznać. Ale nie dziś jeszcze. Mam termin w banku. No i to tłumaczenie muszę dokończyć. Zakupy większe musiałabym zrobić, chusteczek higienicznych już od tygodnia nie mamy… Prania jeszcze z dwie pralki czekają. Prasowanie też leży odłogiem… Odkurzyć się samo mieszkanie też nie odkurzy…
Mam dużo powodów, żeby nie zaczynać jeszcze w tym tygodniu. Mój diabełek wewnętrzny wymyśla coraz to nowe powody. Nie mogę, no nie mogę się oderwać od komputera, muszę te gazety przejrzeć, bo tonę w prasie, nie mam porządnych spodni z dresu. Jest za gorąco. Za zimno. Zaraz będzie padać…
No tak… Tak! Macie rację. Uprawianie sportów nie należy do moich ulubionych zajęć…
Mimo to, wykonałam parę prób. Zapisałam się do Fitnessklubu, kazałam sobie zrobić plan treningów, kupiłam stosowne buty… I nawet jakoś szło, ale wakacje, wyjazdy, upały…
Stałam się martwą duszą z umową na rok, miesięcznymi opłatami i… I znowu jestem w punkcie wyjścia.
Diabełek się cieszy – ha! Nigdy nie należałaś do specjalnie wysportowanych lasek, trudno oczekiwać, żeby z wiekiem ci formy przybyło…
Tyle że… Ciśnienie mam za niskie – chodzę jak śnięta mucha. Figurę mam rozlazłą – pozostałość po ciążach. Dieta warzywna wiele nie pomogła… A poza tym latka lecą i coraz bardziej czuję je w kościach. Dziś skakałam z córką przez kałuże. Mmph!
Jak tu uprawiać sport, jak po trzech skokach dostaje się zadyszki! Kości strzelają, w oczach ciemno…
Może lepiej rower? Czemu, ach czemu akurat teraz musiałam złapać dętkę. Przysięgam, chciałam jeździć. Ale tylnego koła nie wymienię sama!
Ale przysięgam, w weekend poproszę męża o wymianę i od poniedziałku jeżdżę!
Może dojadę nawet do Fitnessklubu?

Wpadł mi w oczy wiersz, po przeczytaniu, którego natychmiast pomyślałam o moim synu. Zadającym miliony pytań:

Können Blumen schlafen?
Ist der Mond ein Mann?
Bindet man im Hafen
auch das Wasser an?

Fallen Sterne runter?
Wem gehört der Wind?
Gehen Wellen unter?
Warst du auch ein Kind?

Kann man Liebe malen?
Gibt ds bunten Schnee?
Wie erzählt man Zahlen?
Tun Schmerzen weh?

Weißt du kein Gedicht mehr?
Werde ich bald groß?
Brauch ich dich dann nicht mehr?
Warum weinst du bloß?

Miriam Frances, in: Familie&Co 1/2002

Przekład filologiczny:
Czy kwiaty chodzą spać? / Czy księżyc jest mężczyzną? / Czy można w porcie przywiązać wodę do rei?
Czy gwiazdy spadają na dół? / Kto jest właścicielem wiatru? / Czy fala może utonąć? / A ty? Byłaś kiedyś też dzieckiem?
Czy można namalować miłość? / Czy śnieg może być kolorowy? / Jak opowiedzieć liczby? / Czy ból boli?
Nie przychodzi ci już żaden wiersz do głowy? / Czy będę niedługo dorosły? / I nie będę Cię już wtedy potrzebował? / Mamusiu, czemu płaczesz? 

I jeszcze prościutka dziecinna pioseneczka na temat „dlaczego” (nie znam autora), która mi ciągle chodzi po głowie:

Dlaczego czerwone są muchomorki, dlaczego pies szczeka, a śpiewa ptak,

dlaczego też niebo ma swe humorki, dlaczego dlaczego dlaczego to tak?

________________________________________________________________________
A to już z innej beczki, choć też na temat dzieci:

Dzisiejsze nieśmiałe dziecko, to to, z którego wczoraj się śmialiśmy.
Dzisiejsze okrutne dziecko, to to, które wczoraj biliśmy.
Dzisiejsze dziecko, które oszukuje, to to, w które wczoraj nie wierzyliśmy.
Dzisiejsze zbuntowane dziecko, to to, nad którym się wczoraj znęcaliśmy.

Dzisiejsze zakochane dziecko, to to, które wczoraj pieściliśmy.
Dzisiejsze roztropne dziecko, to to, któremu wczoraj dodawaliśmy otuchy.
Dzisiejsze serdeczne dziecko, to to, któremu wczoraj okazaywaliśmy miłość.
Dzisiejsze mądre dziecko, to to, które wczoraj wychowaliśmy.
Dzisiejsze wyrozumiałe dziecko, to to, któremu wczoraj przebaczyliśmy.

Dzisiejszy człowiek, który żyje miłością i pięknem, to dziecko, które wczoraj żyło radością.

Ronald Russell

Wychwalam niewiedzę, bo ona otwiera świat na wiedzę.
Katarzyna Grochola, Wysokie Obcasy

W jednym ze starych Readers Digestów (z 2007r.) przeczytałam anegdotkę o tym, jak to dwóch Anglików zwiedzało niemiecką Kolonię (miasto Köln). Zaparkowali na Einbahnstrasse i poszli w miasto, ale kiedy zaczęli szukać ulicy, na której zostawili auto, okazało się, że prawie każda nosi taką właśnie nazwę. Zatrzymali więc policjanta, który wyjaśnił im, że słowo Einbahnstrasse oznacza drogę jednokierunkową.
I od razu przypomniała mi się moja własna przygoda z serii „początki emigracji”, jak to siedziałam sobie samotnie w Marbach, nie znając języka, nie mając przyjaciół (tzn. jedną przyjaciółkę miałam – O., ale mieszkała dość daleko i ojciec jej akurat umierał na raka, więc miała dla mnie mało czasu), nie mając pieniędzy i nie mając pojęcia co ze mną będzie. I kiedy zaświeci jakieś światełko w tunelu.
Była surowa zima, taka z serii zim stulecia. Śnieg puszysty padał, przykrywał wszystko poduchami, dookoła biało. „Na całej połaci śnieg.” Takiej zimy, jak ta (pierwsza), to chyba już więcej w Niemczech nie widziałam. No, ale wtedy właśnie taka była, a ja siedziałam w hotelu z karaluchami i rozpływałam się we współczuciu nad sobą.
W końcu pewnego dnia odważyłam się wyruszyć w miasto. Marbach jest ślicznym, ale bardzo małym miasteczkiem, a ja byłam kompletnie bezgotówkowa (dostawałam zasiłek socjalny, który wskutek mojej nieumiejętności gospodarzenia pieniędzmi i mojej nieznajomości realiów świata zachodu kończył mi się już koło dziesiątego. Resztę miesiąca przeżywałam na chlebie i wodzie, a także na tym, co mi O. od czasu do czasu dowiozła), więc żaden shopping nie wchodził w grę. Ani clubbing, ani knajping ani nic w tym stylu.
Pozostawało obcowanie z kulturą czyli zwiedzanie. Ruszyłam więc zwiedzać. I co się okazało? Marbach okazał się być zasobnym w zabytki. Okazał się być miejscem narodzin samego Fryderyka Schillera! Z domem, w którym się ów urodził, z okazałym muzeum. A wszystko pięknie ukazane na drogowskazach:
- Schillers Geburtshaus
- Schillers Museum
Pozwiedzałam więc dom i muzeum, znalazłam nawet dodatkowo piękny gotycki kościół, więc się rozpędziłam. Patrzę, co by tu dalej. Widzę drogowskaz:
- Umleitung.
Ok. Geburtshaus zwiedziłam, muzeum zwiedziłam, to mogę i Umleitunga zwiedzić. Niemcy raczej dość dobrze znakują drogę, więc ruszyłam więc na poszukiwanie bez większych obaw, że Umleitunga nie znajdę.
Idę. Co jakiś czas, rzeczywiście napis na drogowskazie się powtarza: Umleitung. I jeszcze raz Umleitung. I jeszcze raz. Przebyłam już chyba z dwa kilometry, może trzy, nogi bolą, a celu nie widać. Koniec końców wylądowałam na tej samej głównej ulicy, z której wyruszyłam, tylko z kilometr dalej… I nic zwiedzania godnego po drodze nie znalazłam.
Po powrocie do domu (pokoju hotelowego) złapałam więc słownik, szukam, sprawdzam. Jest!
Umleitung – a oznacza… objazd.

Chodzę niewyspana, a i tak nic nie zdążam zrobić!
Całą winę ponosi nucleus suprachiasmaticus. Tak słyszałam przynajmniej, a ściślej mówiąc czytałam.
To zegar biologiczny, który znajduje się w środkowej części mózgu i lepiej od nas wie, kiedy należy spać, a kiedy pracować. Mój jest totalnie rozkojarzony.
Wieczorem, gdy wszyscy ludzie się kładą, mój zegar mówi, jeszcze chwilkę, jeszcze tylko trochę poczytamy, jeszcze tylko trochę posiedzimy przy komputerze, jeszcze tylko…
A może to nie zegar biologiczny jest winny, a fakt, że wieczory są takie krótkie. No bo dopiero co położyłam dzieci (umyte zęby skontrolowane, ubranka na drugi dzień przygotowane, tornister przejrzany, przytulanki znalezione, książki przeczytane, dzieci wytulone i wycałowane – do łóżka), dopiero co ogarnęłam mieszkanie (wszystkie fruwające po mieszkaniu zabawki pousuwane z drogi, brudne rzeczy w koszu na bieliznę, naczynia w zmywarce, tu podniesione, tu przełożone, tu dosunięte…), dopiero co szybko coś zjadłam i krótko się zastanowiłam, co jutro mamy pilnego… A tu już dziesiąta! Jeszcze maile przejrzeć (i odpowiedzieć), do NK zajrzeć, blogi znajomych obejrzeć, popatrzeć, czy w moim jakiś nowy komentarz zakwitł… Jedenasta!!! A co z pisaniem, a co czytaniem (stosy gazet, kupki książek), a co z…
Jeśli teraz się położę, to przecież nic nie miałam z tego wieczoru dla siebie! Więc się nie kładę. Nie mam siły na nic konstruktywnego, więc klikam myszką komputera, zagłębiając się w otchłanie internetu bynajmniej przeze mnie nie planowane… Apatycznie przerzucam strony gazet (wybierając te mniej ambitne, bo o tej porze to i tak już za wiele do mnie nie dotrze), albo zwisam gdzieś przy biurku, przekładając bezmyślnie papierki z miejsca na miejsce.
Bez sensu, powiecie? Bez sensu. Niby. Ale ma to jeden głęboki sens. Jestem sama z sobą. Nikt nic ode mnie nie chce, nikt niczego nie żąda, nikt o nic nie prosi. Nikt nie wisi mi na nogawce spodni (upiększając ją truskawkową marmoladą), nikt nie wchodzi mi na plecy w przekonaniu, że mama może też służyć za drabinkę gimnastyczną. Nikt nie zadaje mi stu pytań na minutę. Ba! Nikt nie zadaje mi ani jednego pytania. Jest cisza. Cisza absolutna (chyba że dziecko sąsiadów akurat wyje, ale to mnie osobiście nie dotyczy).
Za to rano. Najchętniej schowałabym się z głową pod kołdrę i udawała, że mnie nie ma.
Bo nie dość, że późno się kładę, to jeszcze śpię niespokojnie. Cały czas bojąc się, że już już będzie rano i się nie wyśpię…
Więc…
Nachodzi rano, a ja się nie wysypiam…

Nie czepiaj się, bo tak zostaniesz i nikt Cię nie będzie chciał odczepić (przeczytane)

Nie mów tyle, bo sobie wargi poobijasz i Ci spuchną (wujka) 
Nie mów tyle, bo Cię zjedzą krokodyle (koleżanki) 

Nie bądź taki do przodu, bo cię z tyłu zabraknie (stare)


  • RSS