ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2008

Strasznie słone jest to morze. Dziś fale oszalały i wypiłam go z dwa hektolitry. nie jest pyszne, naprawdę!

_________________

oprócz tego co najmniej jedna trzecia hotelu choruje. Część jest przeziębiona, część ma grypę żołądkową. (to bez związku z powyższym. Po prostu narzekam. Na żądanie)

__________________

oprócz tego wyrzucili nas z hamamu. Powiedzieli, że albo płacimy, albo się nie mydlimy!

__________________

oprócz tego jedzenie jest dość monotonne. Po dwóch tygodniach nie mogę już patrzeć na ten szwedzki stół. W kółko to samo…

__________________

Oprócz tego mężowi nie pozwolili ćwiczyć w kąpielówkach w siłowni. Jest wściekły.

___________________

Oprócz tego świeżo wyciskany sok kosztował pieniądze. Też mu się nie podobało.

___________________

Bazar daleko, zabytki daleko, wiochy, miasta, wszystko daleko. Jak w dowcipie o krasnoludku. Za siedmioma górami, za siedmioma dolinami…
I w dodatku masakrycznie gorąco…
____________________

Jeszcze coś?

- Córeczko, po co wleczesz to krzesło do łazienki?
- Bo bendem pierać

i dzień później ta sama osoba dramatu (5 lat):

 - Kurczeboskie, ja chcę lody!

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)

Jesień odbija się też w deserach. Dotychczas na stole z owocami oferowano zaledwie arbuzy, melony, brzoskwinie, w porywach jabłka. A teraz, od paru już dni pojawiają się regularnie śliwki, winogrona i banany (banany to jakby już prawie Boże Narodzenie, ale u nich pewnie nie. Choć nie wiadomo. Mikołaj w końcu jest od nich. Ten prawdziwy, nie ten od coca-coli).

______________________________
Przepadają brzoskwinie. Smutne to trochę. Niby dużo ich już zjadłam i powoli patrzeć na nie nie mogę, ale nie chcę, żeby przepadały! Powstaje taki jakiś posmaczek przemijania…
Przypomina mi się młodość i cosezonowo ostatnie pomidory, ostatnie ogórki… Zawsze żegnane łezką w oku…
A potem witane z honorami! Jak smakowały te pierwsze! Z jakim nabożeństwem jadło się pierwszego wiosennego ogórka, krojąc go na cieniutkie, przezroczyste prawie plasterki!
A nowalijki! Pierwsze drobniutkie rzodkiewki, pierwszy szczuplutki szczypiorek…
Teraz, gdy rzodkiewki, szczypiorek, pomidory, ogórki można dostać przez całą zimę, to to już nie to.
Zresztą i tak nie smakują jak należy. Te wiosenne, czy letnie chyba zresztą też nie do końca.
Cóż, nic już nie jest jak dawniej…
 
To jasne!
 

Jest 18.30, jest przyjemnie chłodno, zegar wskazuje zaledwie 32 stopnie.
Nie piecze już tak niemiłosiernie, jak jeszcze tydzień temu. Po niebie przesuwają się różnego rodzaju chmurki.
Widać jesień idzie. Po tygodniu 40-stopniowych upałów, zachmurzone niebo to miła odmiana.
Temperatura wody też miła - 28 stopni. Tak mówi termometr zawieszony na hotelu, ale my nie będziemy tego sprawdzać, bo właśnie wyszliśmy z hamamu i ciała nam mile pachną mydłem oliwkowym. Nie zamierzamy zabijać tego zapachu wszechobecnym wszystkim wodom basenowym zapachem chloru.
Nie zrozumcie mnie źle – nic nie mam przeciwko chlorowi, wręcz przeciwnie, cieszę się, że zabija on wszelkie zarazki wsmarkiwane oraz w inny sposób wpuszczane do wody, ale raz chcę pachnąć inaczej.
Hamam, to turecka łaźnia – spoczywa się tu na gorącym kamieniu, a łaźniowy (czy w tańszej wersji mąż. Ale może to być naprawdę miłe) namydla pianą (oliwkową właśnie) i wciera ją pieluchami tetrowymi (czy czymś, co właśnie tak wygląda), potem następuje spłukiwanie misami i dzbanami cynowymi, co wygląda niezwykle stylowo i… I tyle. Na koniec można sobie poleżeć i posuszyć się na gorącym kamieniu.
Jest jednakowoż bardzo miłe. Szkoda, że wcześniej na to nie wpadliśmy, teraz zostało nam zaledwie parę dni na takie cielesne rozpusty…

Mam grypę
Letnią
Turecką chyba, bo od niemieckich jestem szczepiona
Przy 40-stopniowych upałach to wyczyn nie byle jaki

Tym razem jesteśmy na najprawdziwszych w świecie wczasach. Bez oksymoronów, za to z wodą, plażą itp.
Hotel się nazywa „
Lyra Resort” i ma cztery baseny (w porywach do pięciu), multum zjeżdżalni, dwa place zabaw (w pełnym słońcu), lunapark (czynny wieczorem i płatny), masę sportowych boisk, stołów itp. i w ogóle co kto chce.
Wykupiliśmy wersję all inclusive. Co oznacza, że czas nam głównie na jedzeniu upływa. Posiłki są tak ułożone, że praktycznie odchodzi się od jednego bufetu i przechodzi do drugiego. I tak więc:
od 7.00 – 10.00 śniadanie  w restauracji (do 10.30 dojadanie resztek przez śpiochów)
od 12.00 – 16.00 przekąski w barze
od 10.00 – 16.00 różne formy makaronów w barze
od 11.00 – 16.00 naleśniki
od 12.30 – 14.00 obiad w restauracji
od 12.00 – 16.00 kurczak z grila w barze
od 12.30 – 16.00 doner w barze
od 10.30 – 16.00 owoce w barze
od 14.00 – 16.00 lody
od 16.00 – 17.00 ziemniaki w folii w barze
od 16.00 – 17.00 kawa i ciasto w barze
od 19.00 – 21.00 kolacja w restauracji
od 23.00 – 24.00 północnik w restauracji
Do tego na okrągło soki (chemicznie wytworzone), kawa (dobra, na różne sposoby), herbata (też dobra, różne rodzaje), cola, pepsi, fanta, sprite, piwo i alkohole tureckiej produkcji (wódka, raki, gin, whisky, wino).
Niestety inclusive jest też ciągłe pokazywanie się w kostiumie kąpielowym i gdzieniegdzie umieszczone lustra, więc apetyt bywa tłumiony. Ale ponieważ oferowana jest duża ilość warzyw (ogórki świeże i piklowane, pomidory, sałata zielona wszelakiego rodzaju, oliwki, sałatki i surówki) i owoców (arbuzy, melony, brzoskwinie, śliwki), więc można jeść do syta, nie jedząc nic tuczącego.
Tyle że… Jakoś tu i ówdzie się grzeszy. Dziś na kolację na przykład zjadłam jabłka w cieście. Niby owoce, ale.. Takie trochę bardziej ociekające tłuszczem.
Ale co tam, nie przyjechałam w końcu tutaj, żeby się umartwiać! No nie?

Mieliśmy wylecieć o 7.00 rano. Nie będę ukrywać, że lekko przerażała mnie myśl o tem, gdyż oznaczało to wyruszenie na lotnisko w okolicach 4.00. Ale Bóg uchował, na szczęście zdążyłam po powrocie z Polski, a przed wyruszeniem na lotnisko (miałam na to jedną noc) przejrzeć pocztę i znaleźć pismo od biura podróży, informujące, że lot został przeniesiony na 13.00.
Z jednej strony tracimy parę godzin Turcji, basenów, słońca, urlopu, piasków, morza… Z drugiej jednak mieliśmy szanse na rozsądne spakowanie walizek i załatwienie tego czy owego.
Więc fajnie jest.
Lot upłynął nam miło i szczęśliwie. Hotel (nazywa się Lyra Resort) ok. Oczywiście nic już nie jest tak jak dawniej (tzn. w zeszłym roku), wszystko schodzi na psy i wiecie, rozumiecie, ale jest i tak ok. Dwa duże baseny (w porywach do trzech), dwa brodziki, trzy małe zjeżdzalnie, dwie duże… No trzy duże, ale do tej rury, to ja za żadne skarby świata nie wejdę.
Karmią często i dobrze (szczegóły w „Alinie„), pokój duży, ładny, klimatyzowany. Na dworze niestety niestety nie ma klimatyzacji. No ale w sumie po to tu
przyjechaliśmy, żeby się prażyć przy 40 stopniach upału!
Uff, jak gorąco!
 

Co ja tam będę mówić. Kocica czuje świeżą krew. Dobrze czuje, ale hasło nie działa…

Udało się!!!
Chyba nie jesteśmy jedyni na świecie, którzy nie mogą wyjść ze zdumienia, że się udało. Powiedzieli i… Zrobili. Bez ani jednego „a może jednak”, „a może innym razem”, „a może nie”, „a może tak”. Powiedzieli „jedziemy” i… pojechali. Chyba sami są nie mniej zdumieni tym faktem niż my. Chociaż nie – bo jak twierdzą, przecież czasem gdzieś tam jeżdżą, więc nie jest tak źle. Może niezupełnie sprawiedliwie się wyzłośliwiam (teraz, po czasie, jak również wyzłośliwiałam live).
Pewnie się spytacie, dlaczego się wyzłośliwiam. Hm, może odrabiam w ten sposób traumy spowodowane oczekiwaniem — ile? Trzy lata – czy jakoś tak. Oczekiwaniem z zapartym tchem. Oczekiwaniem na wizytę. Wizyta ta odbyła się w końcu w maju bieżącego roku, ale wszystko, naprawdę wszystko sprzysięgało się, żeby i tym razem się nie odbyła. Wszystko, łącznie z szybą i kurtką.
A odbyła się i fajna była, choć upłynęła zdecydowanie zbyt szybko. Za to pod znakiem Piotrusia Pana. Trochę chaosu, trochę zwiedzania, kupa inscenizowanych scenek, parę walk Playmobilem i masa miłych wspomnień. 

A teraz okazało się, że i powtórka jest możliwa.
Agroturystyka w Jaworzniku z towarzyską panią Bożeną (polecam), naleśniki en gros i Monte Cassino w Ogrodzieńcu i wspaniałe wnętrza w Pieskowej Skale.
Moim zdaniem super.

_____________________________
PS. Jedyna nieprzyjemna konsekwencja to to, że od owego czasu muszę odpowiadać na masę kłopotliwych (co tu ukrywać, w świetle miejsca naszego zamieszkania) pytań dotyczących Drugiej Wojny światowej L

Kocham outlety! Tak! A szczególnie ten w Piasecznie.
Nie jest wygodnie chodzić z dwójką dzieci, mającą zainteresowania skrajnie różniące się od moich, ale i tak nabyłam:

- spodnie brązowe w angielski haft
- sukienkę pluszową – kawa z mlekiem (albo mleko z kawą)
- koszulka z długim rękawem – rdzawa. Uwaga farbuje! Wszystko w pralce było różowe!

Za grosze, moi drodzy. Za grosze!
Ha, ale sobie nakupiłam!

No i kupiłam też…
… rękawiczki bramkarza firmy Nike…
… i zegarek z piłką nożną. Tzn. budzik…
… i komplet kosmetyków dla lalki…
… i różowy sweterek (w paski)…
… i komplet różowej pościeli…


  • RSS