ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2008

Byłam na dwóch babskich combrach z K.
Przed przystąpieniem do pierwszego postanowiłyśmy pożywić się w celu zaoszczędzenia walorów na trunki. Wybór nasz (mój) padł na zapiekankę, która miała być nostalgiczna (kojarzy mi się ze „starymi dobrymi czasami”. W Niemczech zapiekanek nie ma, dodam gwoli wyjaśnienia). Pożywiłyśmy się więc zapiekanką, która okazała się nie być taką jak dawniej. Cóż, doszłyśmy do wieku, gdy nic już nie jest takie jak dawniej, więc trudno tego oczekiwać od zapiekanki. Nie była to najgorsza zapiekanka mojego życia, bo nie została potraktowana mikrofalówką (o co się dopytałyśmy przed faktem), ale została udekorowana kapustą (o co się nie dopytałyśmy). Kto to widział kapustę na grzybach?! Ja widziałam. My widziałyśmy. Zniesmaczone zapiekanką udałyśmy się na comber, czyli do ogródka, czyli na sok świeżo tłoczony (trunki okazały się być nierealne, bo K. była zmotoryzowana. Obgadałyśmy pół świata, mężów, a przede wszystkim oczywiście to, że nic już nie jest, jak było dawniej. No i to, że chyba jesteśmy jednak strasznie mieszczańskie. Nic a nic nie ma z nas bohemy. Dostałam 24 kilo gazet (oczywiście w tajemnicy przed Munżem, w obawie, by go szlag nie trafił), zostałam odwieziona do domu (mimo, że trzeba było jechać dookoła wojtek) i wylądowałyśmy na herbatce w kuchni.
Drugi babski comber odbył się w Kredensie.
Najpierw było spotkanie z Siostrą Drugą, która mi ów Kredens poleciła, a zaraz potem płynne przejście. Z Siostrą nr 2, czyli J. spotkanie bardzo mi się udało. Nie było ani trochę drętwo. Nie miałam poczucia, że nie widziałyśmy się jakoś tak z 30 lat. Wręcz przeciwnie. Moim zdaniem było bardzo miło. Dusz nie otworzyłyśmy, ale to chyba się nie da tak od razu, ale mile gawędziłyśmy przy piwie Heinecken. O życiu, o dzieciach. A o przeszłości ani trochę.
Dwie godziny później dołączyła K., sekundę cembrowałyśmy w trójkę, po czym J. poszła.
Z K. tym razem piłyśmy coco locco najpierw z coco potem bez coco. Co wyszło taniej niż sok, choć było sokiem. A, i jadłyśmy bułeczki z masłem czosnkowym, które były bardzo pyszne. I muzyka fajna była. Lubię Kredens, zdecydowanie.
Lubię też Genezę. Tam to w ogóle leci super-jazzik, wystrój też ok.
Tam byłam na zupełnie innym combrze, który był nie tyle combrem, co spotkaniem po latach. Spotkałam się tam z A., przyjaciółką z lat harcerskich, zagubioną wieki temu, a odnalezioną i odzyskaną przez NK. Fajnie nam się gadało – miałyśmy dużo do nadrobienia.
Oprócz tego sprawiła mi dużą radość, bo zarzuciła mnie książkami szukanymi od lat. Bo ja – tu może mała dygresja – jestem szalonym bibliofilem. Chyba już gdzieś kiedyś wspominałam. Książki kocham ponad życie. Lubię je oczywiście czytać, ale lubię też mieć, lubię mieć coraz to nowsze. Zbierać, katalogować. A nader wszystko lubię mieć te, co mam. W sensie nadal mieć. Część moich książek pogubiłam, popożyczałam na wieczne nieoddanie, potraciłam z oczu podczas kolejnych przeprowadzek. A raz to spotkało mnie prawdziwe nieszczęście. Część książek z powodów emigracyjnych zdeponowałam w piwnicy u macochy. I do tejże piwnicy włamał się złodziej i część dużą ich mi ukradł. Sprawił mi tym niewymowną przykrość, bo były to książki moje. Takie bardzo moje. Posegregowane tematycznie, skatalogowane, bliskie memu sercu pamiątki. I teraz, od lat już spędzam wolny czas (wolny w Polsce) na buszowaniu po antykwariatach i odzyskiwaniu utraconych przeze mnie pozycji. Dopuszczam się przy tym małego fałszerstwa, bo staram się nabyć te dokładnie wydania, które miałam i udaję potem tak troszeczkę (głównie przed sobą), że to te same książki (może zresztą są te same, bo złodziej mógł je przecież wstawić do antykwariatu, no nie?).
No i właśnie A., której elementem jest antykwariat, część utraconych przeze mnie, a nie przebolanych pozycji, odzyskała! Odnalazła, wykopała, umieściła w pudełeczku, aby czekały na mnie. I doczekały się.

Chcę mieć siostrzyczkę – oznajmiła mi rano córeczka, rozeźlona jakimś tam wyczynem brata. Nie, nie, nie, ja jej na to – no coś Ty! Chcę mieć brata – oznajmił synek, trochę, żeby się zemścić, a trochę, bo naprawdę chce. Nie, nie, nie – ja mu na to – no coś Ty. Mam syneczka, mam córeczkę. Zawsze chciałam mieć dwoje dzieci, starszego syna, młodszą córkę. Mam, jak chciałam i mi wystarczy. To chcemy psa - oznajmili zgodnie.
I już parę godzin później mieli – jedną siostrę, dwóch braci i psa. Czasami życzenia spełniają się natychmiast.
Dzieci były z interwencji, powierzone nam na czas określony. Cały dzień spędziliśmy na placach zabawach, spacerach z psem i na lodach.
Dzień później udaliśmy się razem na basen (i jeszcze Kocica plus jeden), gdzie było miło dzieciom miło. Szóstka dzieci w różnym wieku, o różnych potrzebach wodnych wymagała logistycznych ekwilibrystyk, ale w sumie nieźle się bawiliśmy.
Najlepiej Kocica, bo jej maluch zasnął i spał bite dwie godziny. Po obudzeniu zjadł piłkę z oryginalnym napisem EFA mojemu starszemu i okazało się, że nie powinnam była o tym mówić, tylko piłkę zakopać i zapomnieć. Pewnie by się udało, bo syn mój posiada coś koło sześciu piłek (tu, bo w domu drugie tyle) i by się nie połapał, ale… jakoś okazałam się być do bólu prawdomówna i była afera międzynarodowa.

i jestem! Od wczoraj!
Rzuciło mi się w oczy:
- dziurawe chodniki, ciągle skręcam sobie nogę w kostce. Ulice rozkopane, asfalty pozwijane…
- ciągle mnie napadający ludzie, uskuteczniający różne promocje. Aż mnie buzia boli od ciągłego mówienia, nie dziękuje, nie chcę karteczki, nie wizytówki też nie i nie nie ten folderek też mi niepotrzebny…
- wkurzające „z”, które jest gdzie „y”, a „y”, które jest gdzie „z”. Myślniki, dwukropki, wszystko gdzie indziej!
- masa latających mrówek. Muszę je ciągle z włosów wytrząsać…
- a ta duchota, Mówię Wam!

Uo-jezu, jak fajnie - nareszcie czuję się znowu Polką.
Mogę sobie bez kozery ponarzekać!!!

a konkretnie pojutrze! Lecimy do Polski!
Hurra!

Wiele planów, mało czasu, jak będzie z mobilnością się okaże… Dzieci mają być zaparkowane u cioci. A ja mam szaleć, szaleć, szaleć. Ale może wszystko się zapętlić…

a konkretnie pojutrze! Lecimy do Polski!
Hurra!
Wiele planów, mało czasu, jak będzie z mobilnością się okaże… Dzieci mają być zaparkowane u cioci. A ja mam szaleć, szaleć, szaleć. Ale może wszystko się zapętlić. Jak zwykle zapętla mi się w Polsce.
I po paru dniach (czasem dwóch tygodniach), myślę sobie: co ja tutaj robię???
Ale po urlopie w Polsce (4 tygodnie) czeka nas jeszcze urlop w Turcji (2 tygodnie). Myślę, że zasłużony…

No więc już wiem.
Wakacje spędzę w rozdziale. Tzn. je rozdzielę. Te wakacje – pół na Śląsku, pół w Warszawie. Mam prawie cztery tygodnie, więc wychodzi dwa na dwa. Chyba że się zapętli, to przesuniemy – tydzień tu, trzy tam.
Ale będzie fajnie, bo tak chcę. Bo tak być musi. W K. mogę skorzystać z uprzejmości cioci E., która lubi moje potomstwo z dużą wzajemnością. W Warszawie może jakieś przedszkole? I rzucam się w wir. Rodzinne integracje, klasowe imprezowanie, kumoterskie poklachiwanie. Klachy na lachy, babskie combry i witaj swobodo!!!

Nie mam gdzie jechać na wakacje
Buuuuuu.
Miałam udać się do L. i spędzić wakacje z Kocicą w jej mieszkanku. Ponieważ już od paru dobrych lat spędzamy razem wakacje, chciałyśmy kontynuować je. Ostatnio już był to układ 2 plus dwa, tzn. my dwie i każda po dwoje dzieci. Ale wakacje spędzałyśmy razem, jak miałyśmy jeszcze po jednym, więc tradycja długa.
Na chwilę obecną byłoby minus jedno (bo kolonie w słonecznej Italii). A ponieważ mąż rezyduje w stolicy mogłybyśmy nigdzie nie wyjeżdżając świetnie się bawić. Zgłębić tajniki html na przykład i zrobić sobie czadową stronkę. Na przykład. Ale męża nie ma w stolycy, bo jest właśnie w L. i zaludnia. No i nie zmieszczę się i już. Chyba żeby pojechać do Kociej kawalerki w stolycy, która stoi pustostanem i tam się świetnie bawić, na przykład integrując się stamtąd z Jeziórkiem. Z dużą dozą nieśmiałości oczywiście, bo w Jeziórku nie ma miedz. Przynajmniej nie ma takich jak w Mikołowie, więc się nie da. Tyle, że w kociej kawalerce jest stara zapleśniała jajecznica na patelni i mały metraż. Jajecznicę w sumie możnaby jakoś uprzątnąć, ale miejsca się nie dorobi. Więc trzeba by upchnąć gdzieś dzieci. Moje dwa do cioci E.. Kocicy jedno jest na koloniach, ale w tej sytuacji i jedno stanowi nadmiar. Można je do mojej cioci, ale miejsca u niej też maławo. W L. jest miejsce, więc można ciocię z dziećmi do L. Ale ciocia musi wziąć wujka, bo kto go będzie opiekował. No i psa oczywiście, bo jakżeby inaczej. Może się tam zrobić nieprzytulnie i ciasno. Cóż, może się zdarzyć, że Kot wówczas ucieknie. Ale gdzie miałby uciec, jak nie do kawalerki? W której jesteśmy przecież już my z umytą jajecznicą i jasnymi celami integracyjnymi. Więc i my będziemy musiały uciec. Tylko dokąd? Przecież nie do L., gdzie jest dużo dzieci, ciocia, wujek i pies. Więc może do cioci, bo tam nikogo nie będzie? Miałybyśmy tam spokój, a oprócz tego ich miejsce jest dosyć strategiczne, bo stamtąd byłoby, jak zauważyła Kocica, blisko na Falę i do ZOO. I nawet do Wesołego, tylko po co nam Fala, ZOO i Wesołe, jak nie będziemy miały dzieci?!.
No i wszystko się rypło. Cały misterny plan…

Dlaczego pisząc „cywilizowany” ma się na myśli cywilizację Zachodu?
Dlaczego mówiąc „kulturalny” ma się na myśli kulturę Zachodu?

_____________________
cywilizacja stan kultury materialnej osiągnięty przez społeczeństwo w danej epoce hist.; stan rozwoju społecznego przeciwstawny stanowi barbarzyństwa; pot. rozwój materialny, techniczny, w odróżnieniu od rozwoju kultury duchowej, moralności, obyczajów. (Kopaliński)
  

muszę się zastanowić…

Bardzo niewygodnym jest, jak się okazuje, zaliczać się do grona profesjonalistów.
Bo dawniej, proszę ja Was, to czytywałam felietony, opowiadania i inne te takie z czystą przyjemnością. Czystą w sensie, że bezpodtekstową. Rozkoszowałam się słowem, lubowałam się treścią. Czytałam, by było miło.
A teraz, będąc doświadczoną blogerką (czyli zaliczając się do grona takowych) czytam wszystko z punktu widzenia profesjonalisty i… I zżera mnie zazdrość.
Czytywane jak dotąd dla przyjemności felietony doprowadzają mnie do rozpaczy. Co za doborowe tematy, co za elokwentne przeskoki, co za trafne puenty!
Blogi, zarówno te zaprzyjaźnione, jak i te cudze, wpędzają mnie w kompleksy.
Opowiadania i powieści śledzę już li tylko pod kątem wartkości i zwartości stylu, wyłapując co lepsze szczytowania.

Albo pomysły – ciągle mnie dręczy myśl – co by tu ściągnąć??? No, sformułujmy delikatniej - czym dać się natchnąć!? 


  • RSS