ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2008

Córka moja odkryła w sobie duszę poety(-tki). Jakiś czas temu stworzyła wiersz. Udało jej się go zapamiętać i z lubością go recytuje. Pozwolę sobie przytoczyć, aby się zachował dla potomnych:

ali ali babka
od kopytka spadła
mó-óó-wi bęc
i już jestem ręc!

Nie do końca jestem pewna pisowni ostatniego słowa, bo poetka jeszcze niepiśmienna, reguł ortografii nie przyswoiła, a na pytanie, co słowo owo znaczy, odpowiada: „nie wiem, to tylko tak się złożyło„.

_______________________________
Przy okazji upamiętnię, tzn. uwiecznię też pierwszy wiersz mojego syna. Powstał on (wiersz), jak miał on (syn) dwa, może trzy lata. I brzmiał:

jagody, jagody, poplątały się z marchewkami

Jak widać, w tym przypadku twórca wybrał formę krótką. I białą.

W rodzinnych sagach funkcjonuje jeszcze wariant tego utworu:

jagody, jagody, lepsze są niż lody

ale tu nie do końca jestem pewna, czy jest on również autorstwa mojego syna, czy to parafraza mojego męża, który to włożył ją potem już w usta syna… Mąż mianowicie też lubi bawić się językowym tworzywem. Kto go zna, ten wie

Jednak nie mam hipersomnii idiopatycznej. Rozmyśliłam się. Na dzień dzisiejszy mam hipertonię. Też ładnie brzmi, nie? Czytając „Modę na zdrowie” (moje ulubione czasopismo ostatnio) doznałam jasności. Oświeciło mnie czyli. Zrozumiałam, że to to. Hipertonia. Zawsze wiedziałam, że mam niskie ciśnienie, ale to tak banalnie brzmiało. A teraz proszę, mam naukową nazwę do kompletu. Tak tak, jak najbardziej, wszystko się zgadza. Bo proszę ja Was
- tak, codziennie rano staczam poważną walkę ze sobą, zanim zwlokę się z łóżka (myślałam, że to lenistwo)
- tak, odczuwam czasem dziwnie przyśpieszoną pracę serca (myślałam, że to brak kondycji)
- tak, jestem ospała i niezdolna do jakiegokolwiek wysiłku (myślałam, że to wynik w/w)
- tak, skoncentrowanie uwagi wydaje mi się zadaniem ponad siły (myślałam, że to potomstwo winne)
- tak, zdarza się, że mam zawroty głowy, pulsujący ból głowy i mroczki przed oczami (nie za często, nie mniej jednak)
- tak, podobne chwile słabości zdarzają mi się w ciągu dnia, zwłaszcza, gdy gwałtownie zmieniam ułożenie ciała
- nie, nie mam zimnych dłoni i stóp – ale – - –
- tak, często budzę się w nocy z uczuciem nieuzasadnionego niepokoju.
Siedem trafień na osiem. No nie, to musi to być to! No musi!
Winę za bóle głowy zwalałam na kręgosłup, a o budzenie się w nocy podejrzewałam zbyt późno wypitą kawę lub herbatę. A tu – niespodzianka! W artykule zalecają picie w/w używek do woli, a już w szczególności wypijanie kawy lub herbaty przed snem. Ma to pomóc uniknąć nocnych spadków ciśnienia. Czyli zapewnić głęboki, spokojny sen. No no no.
Kofeina i teina jako lekarstwo na bezsenność!
I w dodatku jestem nawet skłonna w to uwierzyć, gdyż znam parę osób, które przysięgają, że po wypiciu wieczornej kawy o wiele lepiej śpią. Dotychczas wkładałam ich opowieści między bajki, a tu oto – naukowo udowodnione!

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)

Nie mogę już tego słuchać! No nie mogę! Tego „wiedziałem/am, że tak będzie”. I narzekania, narzekania, narzekania. Na piłkarzy, na trenera, na sędziego. I na los. I na wszystko, łącznie z politykami. Obydwoma rękoma podpisuję się pod znalezionym gdzieś w necie zdaniem: „Awansując do finałów Mistrzostw Europy zaszliśmy wysoko i nie zmieni tego fakt, że okazaliśmy się jedną z dwóch najsłabszych drużyn turnieju. (…) Zaszliśmy wysoko, wyżej niż Finlandia czy Serbia, żeby nie wspominać już o Anglii (w końcu na tym turnieju zagrali Saganowski, Dudka i Żewłakow, a nie Rooney, Gerrard i Terry, prawda?). Dobrze o tym pamiętać, cokolwiek się powie w dalszej kolejności.” Każdy kij ma dwa końce. A szklanka może być do połowy pusta, albo do połowy pełna, Panie i Panowie!!!

Ja jednak uwielbiam NK! Znalazłam kuzyna. Potem kuzynkę. Potem znowu kuzyna. Na koniec jeszcze ciotkę. Ale ja mam krewnych!!!
I znajomych też.
W sumie, to myślę, że czas na małe rewju. Bo tak. Bo najpierw znalazła się siostra. Dziwicie się Państwo jak można zgubić siostrę? A można, można. Zwłaszcza jak to nie była tak naprawdę siostra i jeszcze w dodatku zmieniła nazwisko. Swoją drogą nadmienię nawiasem, że uważam, iż zmiana nazwisk przez kobiety to barbarzyństwo!!! Ale tym tematem zajmę sie przy innej okazji. Więc najpierw ona. Potem znalazłam kuzynkę, która się nie tyle zgubiła, co schowała. Dalej tkwi w podziemiu, ale przynajmniej wiem, gdzie! Mam ją na oku. W następnej kolejności poza kolejnością odnalazła się przyjaciółka z lat harcerskich. Która jest cennym znaleziskiem, bo fajnie się z nią gada. Wirtualnie na razie, ale wkrótce już osobiście! I jej rodzeństwo się znalazło, na przykład brat, który był obiektem moich westchnień przez całe trzy tygodnie… Masa koleżanek i kolegów ze szkolnej ławy, których jeszcze nie przetestowałam, ale zamierzam. I to już niedługo. Tak - tam ta ram! Za trzy tygodnie otwieram sezon odnawiania kontaktów.
Proszę Pań i Panów.
Kocica mówi, że mam tego nie robić, bo się sparzyła, ale ja się muszę sama sparzyć. No muszę! Więc już wkrótce rzucam się w wir.
Po tym, jak poodnajdywałam przyjaciół, kolegów, znajomych, krewnych ukrywających się i krewnych nie ukrywających się, wzięłam się za krewnych nieznanych. Tzn. obitych o uszy z nazwiska i imienia, ale nie widzianych nigdy. I wyobraźcie sobie, że tak! Znalazłam ich i za cztery tygodnie będę rysować drzewo genealogiczne. Wreszcie wrócę do korzeni. Hurra!
_____________________________________
A wspominany niżej komp to mały pikuś. W międzyczasie zepsuły mi się jeszcze oba telefony (mamy, tzn. mieliśmy dwa aparaty), radio w aucie i auto (w tej kolejności).
Ciekawe, co będzie dalej!

I znowu zadziałało prawo serii!
Najpierw mi się zepsuł komputer. Jeszcze nic nie podejrzewałam, bo komp juz czas jakiś szwankował - zdecydowanie wyglądało na to, że go jakiś wirus dopadł. Nic to. Zabrałam mężowi, on ma teraz mój (niech se czyści), ja jego (nowszy, zdrowszy, żwawszy).
Chwilę potem zepsuło się auto. Nie, najpierw zepsuło się radio w aucie. Jakoś nie przywiązywaliśmy wagi do tego, bo wyglądało, jakby się tylko jakoś zawiesiło. Zawiesiło się, to się odwiesi – myśleliśmy sobie.
Nie dość, że się nie odwiesiło, to jeszcze w dodatku całe auto zepsuło. To radio zepsuło. A ofiarą podejrzeń padłam oczywiście ja (nie wiem, czemu wszystkie auta się zawsze psują, jak chcę nimi jechać. Jeżdżę naprawdę raz na ruski rok, wsiadam – a tu zawsze jakiś klops). Po głębokich wahaniach zdecydowałam się pojechać (a nie lubię jeździć serdecznie). Trzeba było szybko do lekarza, więc się zawzięłam w sobie – pojadę, mówię sobie. Idę do auta, próbuję otworzyć zdalnie, nie działa, naciskam tak siak – nic. Co by tu… Zasępiłam się, nic mi nie przychodzi do głowy. Może otworzysz normalnie kluczem?, zaproponował mój syn nieletni nieśmiało. O, całkiem niegłupi pomysł, pomyślałam zaskoczona, bo sama na to nie wpadłam. Włożyłam klucz do zamka, przekręcam i – rzeczywiście – otworzyło się. No coś takiego! No to dzieciaki do fotelików, sama ustawiam lusterka, fotel, moszczę się, wkładam klucz do stacyjki, zapalam… No, to znaczy, nie zapalam, a próbuję zapalić. Nie zapala się. A niech to! Próbuję drugi, trzeci, no tak. Nie zapala się. Pewnie bateryjka w kluczu siadła, pocieszył mnie taryfiasz. Jemu też się takowe już kiedyś przytrafiło. No to super, bateryjka rzecz drobna, przyjedzie mąż, zapali swoim kluczem, bateryjkę się wymieni.
Przyjechał mąż, nie zapalił swoim kluczem. Nie bateryjka siadła, a wszystko. Sąsiad z przeciwka, złota rączka (reanimował już mój komputer) i tym razem okazał się niezawodny, przybył na miejsce z aparaturą stosowną, pomierzył i okazało się, że akumulator wyładowany. Nic mu nie robiłam, światła nie zapomniałam, nic a nic nie zawiniłam. Oczywiście mąż z nieufnością wielką na mnie patrzył, może klimatyzację zostawiłam włączoną, po wyłączeniu auta. Ne, nie da się. Klimatyzacji nie da się zostawić włączonej. Ale da się radio. Okazało się. I okazało się też, że zawieszone radio, cały czas próbowało się odwieśić i tak sobie próbowało, aż wyczerpało akumulator. Super, nie?
Nie ja zostawiłam to radio, dodam radośnie, więc wina z ramion, babie lżej.
Akumulator się naładował, auto ruszyło. Tak więc auto się do statystyki nie liczy. Ale radio tak. Do wymiany. Tak że mamy już dwie rzeczy zepsute: komputer i radio. Jeszcze coś się zepsuje - kracze małżonek – no, musi się zepsuć! Ciekawe, co? Telewizor? Lodówka, zmywarka? Boże, tylko nie to!
Nie będę ukrywać, że odetchnęłam z ulgą, jak dzień później siadł telefon. Nie wiem, co mu. Mnie słyszą, ja nie słyszę. Nieważne, ważne, że nie zmywarka. Pralka. Lodówka. Telefon mały pikuś.
Chyba że prawo serii nie skończy się na trzech… Jakby co, opowiem.
 
Byle by to nie była zmywarka. Jakoś nie wyobrażam sobie życia bez zmywarki. To już lepiej żelazko. Nienawidzę prasować. Mężuś by oddawał koszule do pralni. Uhmmmmmmmm, jakie to by było piękne…

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)

Moja córka modyfikuje język polski.
Ponieważ jest dziecięciem niedużym, używam w stosunku do niej dość często form zdrobniałych. Nietrudno zauważyć, że tego rodzaju formy w języku polskim tworzone są za pomocą literki „k” (kot – kotek, mysz – myszka itp.)
I wczoraj właśnie postanowiła, nic nikomu nie mówiąc, zaniechać wszelkich zdrobnień. Najwyraźniej jest już dużą dziewczynką i nie będzie mówić jak dzidziuś. Ruguje więc z języka formy zdrobniałe, nawet tam, gdzie ich nie ma. Podnosząc z ziemi płatek róży oznajmiła – „popatrz jaki czerwony płat„. A na moje ponaglenia: „no, chodźże szybko„, odparła: „no przecież idę szybo„.

____________________________

Do włosów wpina spiny, a na palcach nosi pierściony (cytat: o, pierścion znalazłam w koszu! (tłum.: pierścionek w koszyku)), Łyka tablety

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)

I tak to się zakończył wieloletni związek nasz.
Ostatnich parę dni kosztowało mnie tyle nerwów, że postanowiłam przestać dawać mu tę „ostatnią-najostatniejszą szansę” i wywalić na zbity pysk.
I uczyniłam to. Oczywiście po kilku „ostatnich” szansach. Ostatnie dni to była jeden wielki kontredans. On trochę skruchy, więc ja - no dobra, spróbujmy jeszcze raz. To on znowu swoje stałe numerki. To ja znowu rozpacz blada! To on znowu. nie nie nie, żartowałem. To ja znowu udobruchana. I tak w kółko. Ile on mi krwi napsuł! Mówię Wam!
Aż przegiął tak niemożebnie, że dalej się nie dało. Więc wywaliłam.
Do pomocy wezwałam sąsiada z przeciwka, bom słabą niewiastą jest, a na nikogo innego liczyć nie mogę. Syn małoletni i to bardzo, a męża nie ma. W delegacji. Więc poprosiłam sąsiada i wspólnymi siłami wykopaliśmy gada. A raczej wymieniliśmy. Bo oczywiście musiałam się postarać o zastępstwo. Bez kompa ani rusz.
Małżonek pozwolił mi wziąć swój. O trzy lata młodszy (mój miał pięć, jego ma dwa) i o niebo szybszy. No i bez wirusów, koni i innych takich. Łaski zresztą nie robił, bo jak wykazało śledztwo, wirusy, które spowodowały niepoczytalne zachowanie mojego kommpa zostały mi prawdopodobnie zaaplikowane przez małżonka właśnie.
Więc ja sobie ten jego ładnie wyczyściłam, zainstalowałam swoje programy i może wreszcie będę miała czas jakiś spokój.
A on niech sobie bierze tego starego gada, wyłączającego się w pół słowa. Robiącego fochy przy włączaniu. I doprowadzającego mnie do białej gorączki!!! I niech tam wpuszcza swoje wirusy. A od mojego wara!!!


  • RSS