ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2008

Ja już z nim nie mogę! Ja go nienawidzę! Nie znoszę!
On jest wstrętny, podły i o-brzy-dli-wy.
Gdyby mi to zrobił raz, to by jeszcze było nic. I drugi raz wybaczyłabym. Trzeci, czwarty…
Ja jestem w sumie ciele. Miłe, dobre, wyrozumiałe.
No a poza tym, w końcu pożytek z niego też jakiś tam mam.
Ale wczoraj wieczorem przegiął – zrobił mi to po raz piąty (jeśli dobrze liczę) i przekroczył tym naprawde wszelkie granice.
Godzina była późna nocna, koło północy gdzieś tak. Od paru godzin biedziłam się nad tłumaczeniem. Tłumaczenie w Tradku, otwarte, nie zapamiętane. Oprócz tego w Wordzie tabela ze słownictwem. Pracowicie wyszukiwanym, wynotowywanym, formatowanym, tabelkowanym. Oczywiście tabela też nie zapamiętana.
Nic więcej nie robiłam. Nic nie skanowałam, nic nie wypalałam, nie obciążałam go zbytnio.
A on mi się wyłączył.
Ot tak.
Sam z siebie.
Black screen i już. Usłyszałam tylko ciche pyk, zobaczyłam ciemność i wszystko diabli wzięli.
Wyrzuciłabym go natychmiast przez okno (nawet było otwarte), gdyby nie to, że wtedy bym już żadnej nadziei na odzyskanie danych nie miała. A tak miałam. Nadzieję.
Danych niestety nie.
Trados w ogóle nie robi kopii. Word robi kopie, ale tylko jeśli mu się tak podoba. Tym razem mu się nie spodobało. Ani tłumaczenia, ani słownictwa, parę godzin do tyłu…
Dziś od rana musiałam tłumaczyć wszystko od początku.
A akurat zaczęłam widzieć światełko w tunelu. Akurat mi wróciła wena na pisanie. Akurat zaczęłam odrabiać zaległości. To ten cham, komp-jasnie-pan musiał znowu pokazać, co potrafii!!!!
Nie-na-wi-dzę-go!!!

Zrobiłam sobie herbatkę! Dzisiaj rano. Ale niestety nie dałam rady jej wypić, bo strasznie ohydna była. Najpierw myślałam, że tak mi się wydaje – wskutek nieumytych jeszcze zębów. Ale po umyciu zębów smakowała równie ohydnie.
Postanowiłam dać jej jeszcze trzecią szansę i zostawiłam, żeby sobie trochę postała. Niestety nawet z czasem nie utraciła obrzydliwego posmaku. Smakowała, jakby… się zepsuła. Nie wiem, czy herbata się może zepsuć, ale ta się zepsuła. I to od nowości, tzn. od zaparzenia wrzącym wrzątkiem. Hm.
Hm…
I – słuchajcie – będzie puenta!
Bo poddałam się w końcu, uznałam, że herbata o nazwie „klassik” jest po prostu niedobrym gatunkiem herbaty, wylałam ją do zlewu, wypłukałam kubek i postanowiałam zaparzyć nową. Wybrałam zieloną. Z posmakiem opuncji. Wrzuciłam torbkę do kubka, włączyłam czajnik elektryczny i oczekując zagotowania wody, zaczęłam drążyć problem – no jak to możliwe, żeby herbata, sypka herbata w proszku, umieszczona w torebeczce, czystej jasnej, bez plamek i zanieczyszczeń ot tak po prostu się zepsuła?! Jak to możliwe?! Woda się w tym czasie zagotowała, nalałam jej więc do kubka i…
Skojarzyłam! A raczej przypomniałam sobie!
Otóż wczoraj, zniesmaczona osadem kamiennym wewnątrz czajnika, zagotowałam w nim wodę z dużym dodatkiem octu. Wody nie wylałam, czajnika nie umyłam, po prostu … zapomniałam.
Pisałam już chyba, możliwe, że i nie raz, iż mam poważne problemy z pamięcią. Alzheimer, choroba układu nerwowego powodująca otępienie i poważne zaburzenia pamięci, to chyba jeszcze nie jest, choć objawy są zatrważająco podobne. Podobno istnieje pokrewna choroba (tzn. podobna w skutkach), której przyczyną jest alkohol. Zapomniałam jak się nazywała… Kogóż to dziwi… Opowiadała mi o niej moja macocha (jedna z moich macoch). Więc nasuwa się wniosek. Jeśli nawet taki alkohol potrafi zniszczyć komórki mózgowe, to niewykluczone, że istnieje też rodzaj alzheimera spowodowany bombardowaniem pytaniami, informacjami, żdaniami informacji i żądaniami innymi: pić, jeść, poczytaj, pograj, kup loda! Jestem poddawana takiemu praniu mózgu od lat paru… Więc…
No cóż, na zakończenie dodam, że moja demencja się na coś przydała – uratowała mnie nianowicie przed zepsuciem sobie drugiej herbaty. Jak już wyżej pisałam, włożyłam torebkę zieloną opuncyjną do kubka. Do kubka też nalałam wody (z octem – przypomnę). Ale na kredensie stały dwa kubki. I jakoś tak wody nalałam do jednego, a herbatę włożyłam do drugiego.
Więc… Hurra! Mam dzisiaj szansę na herbatę…
Idę pić, a Wam Starsi Panowie na osłodę:

Herbatka
Z rozkoszy tego świata
ilości niepomiernej
zostanie nam po latach
herbaty szklanka wiernej,
l nieraz się w piernatach
pomyśli w porze nocnej: –
Ha, trudno! Lecz – herbata!
Herbaty szklanka mocnej.

Bo póki ciebie,
ciebie nam pić –
poty jak w niebie,
jak w niebie nam żyć,
herbatko! -
herbatko! -
herbatko!
Ach, póki ciebie,
ciebie nam pić -
poty jak w niebie,
jak w niebie nam żyć,
herbatko! –
herbatko! –
ach!

O, jakżeś bliska, chwilko -
jesienne pachną kwiaty…
A my pragniemy tylko -
już tylko tej herbaty.
Za oknem deszczyk sypnął -
a riwederci lato! -
gdy wtem drzwi cicho skrzypną
i – witaj nam, herbato!

Bo póki ciebie,
ciebie nam pić -
poty jak w niebie,
jak w niebie nam żyć,
herbatko! –
herbatko. –
ach!

Tak wdzięczni, ze nas darzysz
pod koniec już sezonu -
o tobie będziem marzyć,
twój zapach czule chłonąc.
Aż kiedyś – syci woni -
poprzestaniemy na tym,
bo doktor nam zabroni
picia mocnej herbaty.

Ach, po co, po co, po co nam żyć
kiedy nie będzie nam wolno już pić
herbatki -
herbatki -
herbatki.
Ach, po co, po co, po co nam żyć,
kiedy nie będzie nam wolno już pić
herbatki -
herbatki -
ach.

Słowa : Jeremi Przybora, Muzyka : Jerzy Wasowski

Hast uns Sttulln jeschnitten
un Kaffe jekocht
un de Töppe rübajeschohm –
un jewischt und jenäht
un jemacht und jedreht
alles mit deine Hände

Hast de Milch zujedeckt,
uns Bonbongs zujesteckt
un Zeitungen ausjetragn –
hst die Hemden jezählt
und Kartoffeln jeschält…
alles mit deine Hände

Hast uns manches Mal
bei jroßen Schkandal
auch’n Katzenkopp jejeben.
hast uns hochjebracht.
Wir wahn Sticker acht
sechse sind noch am Leben …
Alles mit deine Hände

Heiß warn se un kalt
Nu sind se alt
nu bist du bald am Ende.
Da stehn wa nu hier,
und denn komm wir bei dir
und streicheln deine Hände.

Kurt Tucholsky

Byłam na wczasach. Dobrze brzmi, nie? Będzie jeszcze lepiej. Byłam na wczasach w kurorcie. Tchnęło wielkim światem… Mogłabym jeszcze napisać: pojechałam do wód. Bo pojechałam. Ale to już byłoby przesadą, bo wód, które tam oferują nie piłam. Świeradlanka, czy jak ją tam zwą była dla mnie nieosiągalna.
Zmogła mnie niemoc. Grypa, angina, zapalenie oskrzeli, zapalenie krtani, gorączka, kaszel, katar, kichanie… Ładna kolekcja, nie? To wszystko miałam. Na wczasach.
Pojechałam już lekko nadziębiona. Droga mnie załatwiła doszczętnie, bo osiem godzin w aucie z wymiotującym dzieckiem i przysypiającym mężem-kierowcą, do tego korki i duchota (mąż oszczędza benzynę, więc nie włącza klimatyzacji) zrobiły swoje. Dojechałam mocno przeziębiona. A ponieważ wczasy matki samotnie wychowującej dzieci (samotnie, mimo obecności męża tuż obok) nie są tak naprawdę wczasami, tylko pracą w utrudnionych warunkach, to…
Sami widzicie – jak wyżej.
Grypa, angina, bronchitis, zapalenie krtani (ostre nieżytowe! tak tak) to właśnie efekt wypoczynku. 
Nie będę ukrywać, że cieszę się, iż już jestem w domu.
Zawszeć to tereny oswojone, do tego tu i ówdzie pomocna dłoń…

Zauważyłam ostatnio, że moja córa lakonicznieje. Preferuje krótkie formy. Oto jej wczorajszy monolog:
Sss
Krew mi sie leje.
Skóra mi spadła.
Z palucha
Boli.

Może ona też tworzy haiku? Tylko nie wiem, czy „sss” na początku może być. Ale może to był tytuł?

(przeniesione z to-bylo-tak)

W jednej z ofiarowanych mi przez sąsiadkę „Mód na zdrowie” znalazłam wywiad z dr Elżbietą Supryn, szefową Uniwersytetu dla Rodziców i Centrum Dzieci Zdolnych w Warszawie, na temat dzieci wybitnych i postanowiłam posnuć parę refleksji na ten temat.
Bo powiedzcie mi proszę, czy istnieje taka mama na świecie, która nie uważa swojego dziecka za wybitne? Chyba nie istnieje. Na pewno nie każda się przyzna, ale przytłaczający procent w głębi duszy tak uważa. Z tym, że mało kto zdaje sobie sprawe, że mieć dziecko wybitne, to ciężka praca i ogromna odpowiedzialność. 
Wybitne dziecko jest dla rodziców wychowawczym wyzwaniem. Ale może też się okazać wychowawczą porażką. Otóż tylko 3% dzieci wybitnych odnosi sukces w dorosłym życiu. Przyczyny to: niedostosowane do ich potrzeb szkolnictwo, błędy rodzicielskie i nawyki kulturowe. Przy czym w związku z tym ostatnim zaznaczyć warto, że prawie całe 3% to chłopcy (to a propos nawyków kulturowych).
_________________________________________
Zacznijmy od tego, po czym poznać takowe dziecko:
- dziecko wybitne już w pierwszych miesiącach swojego życia mało sypia. Jest nadzwyczajnie nadaktywne i nadwrażliwe na bodźce
- posiada dużą umiejętność koncentracji
- ma bogatą wyobraźnię i wpada na nietypowe rozwiązania
- bardzo wcześnie mówi pełnymi zdaniami.
- zadręcza pytaniami i nie godzi się na zbywanie go.
- zaskakuje dojrzałymi skojarzeniami, błyskawicznie uczy się czytać.
- posiada poczucie humoru, często abstrakcyjne
- łatwość rozumienia zasad i reguł
- szerokie zainteresowania połączone z zamiłowaniem do kolekcjonowania
- skłonność do perfekcjonizmu (
e-dziecko)
_________________________________________
Przy czym warto zaznaczyć, że dziecko wybitne to nie to samo, co dziecko bardzo inteligentne.
(I słusznie zresztą, gdyż inteligencja nie jest już w modzie. W gazecie Wprost wyczytałam, że
Inteligencja ogólna, mierzona współczynnikiem IQ, nie jest ściśle związana z emocjonalną. Podobnie jest z twórczością. Osoba inteligentna wcale nie musi być twórcza, a twórcza nie musi być inteligentna.
I dlatego wysoki iloraz inteligencji przestaje mieć znaczenie rynkowe. Nie tylko nie gwarantuje sukcesu zawodowego, a często, jak piszą w ”Wprost„, nawet przeszkadza w jego osiągnięciu… (Wprost, 6 maja 2001)) 
Ale wracając do dziecka wybitnego należy też rozróżniać między świetną pamięcią pociechy z wybitnymi zdolnościami. „Przedszkolak, który zna kilkadziesiąt marek samochodów, ma tylko imponującą umiejętność zapamiętywania. Utalentowany – jest twórczy, wykorzystuje zdobytą wiedzę do nowych celów!”  (E. Supryn)

Już prędzej można mówić o uzdolnieniach. Taka jest zresztą alternatywne określenia dziecka wybitnego  - dziecko szczególnie uzdolnione (po niemiecku: hochbegabt).

Na stronie polska.pl znajdujemy definicję Izabeli Okrój-Hernik, dla której uzdolnienia to zestaw cech niezbędnych do prawidłowego i uwieńczonego sukcesem wykonania nawet złożonych zadań konkretnego rodzaju.
Literatura psychologiczna przywołuje różnego rodzaju podziały zdolności. J. Reykowski wymienia np. zdolności naturalne, które uwarunkowane są przede wszystkim czynnikami natury genetycznej i zdolności rzeczywiste, które powstają w procesie uczenia się. Zdolności rzeczywiste powstają jednak na podłożu zdolności naturalnych. Inni psychologowie wyróżniają jeszcze inny podział – na uzdolnienia specjalistyczne i ogólne, czyli na zdolności ukierunkowane na konkretne dziedziny wiedzy lub umiejetności oraz ogólną inteligencję.

Co robić z takim wybitnym dzieckiem? Nie wolno tłumić rozwoju, ale nie wolno też go na siłę popychać do przodu. Trzeba po prostu z wyczuciem wrzucać w rozdziawiony dziób tyle „pożywienia”, ile mu trzeba. E. Supryn zauważa:
Wybitne dzieci wcale nie są dobrymi uczniami, gdyż z nudów często rozrabiają albo gapią się na lekcjach w sufit. (…)
Nie wolno dopuścić, żeby dziecko się nudziło, bo się rozleniwi. Należy zapewnić mu kreatywne zajęcia: w domu kultury, szkole muzycznej czy w hali sportowej. Ich pasje zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale około 10. roku życia widać, ku czemu mają predyspozycje.
(…) Nie wolno robić z niego omnibusa, gdyż się go zamęczy. Niech poświęci się wybranej dziedzinie. (…)”
A I. Okrój-Hernik przestrzega z kolei przed skoncentrowaniem się na „hodowli” doskonałej jednostki, która będzie nad grupą rówieśników górować intelektualnie.
Takie postępowanie może przynieść więcej szkody niż pożytku. Nawet ogromny talent w jednej dziedzinie, nie determinuje równie szybkiego rozwoju w innych. Czasem to właśnie najbliższe otoczenie „małego geniusza” doprowadza do sytuacji, w której dziecko takie wykazuje ogromne opóźnienia w innych niż swój talent dziedzinach rozwoju – chodzi przede wszystkim o rozwój emocjonalny i społeczny.
i dlatego:
Zadaniem dorosłych – przede wszystkim rodziców, ale także wychowawców, nauczycieli i pedagogów – jest nie tylko pomoc zdolnym dzieciom, w odnajdywaniu i rozwijaniu ich talentów, ale też praca nad harmonijnym rozwojem w innych dziedzinach.”

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)

Synuś ma ferie. Oni tu mają więcej ferii niż szkoły. Staż ucznia u niego krótki jeszcze, ale za to jeśli chodzi o ferie, to ho ho ho. Można go nazwać doświadczonym feriowicze. Właśnie rozkoszuje się feriami zielonoświątkowymi. Przedtem była przerwa pierwszomajowa (czyli długi weekend), przedtem ferie wielkanocne, przedtem bożenarodzeniowo-noworoczne. A na samym początku ferie jesienne. Okresy odpoczywania przerywane są niedługimi okresami nauki, kiedy to dziecko powoli powoli wpada w rytm regularnego wstawania, szybkiego zbierania się (oj to nasz słaby punkt, niestety) i tak dalej. I gdy już w tym rytmie się znajdzie i wydawałoby się, że wszystko funkcjonuje jak naoliwione – buch, następne ferie! Dziecko musi odpocząć przecież. Szkoła pewnie też.
Tak, że generalnie jesteśmy albo w stanie ferii, albo w stanie z tuż-sprzed-ferii, albo w stanie z tuż-po-feriach…
Córunia nie ma ferii, przedszkola nie są tak rozrzutne, ale za to zżera ją zazdrość. Normalnie chętnie chodzi do przedszkola, ale tu to by zastrajkowała, no bo jak brat nie musi, to czemu ona musi?!
I tak to synuś chciałby, a nie może, a córcia może, ale nie chce..

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)

No nie ma trupów! ani na lekarstwo! Chętnie bym kogoś zamordowała, żeby było o czym pisać, ale nikt mi się na razie nie naraził. Przynajmniej nie aż tak.
Za to zżera mnie burdel. Bałagan w sensie że. Wyłazi mi ze wszystkich zakamarków, dopada mnie na wszystkich płaszczyznach – podłogowej, łóżkowej, biurkowej. Nawet deska do prasowania zarosła, bo jej nieopatrznie nie złożyłam po ostatnim bohaterskim prasowaniu koszul małżonka wyjeżdżającego w delegację. I szybciutko spoczęło na niej parę drobiazgów, które nie znalazły sobie miejsca na żadnym stole, biurku itepe. Z kątów atakują mnie koty, pyłki spoczywające na półkach  wkręcają mi się w śluzówkę nosa (na ekranie zresztą też spoczywają - a słońce tak chamsko z ukosa świeci, że każdą drobinkę widać).
Powiedzcie mi dlaczego twierdzi się, że wiosną ma się ochotę na wiosenne porządki? Ja mam ochotę zapaść w zimowy sen!!!

i jest pięknie, a mnie zamurowało.
Doszczętnie
Wena mię odeszła
Nic a nic nie mogę wymyśleć
Przesilenie wiosenne?
Udar słoneczny?
Nie odpisuję na listy, na maile, nie piszę bloga…
Za to (bo coś trzeba robić) uporządkowałam moje albumy ze zdjęciami. I jestem bardzo z siebie dumna.
A na wenę poczekam
Może jeszcze przyjdzie…


  • RSS