ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2008

I jeszcze jedna jednostka chorobowa. WZM. Dopadło bliską mi osobę – Kocica się dziwiła, F. się dziwiła, ja się dziwiłam. Nikt nie zdiagnozował. Tzn. wszyscy diagnozowali, ale niewłaściwie. A tu taka prosta odpowiedź. I w dodatku Kocica była już na właściwym tropie, idąc tropem powązkowskim, ale nie dopuszczała tej myśli do siebie. Dusiła ją w zarodku.
A ja nie mialam w zasadzie nawet podejrzeń, bo byłam sprowadzana na błędny trop. Mając inne bliskie osoby w rzeczonych okolicach, a nie dotknięte w/w jednostką, nie czułam grozy sytuacji. Nie podejrzewałam możliwości infekcji.
A brzmi  niestety logicznie. Sensownie. Zgadzałoby się nawet.
Tylko czemu ona?
Czemu inni nie?
Może te inne, znane mi osoby mają mocniejszy system imunologiczny? Może są zaszczepione? Może już raz to przechodziły i mają antyciała? A może po prostu poznałam je już w stanie zainfekowanych i nie rozpoznaję. Uważam ten stan za normę?
Nie wiem, nie wiem. Sto pytań bez odpowiedzi.
Może Kocica zna parę. Ja muszę to przegryźć…
Tylko pozwolę sobie na własny użytek zmodyfikować nazwę. Bardziej mi pasi ukuty baj de łej (czyli przypadkiem) eufemizm: „mentalne zaginięcie”. Lepiej brzmi, choć znaczy to samo.

Ps. OK, widzę, że muszę jaśniej. Niech będzie „mentalne zaginięcie pod wpływem fluidów stolicznych. Lepiej?

Jezu, jak ja lubię nowe słowa!
Właśnie się dowiedziałam, że ortoreksja (z łac. orthorexia) jest obsesją na punkcie spożywania właściwego jedzenia. Przesadzanie z dietą, eliminowanie ze swojego menu coraz to  nowych (szkodliwych) produktów to właśnie to. Cytat z czasopisma: „Ortorektycy bardzo często potrzebują nie tylko zmiany swych nawyków żywieniowych, ale przede wszystkim wizyty u psychologa”.
Hurra, więc teraz wiem. Dotychczas myślałam, że to się  nazywa moda na zdrowe żywienie, a teraz wiem, że to jednostka chorobowa zwana ortoreksją.
Zaraz jutro im to powiem. Ale się zdziwią!

Różowo mi

7 komentarzy

Moja córka wyrasta z różowej fazy!
Ja lubię fystkie kolory” oznajmia z dumą już od jakiegoś czasu. Nie pokrywa się to tak do końca z rzeczywistością, bo jak próbuję ją w coś nieróżowego ubrać, to patrzy na mnie ze zdumieniem: ale to nie jest przecież ładne! (już dawno zauważyliśmy, że ładne = różowe w jej języku.)
A za to ostatnio, jak była cała na różowo, to popatrzyła na siebie z obrzydzeniem: iiiiiii, jestem cała różowa. Hm, jak ma nie być, jak ma same różowe ciuchy! Wszystko nieróżowe, co do nas trafi, jest bezlitośnie cedowane na innych, no chyba że ma jakąś wdzięczną aplikację, haft lub błyszczące guziczki. W kolorze różowym oczywiście. Ewentualnie akceptowane są jeszcze: czerwony, fioletowy i pink.
I proszę mnie nie straszyć Dodą! Moja córka czytuje książki! Co prawda wyłącznie różowe, ale jednak…

                                       I jeszcze zdjęcie w różu:
                                       Ela i tulipany
 

Zastanawiam się tak czasami, po co ludzie piszą blogi?
Dla  niektórych jest to rodzaj pamiętnika. Pamiętniki ludzie piszą od wieków. Głównie dla siebie. W zastępstwie psychoterapii? Czasem żeby złapać chwilę. Czasem, żeby zostawić potomnym. Czasem jako notatnik z podróży, z którego można potem czerpać pomysły na książki, listy czy inne produkty wyobraźni. Ostatnio nawet znalazłam stosowny cytat w gazecie jakiejś, ale go zgubiłam. Jak znajdę, to przytoczę.
Pisało się też pamiętniki dla wyrobienia stylu. Nauczyciele kazali. W wiktoriańskiej Anglii bodajże.
Ja pamiętnik zakładałam parę razy, nigdy nie udało mi się go konsekwentnie poprowadzić. Ale chyba wszystkie wymienione wyżej przyczyny odhaczyłam.
Pierwszy raz pisałam w wieku lat 13tu, mój pamiętnik to były białe kartki, które mnie miały zrozumieć (cytat z pamiętnika: „tylko te białe kartki mnie rozumieją” Cytat na pewno skądiś zwalony. Możliwe, że najpierw pojawił się cytat, a potem dopiero projekt pisania pamiętnika. Dodam zresztą bezlitośnie, że kartki nie były ani ciut ciut białe. Były zdecydowanie żółte, jak to w głębokim peerelu normalnym było).
Drugi raz, to oczywiście pierwsza miłość. Po przeczytaniu go można by się nabawić przekonania, że jestem masochistką. Nieprzerwane pasmo nieszczęść. Rzecz w tym, że jak było ok, to nie było o czym pisać. A jak się wszystko waliło, to – no tak, znowu te białe kartki. Zapiski są więc bardzo wyrywkowe i wychodzi z nich obraz bardzo nieszczęśliwej istoty.
Trzeci i czwarty raz to okres intelektualny. Dwa okresy intelektualne. W obu przypadkach pamiętnik miał służyć samokształceniu się. Mądre cytaty i jeszcze mądrzejsze komentarze (moje!).  To już na pewno dla potomnych.
Potem był dziennik z podróży. Z rocznego wyjazdu do Moskwy. Miało być śmiesznie, wyszło nieco przymuszenie. Trza by obrobić.
Potem narodziny dzieci i pracowicie (choć niestety mocno niekonsekwentnie) prowadzone sprawozdania z ich rozwoju. Im większe dzieci (tzn. im większy rozwój), tym mniej notatek. Paradoksalnie, im więcej jest o czym pisać, tym mniej się pisze.  Pewnie właśnie dlatego.
No i teraz mój blog. A właściwie dwa.
Po co ja to piszę? Mogłabym powiedzieć, że mi Kocica kazała. Bo mi kazała. Ale jakbym  nie chciała, to bym nie pisała, no nie? Więc chyba mogę śmiało powiedzieć, że z potrzeby serca. I z wszystkich razem do kupy wymienionych wyżej przyczyn. To zreszta odbija się na stylu. Ponieważ ma to być po trochu psychoterapia (auto-), po trochu dziennik, po trochu dla potomności, po trochu dla krewnych i znajomych…
A właśnie, bo zapomniałam o korzeniach mojego bloga. Wyrósł on z okólników. A okólniki wyrosły z listów. A listy wyrosły z emigracji. Bo to było tak. Ja w zasadzie lubię pisać listy. Bardziej lubię je dostawać, ale pisać też lubię, owszem. Tylko nie za dużo na raz. I przede wszystkim  nie to samo wszystkim. Tylko każdemu osobno. A już najbardziej nie lubię do obrazu (do tego, co to on ani razu). A tego się ode mnie oczekiwało po moim wyjeździe. Miałam pisać dużo, każdemu z osobna i nie oczekiwać odpowiedzi. Pisała do mnie siostra (regularnie, niestety przeszło jej bezpowrotnie), raz na miesiąc jedna przyjaciółka, raz na pół roku druga i tyle. Ale wszyscy wszyscy wszyscy chcieli, żebym ja pisała. Pisz, pisz, pisz, u Ciebie się tyle dzieje, ja to nie mam o czym pisać, stara bieda, ale Ty pisz! Więc pisałam. Najpierw z głowy, po kilka razy to samo, potem odpisywałam bezczelnie z listu do listu. Próbowałam przez kalkę. W dobie komputera zaczęłam tworzyć listy-bazy, które potem obrabiałam, przystosowując do potrzeb adresata. Aż w końcu machnęłam ręką, przestałam się maskować i zaczęłam pisać okólniki. Jeden list, wydrukowany razy sto i wysłany do stu osób. Bez zmian, bez modyfikacji, wszystkim jak leci. Ktoś miał pytanie? Odpowiedź na nie dostali wszyscy. Protesty były, owszem, ale zostały skutecznie stłumione. Mój okólnik z czasem stał się regularnie wysyłanym pamiętnikiem-sprawozdaniem. Z tytułami, podtytułami – każdy mógł znaleźć coś dla siebie, a niepotrzebne skreślić. Mam komuś opowiedzieć o tym czy o tamtym, proszę bardzo, odszukam plik i wyślę… 
A teraz jest jeszcze prościej. Tylko podaję linka i gotowe!

Szarotka wymyśliła mi imię.
Bo szczerze mówiąc, nie pomyślałam o tym, że trzeba mieć imię.
Jak Kocica mnie namówiła, żebym zaczęła prowadzić blog (dlaczego ona mnie właściwie namawiała? Chciała, by jej raźniej było? Wespół wzespół? Nie wiem, nie wiem…), no więc jak mnie namówiła, to mi mówiła, że trzeba mieć nazwę, a potem już samo pójdzie. No więc wymyśliłam sobie nazwę, bo akurat rozmawiałyśmy sobie podówczas o trupach w szafach, pod dywanami i w innych nieoczekiwanych miejscach, a właściwie nie tyle wymyśliłam, co sobie przejęłam ze wspaniałych skad inąd Starszych Panów. Ballada z trupem, z trupem ballada, otwieram szafę, trup tam wypada…
Pasowało jak ulał, brzmiało chwytliwie, więc wzięłam i… Ugrzęzłam nieco. Już sam tytuł okazał się być pułapką (i to niezmienialną. Raz tytuł, zawsze tytuł), bo w sumie taki trup w tytule do czegoś zobowiązuje. A ja niestety (niestety dla wartkości akcji) trupami nie miotam w ilości nieograniczonej. 
No ale umówiłam się z drogimi czytelnikami, że trup ten jest wartością umowną i po stłumieniu protestów i buntów postawiłam na swoim i nie piszę o trupach. Piszę, o czym chcę. Czyli głównie o niczym. Takie tam refleksje i wynurzenia. Ani z szafy, ani spod dywanu. A z prozy życia.
No, ale okazało się (o czym jako niedoświadczona blogerka – tzn. wówczas jeszcze nie-blogerka, nie pomyślałam), trzeba nie tylko pisać, trzeba komentować! Chcąc być członkiem żywym blogowego społeczeństwa, trzeba nie tylko płodzić swoje plody, ale i czytać inne płody i jakoś dawać znak życia, że się było, czytało, doceniło. Hm. i tu zaczyna się kłopot. Jak ktoś ma blog o nazwie, powiedzmy „najdrozsza”, to się może podpisać „najdrozsza” i wszystko gra. Jak ktoś ma blog pt. „Gogenzola” to się może podpisać „Gogenzola” albo wręcz skrócić do „Goga” i szafa gra również. Jeśli kogoś blog nazywa się „A Kocica papierosa”, to i tak wiadomo, że to ona ta kocica jest główną bohaterką, bo przecież to ona tego papierosa… Tzn. tym papierosem (kawał nosa upaliła – dla tych, co nie znają bajek dla dzieci). W przypadku „świata Szarotki” też wiadomo, że ten świat jest Szarotki… A co ja mam biedna zrobić. Tytuł „Ballada z trupem” nie sugeruje (dzięki Bogu), że podmiotem czynnym jest trup. Zresztą jakoś nie lubiłabym się podpisywać jako „trup”. Ballada, no cóż, z braku lasu, czasem się tu i ówdzie podpisałam, ale nie brzmi, no nie brzmi!!! Jeszcze jest „z”, ale absolutnie nie niesie ze sobą żadnego przekazu na temat treści mojego bloga. Na temat mojego jestestwa. Na żaden temat, co tu kryć. Podpisywałam się czasem „H” – pierwsza litera mojego imienia, ale mój Boże, jakież to banalne. I poza tym niewyraźne, zważywszy, że oprócz Kocicy nikt mojego imienia nie zna raczej… 

I tu przechodzę do sedna, a mianowicie do pomysłu Szarotki, która mnie (a raczej mój blog) w swoim linku nazwała Balladyną. Zachwyciło mnie to nie tylko dlatego, że to ładne upersonifikowanie Ballady, ale i dlatego, że ich tam było dwie (tzn. było więcej, ale dwie siostry-konkurentki). A trzeba Wam wiedzieć, że mnie też jest dwie!

Tzn. mam ja dwa oblicza. Ciemne i jasne. Już Kocica linkując mnie, snuła artystyczne rozważania, jak najlepiej podkreślić tę dwoistość. Niezłą propozycją była:
- wiwisekcja (na jasną stronę) i
- prosektorium (na trupią), 
ale jakoś nie śmiała…
Więc wymyśliła:
- Dr Jekyll (na balladę) i 
- Mrs Hyde (na to-było-tak). 
Niezłe, nie?
Ale jakoś jej nie do końca konweniowało.
Najnowsza wersja jest, o ile się nie mylę:
- kwiatki, ptaszki
- glistki, robaczki

A tu proszę –
- Balladyna
- Alina
To drugie imię zatrąca normalnością, ale kto mnie zna osobiście wie, dlaczego pasuje ono do mojej „jasnej” strony, jak ulał ;-)
Więc od teraz moje drogie i moi drodzy, będę funkcjonowała jako „Balladyna”. Nooooooo, chyba że ktoś mnie powali lepszą propozycją
Do rychłego zobaczenia!

Mojemu biednemu synusiowi wyjęto dziś dwa ząbki pod narkozą. Niby wszystko odbyło się bez większych komplikacji, narkozę zniósł dobrze, ale daje o sobie znać ból po utracie zębów. Psychiczny ból. Mimo, że wiedział, że zęby będą wyrwane i cieszył się wręcz na to (bo bolały), to dopadła go trauma i bardzo ich utratę opłakiwał.
I nadal opłakuje. 
Dziś przy posiłku do siostry: jedz, jedz, ciesz się tym, że masz JESZCZE wszystkie zęby
i później, do mamy: życie już dla mnie nigdy nie będzie takie, jak było przedtem

Ciekawa jest natura ludzka. Nawet w wieku siedmiu lat, jak coś już mamy, to chcemy to nadal mieć. Chyba nikt nie lubi się niczego własnego pozbywać, z tym że jedni bardziej, inni mniej.
Mój synuś zdecydowanie bardziej. Po kim on to ma?

Wyszło na to, że mam duży biust. Naprawdę! Nie będę ukrywać, że zawsze chciałam mieć duży biust. To znaczy zawsze kiedyś. Dawno dawno temu, będąc wiotką nastolatką. A dodam, że to było w epoce przedsilikonowej. Marzyłam o ogromnym biuście – naturalnyn, nie nadmuchanyn, nie wypchanyn, nie podkarmionym hormonami, tylko moim własnym. Przyrodzonym, że się tak wyrażę.
A teraz mam. No może nie ogromny, ale duży. I lekko mnie to deprymuje, przyznam. Chyba już nie chcę. Czemu marzenia zawsze się spełniają, gdy są już nieaktualne?
Skąd te rozważania?
Zaczęło się wszystko od tego, że mąż kazał mi kupić sobie ciucha. To znaczy nie jemu, tylko mi. Nie mi, tylko mnie. Kazał mi kupić ciucha dla mnie. I nie tylko kazał, a jeszcze zasponsorował mnie bonem towarowym. Dlaczego aż ”kazał”, zapytacie!
Aaaaaaaaaaaaa, zaraz Wam powiem.
Tylko jeszcze uprzedzę, że wypływam na wody, które nie są interesujące dla osób płci męskiej, więc wszystkich tu zabłąkanych Panów proszę o zatkanie oczu i uszu, a Paniom zaraz wyjaśnię o co chodzi. Więc ja, wyobraźcie sobie drogie Panie, nie znoszę robić zakupów. żadnego rodzaju. A ciuchowych to już najbardziej. Nie znaczy to, że nie lubię ciuchów. Nienienie, co to to nie. Po prostu nie lubię ich kupować. Najbardziej lubię je dostawać i nie chodzi tu wcale o stronę finansową (choć i ona jest istotna – lepiej zapłacić mało niż dużo, a jeszcze niż zapłacić mało jest nie zapłacić nic), tylko o przymierzanie. Zwłaszcza w zimie, jak trzeba zdjąć z siebie tony odzieży, a potem je ponownie nadziać. W lecie też nie, jak się jest zlanym potem. I pod wpływem przymierzania się jeszcze bardziej zlewa. I jesienią i wiosną też nie, zwłaszcza jak się jest przemoczonym. A najbardziej nienawidzę kupować jeansów!
Nie lubię też ludzi w sklepach. Nie znoszę tłumów, polujących na okazję, ale nie znoszę i pojedynczych eleganckich pań przymierzających w rewirach, o których nie pomarzę nawet. Nie znoszę bachorów w sklepach – wrzeszczących, plujących i kopiących (a już szczególnie jak są to moje)! Uprzejmych pań sprzedawczyć nie trawię, dopytujących się w czym pomóc. Nieuprzejmych też nie cierpię, takich co ich trzeba zawsze szukać, jak się chce coś spytać - wtedy to ich oczywiście nigdzie nie ma.
Ciuchów jako takich też nie lubię. Nie znoszę małych rozmiarów, w które nie wchodzę i które powodują, że wyglądam jak niewydarzony baleron. Nie znoszę dużych rozmiarów, które na mnie wiszą i powodują, że wyglądam jak niekształtny babiszon.
Uff, litanię można by kontynuować do znudzenia.
Więc do zakupów  trzeba mnie zmuszać, straszyć, grozić, prosić, błagać, zachęcać, przekupywać… Tym razem odbyło się to przy pomocy bonu towarowego, którego ważność upływała w czasie bliskim. No więc pojechałam wówczas „do miasta” („mamusiu, czy my nie mieszkamy w mieście?” – spytał mój syn), aby nabyć coś. I nabyłam. Po wielu trudach, przymiarkach i głębokim namyśle nabyłam przezroczystą bluzkę w różnych odcieniach czerwieni. W bluzce tej nie świeci się nagością, bo ma  ona pod sobą taką jakby podbluzkę, maskującą to i owo, ale ta podbluzka ma bardzo cieńkie ramiączka, spod których wystaje stanik. „Ale Wy kobiety macie problemy” - powie teraz jakiś pan. A kto mu to kazał czytać?! Mówiłam: wypad! No więc ja nie lubię, jak widać stanik. Nie lubię i już. A jak już musi, to w tym samym kolorze. Czerwony stanik miałam jeden, ale się zbył, więc z ciężkim sercem uznałam, że trzeba będzie kupić jeszcze jeden. I dziś dysponując godziną nieoczekiwanego czasu, udałam się na zakup. Go. Czerwonego stanika.
I tu się zbliżamy do tematu dzisiejszej notki. Wzięłam produktów pięć. Wszystkie w rozmiarze przeze mnie dotychczas używanym, a tu nic mi nie pasuje! Ani jeden! Pani sprzedawczyni, widząc, że się szamoczę rozpaczliwie (czy mogę w czymś pomóc?) przyjrzała mi się sceptycznie i oświeciła mnie, że numer ten, to może ja nosiłam kiedyś, ale „człowiek się proszę Pani zmienia…”
I tak to właśnie dowiedziałam się, że mam duży biust. Jestem Giną Lolobrygidą, Sofią Loren, Kaliną Jędrusik.
Noooo, prawie….

_______________________________
parę godzin później:
no nie! Myślałam, że taka oryginalna jestem, a tu widzę, wszystkie o biuście. Goga o biuście, Nurglith o biuście, Foksal o biuście. Nie mówiąc już o stanikomanii (

http://stanikomania.blox.pl/html
)… Jacie!!!

Wczoraj miałam zebranie rodziców w szkole. Nic wielkiego, takie sobie podsumowanie pierwszego półrocza, ale jako że jestem matką pierwszoklasisty – dla mnie very exiting!
Dzieci mają dwie „panie”. Wychowawczyni, Frau L. uczy niemieckiego, matematyki i WF. Druga pani w zespole, Frau K. uczy angielskiego i MeNuK (Mensch, Natur und Kultur). MeNuK to występujący wyłącznie w Badenii-Wirtembergii tzw. przedmiot łączony o nazwie „Człowiek, przyroda i kultura”, w skład którego oprócz  w/w przyrody, ochrony środowiska, nauki o człowieku i społeczeństwie (oczywiście na poziomie pierwszoklasistów) wchodzi jeszcze wychowanie muzyczne i wychowanie plastyczne, prace ręczne.

Dowiedziałam się, że klasa jest zgrana, zżyta i na dobrym poziomie, jeśli chodzi o naukę, o nienaukę i w ogóle super, nie mniej jednak rodzice mieliby jeszcze to i owo do zrobienia. I tak uprasza się:
1. kontrolować tornistry (wywalający się górą i bokami chaos, nienaostrzone kredki, pogubione kleje)
2. ćwiczyć z dziećmi liczby przy każdej okazji i bez okazji. Kazać dodawać i odejmować co się da, wysyłać na zakupy, mierzyć, ważyć etc.
3. grać z dziećmi w gry planszowe (np. chińczyka), w karty (choć raczej nie pokera, choć przy tym się świetnie dziecko nauczy liczyć pieniądze. Ale ona czeguś preferuje uno czy makao) i w inne tym podobne gry. Rozwijają one zdaniem pani L. matematyczne myślenie.
4. kontrolować zadania domowe, zwłaszcza literki pisane. Literki drukowane (których dzieci uczyły się najpierw – w Polsce chyba było jakby odwrotnie, czy nie?) nie sprawiały kłopotu, natomiast literki pisane owszem, bo wróciliśmy do stylu naszych babć (tzn. moich babć, nie dzieciowych babć) i literki pisze się z okrutnymi zawijasami. Rodzice dostali po arkuszu papieru z wymalowanym alfabetem i – do nauki!

Zebranie zakończyło się informacjami o projektach (np. „Klasse 2000″ – o zapobieganiu przemocy i narkomanii), o wycieczkach szkolnych (Klassenausflug) i imprezach klasowych (Klassenfest).

No cóż, jednak największe wrażenie zrobiły na mnie te literki. Już się cieszę na te zamalowywane przeze mnie strony  a a a a, potem b b b b  i tak dalej.
Jeszcze żadna pani nauczycielka nie nauczyła mnie pisać tak, żeby ktoś był w stanie to przeczytać. Może pani L. się uda?

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)

Czas pojawić się w jasnej stronie mojego życia… Tzn. na jasnych stronach…
Co  nowego? Hm, święta były – minęły bez większych wstrząsów. Miło, rodzinnie, spokojnie, zdrowo, radośnie.
Tak jak życzą w kartkach świątecznych. I mailach. W gadzie, wiadomościach NK i wszędzie, gdzie się w dzisiejszych czasach życzy.
Potem skończyły się ferie i dzieci udały się do szkół przedszkoli.
W zeszły weekend byliśmy u S, S i R (S nie było, bo jest w Moskwie), dzieci się miło bawiły, myśmy ze S. miło plotkowały, mąż się zerwał na pchli targ. Potem spacer przez pola i obiad u Włocha.
A wczoraj wieczorem byłam na balu! Tak! Nie… No, żartuję oczywiście. Nie na balu, wszyscy wiemy, że nie mieszkam w Wiedniu… I że okres niekarnawałowy. W knajpie, oczywiście. Bez pomalowanych paznokci, ale z zadymionym okiem.
Było to spotkanie Polskiej Grupy, w związku z czym wszyscy uczestnicy są nosicielami polskiego języka i muszę mocno uważać, żeby nie naruszyć czyjegoś wizerunku bądź danych czyichś. Raczej nikt z obecnych nie bloguje, niewielka też szansa, że czyta cudze blogi, ale strzeżonego pan Bóg strzeże. Tak mawia ludowe przysłowie, a ludowe przysłowia nie biorą się z niczego.
Więc byłam w knajpie, piłam Schorle (białe wino z wodą mineralną), jadłam pieczone ziemniaki z sosem czosnkowym - bardzo wykwintne danie. E. z lewej krzywiła się nieco na zapach mojego czosnku, H. z prawej uśmiechała się wyrozumiale. Reszta stołu swojego zdania nie wyraziła. No cóż, ponieważ karta w bezmięsne dania nie obfitowała, wyboru dużego nie miałam. Ale chyba jakbym miała większy, to i tak bym zjadła to, co zjadłam. Pyszne są ziemniaczki opiekane i maczane w sosie czosnkowym. Mniam.
Pretekstem spotkania jest omawianie bieżących problemów Grupy, wnoszenie postulatów, propozycji, protestów… Prawdziwą przyczyną (matko, ale aliteracja! przysięgam! przypadek!) jest, jak ktoś to trafnie sformułował „zerwanie się matek ze smyczy”.
Co to jest Polska Grupa? No, sądzę, że większość wiernych czytelników wie. Zna z opowiadań. Ale dla ewentualnych zabłąkanych opowiem.
Polska Grupa to grupa dzieci, żyjących w Niemczech, których choć jedno z rodziców mówi po polsku. Zorganizowana w 2001 roku i od tegoż roku regularnia spotykająca się co poniedziałek w Ośrodku dla Rodziców z Dziećmi (niem. Elternzentrum). Takich ośrodków jest w Stuttgarcie kilka, ale tylko w jednym z nich jest polska grupa. Celem naszych spotkań, że się tak oficjalnie wyrażę, jest uczynienie pociechom języka polskiego atrakcyjnym. Odśpiewywane są polskie piosenki, odtańcowywane polskie pląsy, czytane polskie książeczki, przedstawiane teatrzyki… Wszystko to po to, by nasze dzieci kiedyś się nie wypięły i nie stwierdziły, że nie będą po polsku mówić. Bo nie. Wszczepianie bakcyla od najmłodszych lat (a właściwie miesięcy. Moja córka (i nie tylko ona jedna) uczęszczała na te zajęcia już w brzuchu. I uczęszcza nadal (pięć lat później). Regularnie.
Wiele dzieci się przewinęło. Jedne zawitały na krócej, jedne na dłużej, ale grupa działa już 6 lat i raczej będzie nadal działać. Niektórzy odchodzą, nowi przychodzą i tak to się kręci.
Ponieważ czas poniedziałkowych spotkań jest poświęcany priorytetowo dzieciom, wymyśliliśmy już jakiś czas temu, że możemy my – dorośli bez dzieci – spotykać się raz w miesiącu wieczorkiem. I się spotykamy i miło jest.
I wczoraj też było miło. Udało nam się wszystko omówić, co było do omówienia i o wiele więcej, poplotkować, pożartować, powymieniać doświadczeniami, uwagami i poradami.
I tyle nowego…
Zima była i minęła (trzy dni śnieżnej zawieruchy, tuż przed świętami), potem przyszła wiosna (temperatury pod 20 stopni) na trzy-cztery dni. Teraz mamy jesień. Szaruga, deszcze, wiatry…
Dziś mieliśmy wkopywać huśtawkę w ogródku, ale ze względu na deszcze, mżawki i błotnistą glebę, zrezygnowaliśmy chwilowo. Może jutro…
A może za tydzień…

Drżyjcie puenty! Jeszcze przyjdzie na was czas! Już z Kocicą mamy to omówione w najdrobniejszych szczegółach.
Teraz będę pisała po pół eposu, po pół eposu. Wszystkie bez puent.
Ha, ale za to na starość, jak mi się już synapsy odnowią, a dzieci pójdą w świat i ślad po nich nie zostanie, to ja będę leżała sobie w barłogu (niepościelonym) zmożona niemocą i starością, drżącymi pomarszczonymi dłońmi przytrzymując laptopa podłączonego do sieci i pisała puenty. Same puenty. Dużo puent.
Puenta za puentą, puenta za puentą!!!


  • RSS