ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2008

Skończyło się moje pięć minut. Moja sława. Moja gloria.
Trwała niecałą dobę. Albo coś koło tego. Chyba mniej. Dokładnie to ja nie wiem, bo wiem dopiero od momentu, gdy zauważylam, że tam jestem. W rubryce „polecane notki” na pierwszej stronie.
Wśród czterech wybranych zobaczyłam swoją balladę i zatkało mnie. Doszczętnie.
Oblała mnie fala zmiennych uczuć. Jak to? Co to? Polecona? Zalecona? Ojej, a ja nie uczesana, a ja nie ubrana. Prosta szafa graficzna, żadnych zdjęć, żadnych grafik, żadnych bajerów. Co za obciach, co za wiocha. Jak w dowcipie o Stefanie…
No i przede wszystkim dlaczego? Dlaczego „polecona”. Kto mnie polecił? Jak mnie polecił? Gdzie mnie polecił? Przegrzebałam całą stronę tytułową blog.pl, do tego pytania i odpowiedzi, regulaminy itp.i nie znalazłam najmniejszej wskazówki na temat, jak się poleca i kto poleca.
Może te notki są losowo wybierane? Ale tekst, który się ukazał (tzn. fragment mojego tekstu), był lekko zredagowany, więc chyba ktoś przykładał do tego ręki? Albo pióra? Albo klawiatury? No, ale admini chyba nie czytają wszystkich notek, które się ukazują?! Przecież ich się tam ukazują setki na minutę?! Więc może admini losowo wyciągają? Z zawiązanymi oczami? Rękami? A może komputer sam losuje, wybiera i redaguje? W końcu jesteśmy w XXI wieku.
Nie rozwiązałam zagadki. W każdym razie byłam przez chwilę sławna. Ilu czytelników zdążyłam ucieszyć swoim talentem nie wiem, bo nie mam licznika. Miałam, ale usunęłam, bo ukazywał mi każde odświeżenie strony i w związku z tym wynikało, że czyta mnie zawrotna ilość osób. Co było wnioskiem błędnym i mylącym. Więc nie mam licznika. W komentarzach też nie uwieczniło się zbyt wiele osób, z czego wynika, że za wiele osób mój tekst na kolana nie rzucił. Nie dziwię się zresztą, szczerze mówiąc. Mnie by chyba też nie rzucił. Napisałam już parę lepszych rzeczy. A pomyślałam jeszcze więcej. Matko, jakbym ja miała dyktafon, ile ja bym napisała genialnych rzeczy. Jak tak sobie coś robie, coś ściubię, coś sprzątam, gdzieś idę, skądś wracam, to tyle rewelacyjnych tekstów mi się układa w głowie. Jak tylko siadam do komputera, to albo okazuje się, że zniknęły one w całości, albo zostały z nich mizerne resztki i w dodatku bez puenty. Jak ja bym chciała mieć taką puentę jak starsi Panowie. Jak ja bym chciała mieć w ogóle jakąś puentę.
No cóż, nie każdy może. Poza tym może to jeszcze przede mną? Może przyjdzie wielki dzień wielkich puent i będzie trwał wiecznie…

 

Dzisiaj będzie o natchnieniu. A raczej o inspiracji.
Chodzę ja sobie tak z bloga do bloga, z tego do tamtego i tu i tam i sama już nie wiem gdzie, bo mi się wszystkie te blogi już dokumentnie poplątały (do tego jeszcze tabuny komentarzy), ale gdzieś w końcu przeczytałam, coś, co mną wstrząsło. A mianowicie jak jeden koleś innemu kolesiowi zarzucał, że ten (ten inny) pasożytuje na jego blogu. Nie do końca zrozumiałam zawiłość akcji, ale chyba jakoś tak to było, że jeden wziął drugiemu coś tam z jego bloga i na ten temat coś blogował, czy jakoś tam. No i tamten (ten wzięty) się oburzył. Na tego biorącego.
Więc ja się zasępiłam.
No bo ja też pasożytuje na Kocicy jak nie przymierzając jemioła na drzewku, ale ja myślałam, że to fajnie. Że to lans. Że bierzesz sobie coś od kogoś (cytując go przy tym), więc ewentualny czytelnik nie czyta tylko ciebie, ale i tego kogoś, od kogo bierzesz i być może zajrzy nawet do źródła. Więc czysty zysk. Tak się to czyni w dziełach naukowych na przykład. Nie żebym jakimś naukowcem wielkim była, ale jakieś tam prace domowe w czasie studiów wykonywałam, referaty różne itp. i tam to się bardzo chwaliło, jak się myśl kogoś wzięło, a potem się na ten temat swoje myśli przędło… Oczywiście z podaniem źródła. Więc i tu sobie używałam, sądząc, że każdy coś z tego ma – ja natchnienie, Kocica promocję. A tu co? Koleś się oburza, że pasożytowanie jest nieładne i nawet okrutnie go ukarał, usuwając linka tego swojego innego (byłego) kolesia ze swojej listy.
To może i ja nie powinnam, tylko Kocica jest za delikatna, żeby mi to powiedzieć?
Może ona sobie nie życzy a-bso-lu-tnie, żebym robiła aluzje, nawiązania, przytyki, hiperbole, alegorie, peryfrazy, amplifikacje i inne figury retoryczne???
Kocica! Mogem? Czy nie mogem?

Chcecie trupa? Macie trupa! No…. – prawie trupa. Potencjalnego. Otóż wyłonił się następny kandydat na trupa, co na pewno ucieszy niezmiernie moje wierne czytelniczki-miłośniczki-trupów. Wyłonił się nie z szafy, nie spod dywanu, a z piętra wyżej. Sąsiad. Sąsiedzi. Pat i Mat. Doprawdy.
Ale opowiem po kolei.
Mieszkała sobie pode mną staruszka – pani K.. Nooo, nie staruszka, a wredne babsko. Złe i dokuczliwe. Przyczepliwe i upierdliwe. Złośliwe i namolne. Drzwi pani nie domknęła, okna nie otworzyła, światła nie wyłączyła. Tu pyłek, tam brudek, dzieci tupią, hałasują, spać nie mogę, śmietnik się nie domyka, liści sprzed domu nikt nie zmiata… Bla bla bla!
Strasznie było z panią K. – wszystko miała pod kontrolą!
 

Gdzieś rok już będzie, jak wyprowadziła się. Ufff, co za spokój.
Niestety nie tylko ona się wyprowadziła, ale także i ta miła pani nad nami, której „miłość” polegała na tym, że nie było jej widać, nie było jej słychać – słowem idealna sąsiadka.
Teraz mamy pełno nowych. Na dole młody facet, nad nami małżeństwo z dzieckiem.

No i mówię ja Wam!!!! Coś strasznego - ci nowi sąsiedzi. Drzwi nie zamykają, okien nie otwierają, światła nie wyłączają, na schodach brudzą, liści nie zbierają, śmieci wywalają, jak i gdzie popadnie. Możesz mówić, możesz pisać, możesz ostentacyjnie zamykać, otwierać, czyścić, zbierać.
No a dzieci?! Matko jedyna! Mają jedno dziecko, ale równie dobrze mogli by mieć sto. Bachor ryczy na okrągło. Całymi dniami, całymi wieczorami. Trudno, mój też kiedyś ryczał, widać one tak muszą. To bym mu jeszcze przebaczyła. Ale dlaczego on wstaje o wpół do piątej rano? Dlaczego go sadzają na najwyższym meblu? Dlaczego dają mu do rączki masę drewnianych zabawek i pozwalają z tej wysokości zrzucać je na parkiety??? Dlaczego, na miłość Boską, nie pokryją parkietów dywanami grubymi miękkimi, puchatymi? Dlaczego nie kupią dziecku pluszaków i nie powiedzą mu, że nad ranem się śpi, a nie tłucze w podłogę? Dziecko śpi rano, owszem, gdzieś tak o wpół do ósmej zapada cisza, widać umęczony uprzykrzaniem życia sąsiadom błogo zasypia. Tyle, że o wpół do ósmej, to mój dzień mój już się dawno zaczął i nic, ale to absolutnie nic mi ta cisza nie daje…
Strasznie jest bez pani K. Teraz nikt nic nie ma pod kontrolą…

Mama: Córeczko, co chciałabyś dostać od Zajączka?
Córka: Sukienkę różową.
Mama: Córeczko, ale przecież masz chyba z dziesięć różowych sukienek
Córka: To chcem jeszcze jednom!
Mama:  A może by tak książeczkę?
Córka: No dooobra, niech będzie książeczka. Ale różowa!

….          ……          …..           ……

Mama: A Ty, synuś?
Syn: Robota, który będzie za mnie nosił tornister do szkoły.
Mama: Synu, ale to nie jest możliwe, przecież, takie roboty przecież nie istnieją…
Syn: To triceratopsa. One przecież istniały naprawdę!

….          ……          …..           ……

Scenki rodzajowe (stare):

Brat z siostrą tańczą w parze:
Brat: Tańcz, no tańcz. Co się tak rozbrykałaś! (ciągnie)
Siostra: No, nie ciągnij! Tak się nie ciągnie księżniczek!

Brat z siostrą idą pod parasolem:
Brat: Idź najszybciej jak możesz, nie zagapiaj się!
Siostra: Ale mi kapie na głowie!!
Brat: Bo się za dużo ruszasz!

Mama z córką na ulicy:
Córka: Mamusiu, popacz, straszna pożarna jedzie!
Mama: To nie straż pożarna, to śmieciarka.
Córka: śmierćciarka?!?!

E. do mamy (sprząta):
- czy ja mam ciebie zamiatać, czy co? Bo Ty tam stoiłaś mnie w drodze!
i później (po zakończeniu sprzątania):
- Ja idziem póść siusiu, bo mi sie chce.

….          ……          …..           ……

Monologi (stare – maj 2007r.):

E.: Ty mi wypierz skarpetki, bo je bardzo nabrudnałam.

E.: Mi tak kapią włoski od tego szybkiego myjania…

E.: Tę bajkę będę oglądała jak już będę duża i będę miała ładne, długie nogi (będą pasowały do tych pantofelków od Zajączka)

E.: Mamusiu, podrap mi (jogurt z pudełka)

E.: Nie chę, żeby było pada deszcz. Albo dobrze, niech pada. Ale różowy. I w serduszka.

E.: Boli mnie pierś od chodzenia na jęcie (=jedzenie)

E.: D. ma krewlecące i ja mam krewlecące

E.: Boli mnie brzuszek od tego pica i jęcia.

E.: Majka (pluszak) mi przeszkadza spać i dzidziuś (lala) mi przeszkadza spać.

Jakie niezbadane są jednak drogi… nawet w sieci. Nawet w blogu… Najdroższa dała komentarz, więc poszłam ją „odwiedzić”- zachwyciła mnie, więc poszłam drugi raz. Przekierowanie na Laurę Camillę… Też poszłam…

I teraz słucham Harlemu, zdejmij tę suknię mała i mnie tak dziwnie ciągnie, o, tu w środku. Nie znałam, w końcu mieszkam za granicą, wolno mi. Ale żeby aż tak mnie tknęło?

Ja przecież od dawna jestem w zupełnie innych klimatach, tamte są już zupełną przeszłością… Minęły lata świetlne i tamte klimaty minęły, nie wrócą i to przecież dobrze. Tylko czemu tak ciągnie? Co to jest? Mam taką kulkę tu w szyjce – powiedział ostatnio mój synek. Więc ja też mam kulkę w szyjce. Dlaczego? Czy mi się podoba ten blues? Tekst? Muzyka? Klimat? Czy podoba mi się blues w ogóle? Czy mi się kojarzy? O co tu chodzi, dlaczego mnie dławi?

Przecież ja jestem z zupełnie innej bajki.

Czuję się jak u Pana Kleksa, przeszłam z jednej do drugiej i nie wiem, co ja tu robię? Zapałki przyszłam pożyczyć, czy co? Sio do swojej. Ale przecież noc taka krótka, popatrz, zaraz świt… Więc może krótko by pożyć cudzym życiem. Nie, nie da się – coś przeszło obok, coś skończyło się…

Trzeba się obudzić. Albo położyć spać…

Jeżeli pół męża jest półmężem, to kim jest druga połówka?
Dobre pytanie. Na które nie znam niestety odpowiedzi. Wiem, że z retoryki dwója, bo nie należy zadawać pytań retorycznych, na które się nie zna odpowiedzi. Ale to nie ja zadałam pytanie. Je mnie zadano. A ja nie znam odpowiedzi.
No bo to nie mój półmąż (ani jedna ani druga połówka nie jest mi nawet przelotnie znana), a Kocica owiała go tajemnicą i nie będzie uchylać woalu. Tak powiedziała. No to jak ona nie uchyla, to ja jestem bezradna…
Trzeba poczekać, aż uchyli.

A ja uszczęśliwię Was w tzw. międzyczasie następnym kawałkiem Starszych Panów, dobra?

Jej rodzina (muz. Jerzy Wasowski, tekst Jeremi Przybora)
Cóż, że dziewczyna
jest jak z kina,
że ze trzy lata byś wytrzymał?
Ale – rodzina – jej rodzina?
Jaka rodzinę ma?

Czy mama się nie wtrąca
i szczęścia nie zamąca?
Jej tata czy nie trąca,
gdy w złość na zięcia wpadł?
Czy wujek z czci odarty
nie oszukuje w karty?
Czy chęcią żartów party
nie nadoskwiera brat?

Takich pytań sto -
bardzo dużo to,
ale nie spoczniemy my -
aż sprawdziemy, czy:

gdy dziadzio przyjdzie w gości,
nie nudzi do nudności?
A przy tem – biorąc tościk -
na dywan roni dżem?
A szwagier, który tyra,
aż w piersi dech zapira -
czy nie wymusza żyra
pod groźbą szczucia psem?

Takich pytań sto –
bardzo dużo to,
ale nie spoczniemy my –
aż sprawdziemy, czy:

babunia nie wyżera
przysmaków z fryżydera?
Czy ciocia nie wybiera
z półmiska lepszych sztuk?
Czy – przewracając stolik -
stryjaszek alkoholik
nie stłucze znów majolik,
choć sporo on już stłukł?

Takich pytań sto -
bardzo dużo to,
ale nie spoczniemy my -
aż sprawdziemy, czy:

czy kuzyn somnambulik
bladziutki jak śledź ulik
nie wejdzie śpiąc w koszuli
przestraszyć nas we śnie?
Czy siostra naszej pani
nie sprawi, że my, zanim
się spostrzeżemy, sami
w siostrzyczce zakochani?

Moja dziewczyna
jest jak z kina,
ze cztery lata z nią wytrzymam,
bo i rodzina, jej rodzina
cóż za rodzinę ma!

Mamunia się nie wtrąca
i szczęścia nie zamąca
a w złości nie potrąca
tatunio – król bon ton.
Wujaszek chłop otwarty
przegrywa ze mną w karty
a brat grzecznością party
powtarza wciąż: „Pardon”.

Tacy krewni to
sama radość, bo
oni zaufają i
dogadzają mi.

Jej szwagier, który tyra,
że w piersi dech zapira,
pożyczki mi i żyra
bez długich daje mów.
Stryjaszek – też nie ciężar,
w kieszeni nie ma węża.
A maż jej – dla jej męża
po prostu brak mi słów!

Trochę sobie posmucę…
Kocica poszła spać. Albo może zalicza kolejny bal, opiłowawszy karminowe szpony w aksamitne różowiutkie pazurki i zamalowawszy zadymione oko w słodko-błękitną blondynkę. I nie dowiem się, jak to było z tym półmężem i niedotrzymaną obietnicą dziecku.
Więc próbuję pracować. Ale się nie da. Moje problemy z kompem się nie skończyły. Kto nie wie, o co chodzi, niech sobie poczyta w moim drugim blogu. Bo ja, proszę ja Was, prowadzę podwójne życie. A więc i podwójny blog. Właściwie, to mam setki osobowości i mnie strasznie kręci, żeby założyć jeszcze jeden blog, no dwa… Góra trzy… ale boję się, że się pogubię. I tak, tak szczerze mówiąc, prowadzenie dwóch przekracza moje możliwości, i jeden w związku z tym schnie z tęsknoty, a drugi karmiony jest sporadycznie i głównie, jak ktoś się upomni… Albo jak mię muza najdzie, ale już nie raz wspominałam, że ona rzadko nachodzi.
Matko, zgubiłam wątek. Wszystkie wątki zgubiłam. Eeeeee….
Więc, dwa blogi, dwa światy, dwa „ja”. Właściwie wszystko jasne. Co tu się rozwodzić.
Więc, problemy z kompem. Dalej jest wolny jak nieszczęście, choć zdeinstalowałam wszystkie serwispaki, fajerłole i inne świństwa, którymi uszczęśliwił mnie małżonek. A i tak – internet dalej wolno chodzi, komp dalej wolno chodzi, skajp dalej się zawiesza, Trados dalej muli…
A prócz tego – utraciłam wszystkie „ulubione”, wszystkie przydasie – pliki, pliczki itp. mam na płytach i muszę ciągle ich szukać (czasem bardziej się opłaca czasowo przeprowadzić nową kwerendę w internecie, niż grzebać się w tych płytach). Bardzo dziwna rzecz – NK mi się ukazuje wyłącznie w stanie rozformatowanym, czasem i inne strony, ale NK najchętniej. Nie wiem, o co tu chodzi…
Już w rozpaczy mojej myślałam, żeby wziąć tę wspomnianą w innej notce szczotkę klozetową, otworzyć tył kompa, odśrubować, znaczy się – i – przeczyścić wszystko dokładnie, odkurzyć ślicznie, wiosennie, może się ocknie. Może on po prostu tylko nie ma ciśnienia, jak Kocica???
Ale nie na wszystko szczotka pomoże. No bo na progamy to nie.
Worda mam aktualnie niemieckiego, bo polski nie tylko, że się zgubił, ale się też nie odnalazł. Nie mam nic przeciwko niemieckiemu, nie żebym była nacjonalistką jakąś. Ten niemiecki jest całkiem sympatyczny, ale ma mankament – nie ma sprawdzania ortografii polskiej. Tylko niemiecką. A polski miał i polską i niemiecką. Więc jasno z obliczeń wynika, który lepszy.
Raczej jak na dłoni wszystko jasne…
Widzi mi się…

Motto na dzień dzisiejszy:
Ile języków znasz, tyle razy jesteś człowiekiem.
(J. W. Goethe)

Często jestem pytana jak (i czy w ogóle) funkcjonuje trójjęzyczność moich dzieci. Postanowiłam więc odpowiedzieć na to pytanie tu właśnie (i w razie potrzeby przesyłać pytającym link ;-)).
Więc…
Jak moim bliskim i znajomym wiadomo
moje dzieci (7,5 i 4,5) komunikują się w trzech językach:
- język polski – język matki i język, którym posługujemy się w rodzinie,
- język kazachski – język ojca (i jego krewnych),
- język niemiecki – język otoczenia (przedszkole, szkoła, „ulica”, urzędy, sklepy etc.).
__________________________
Zanim opiszę swoje perypetie związane z nawałem języków w życiu codziennych, przedstawię trochę teorii (pozbieranej tu i ówdzie, głównie z internetu – wikipedia, fora dot. wielojęzyczności, referat pod tytułem “Dwujęzyczność, jak się do niej dochodzi, jej wady i zalety”  wygłoszony przez Ewę Rybacką ze Szwecji na IV Międzynarodowej Konferencji Polonijnej “Europa polskich ojczyzn”, która odbyła się w dniach 22 – 24 września 2005 roku w Szczecinie.), artykuł „Podaruj dziecku język):

Definicja dwujęzyczności
Dwujęzyczność (bilingwizm) to umiejętność posługiwania się dwoma różnymi językami jako językami ojczystymi. Wynika ona najczęściej ze zróżnicowania etnicznego obszaru, na którym występuje. (por.
http://pl.wikipedia.org/wiki/DwujÄzycznoÅÄ
)
Bilingwizmu nie należy mylić z dyglosją (z gr. diglossia – dwujęzyczność). Dyglosja jest to podział na dwa istniejące w obrębie jednej społeczności i dopełniające się wzajemnie w swej funkcji języki. Dyglosja stanowi taki sposób współistnienia dwóch językowych systemów w ramach jednej językowej społeczności, że funkcje owych systemów znajdują się wobec siebie w stosunku dopełniającym, odpowiadając funkcjom jednego języka w zwykłej (niedyglosyjnej) sytuacji. O zjawisku dyglosji mówi się np. w przypadku opozycji: dialekt vs. wersja literacka języka lub wersja potoczna języka vs. wersja literacka języka.
Nie należy też mylić dwujęzyczności ze znajomością dwóch języków (jako języków obcych).
Medycyna posługuje się też terminem „bilingwizm” w innym znaczeniu – termin ten może też służyć do określenia zaburzeń rozwoju mowy, spotykanych u dzieci rodziców posługujących się dwoma różnymi językami. (por.
http://www.biomedical.pl/slownik-medyczny/bilingwizm-215.html
)
W naszym przypadku ma miejsce dwu-, a właściwie wielojęzyczność w pierwszym znaczeniu. Moje dzieci posługują się trzema językami jako językami obcymi, w zależności od sytuacji i od osoby, z którą rozmawiają.

Korzyści dwujęzyczności (z internetu, por.
http://www.polonia.de/vorteilemehrsprachigkeit.0.html
)

- Dwujęzyczność sprawia, że dzieci stają się bardziej chłonne, wszechstronne, bardziej otwarte na inne kultury, a poznanie innych kultur między innymi prowadzi do większej tolerancji.
- Łatwiejszy sposób komunikowania się owocuje większą pewnością siebie.
- To, że na określenie każdego przedmiotu i pojęcia ma się różne słowa wspomaga elastyczność i kreatywność myślenia.
- Dwujęzyczność ułatwia naukę innych języków, co ma również ogromne znaczenie w karierze zawodowej.
- Dwujęzyczność wspomaga rozwój oraz możliwości nauki, rozwija bowiem zdolności rozumienia i kojarzenia.
- Dzieci dwujęzyczne potrafią też z większą łatwością przestawiać się z jednego zadania na drugie i łatwiej się koncentrują.
- Dzieci dwujęzyczne są językowo bardziej twórcze, mają niejako większą świadomość jego wieloznaczności i wielostronności.
- Z punktu widzenia socjologii, dwujęzyczność pomaga uczyć tolerancji i propaguje wielowarstwowe społeczeństwo.

Negatywne strony dwujęzyczności
Byłabym jednostronna, gdybym nie nadmieniła, że są też głosy przeciwko bilingwizmowi. Temat ten porusza np. Colin Baker (profesor pedagogiki na Uniwersytecie w Wales) w książce „A Parents and Teachers Guide to Bilingualizm” (1995, szwedzki tytuł to „Barnets väg till tvåspråkighet, råd till föräldrar och lärare i förskola och grundskola”).
Negatywne strony posługiwania się dwoma językami według Bakera (cytuję za Ewą Rybacką, por.
http://www.modersmal.net/polska/dwu-i-wielojezycznosc5.htm
) to:
- Konflikt osobowości u dziecka, wynikający z posiadania dwóch języków ojczystych. Wyrastanie w dwóch językach to nie tylko dwujęzyczność, ale również wyrastanie w dwóch kulturach i identyfikacja z dwiema grupami etnicznymi.
- Ogromny wysiłek podejmowany przez rodziców, którzy konsekwentnie wychowują dzieci w dwóch językach
- Oba języki u dziecka są ograniczone.
- Dziecko nie radzi sobie w szkole w żadnym z języków. (Do takiej sytuacji mogłoby dojść na przykład w przypadku, gdyby dziecko zmieniło kraj pobytu, a rodzice nie zapewnili warunków do rozwoju języka rodzinnego. Z drugiej strony, placówki oświatowe kraju osiedlenia nie wywiązały się z zadania, jakim było nauczenie dziecka nowego języka.)

Przesądy
Ewa Rybacka porusza też temat przesądów związanych z dwujęzycznością. W swoim referacie (por.
http://www.modersmal.net/polska/dwu-i-wielojezycznosc4.htm
) zwraca uwagę, że jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych w środkach masowego przekazu popularyzowane były takie opinie:
- naturalna jest jednojęzyczność
- używanie kilku języków w życiu codziennym jest niepotrzebną komplikacją
- powinno się znać tylko ten język, który jest oficjalnym językiem w danym kraju
- niektóre języki mają wyższy status (są bardziej rozwinięte, posiadają więcej niuansów, są bardziej logiczne, są bardziej odpowiednie do wyrażania myśli) i właśnie tych powinni się wszyscy uczyć
- dzieci, które uczęszczają na lekcje języka rodzinnego nie nauczą się „języka otoczenia”. Stąd pochodzi określenie „półjęzyczność”, którym straszy się młodzież i rodziców do dzisiaj. Otóż uważano i bardzo szeroko propagowano ten przesąd, że jeśli dziecko będzie uczęszczało na lekcje języka rodzinnego, nie opanuje w wystarczającym stopniu (aby móc funkcjonować normalnie w społeczeństwie) ani jednego ani drugiego.
- dziecko może się nauczyć drugiego języka tylko wtedy, gdy zna podstawy innego języka
__________________________
Moje zdanie…
nietrudno zgadnąć, że nie zgadzam się z wymienionymi przez Bakera negatywnymi stronami wielojęzyczności, ani z przytoczonymi przez Ewę Rybacką (a pokutującymi jeszcze dzisiaj) przesądami. Nie będę ukrywać, że wielojęzyczność w rodzinie wprowadziłam m.in. z ciekawości. Z wykształcenia jestem lingwistką i bardzo mnie ciekawiło, „co z tego wyniknie”. Ale oczywiście najważniejszą przyczyną była komunikacja. Chciałam, żeby dzieci mogły swobodnie rozmawiać ze swoimi krewnymi zarówno z mojej strony, jak i ze strony męża. Chciałam też zostawić jakiś „ślad” mojego pochodzenia. Ale przede wszystkim chodziło mi chyba o to, że każdy dodatkowy język, to niejako prezent uczyniony dziecku. Zamiast mozolnie uczyć się każdego kolejnego języka, dziecko dostaje już „w kołysce” dwa albo trzy.
__________________________
Rozwój mojego pierwszego dziecka

Szczególnie uważnie śledziłam rozwój pierwszego dziecka (drugie stało się wielojęzyczne automatycznie). Dlatego tu skupię się na razie na wielojęzyczności D.

Niby nie wątpiłam, że dzieci uczą się języków o wiele łatwiej niż dorośli i że eksperyment musi się udać. Ale lekki niepokój czułam i tak. Głupio tak eksperymentować z własnym dzieckiem. Jeszcze w ciąży obłożyłam się literaturą, grzebałam w internecie. W tamtych czasach (zaledwie 8 lat temu) na polskich stronach temat nie był prawie w ogóle poruszany, na niemieckich owszem, ale skromnie. Najwięcej informacji można było znaleźć na stronach amerykańskich. Wypowiadali się głównie rodzice z małżeństw mieszanych, lub znajdujących się na emigracji (często z opcją powrotu). Dotarłam do kilku książek. Najsłynniejsza była wówczas praca Bernda Kielhoefera i Sylvie Jonekeit: Zweisprachige Kindererzeihung, którą znalazłam w bibliotece (
http://www.uni-saarland.de/fak4/bilingualFam/27_11_Teil%201.htm
). Kupiłam sobie również poradnik Elke Burkhardt Montanari:
Wie Kinder mehrsprachig aufwachsen (
http://www.amazon.de/Wie-Kinder-mehrsprachig-aufwachsen-Ratgeber/dp/3860991949
). Resztę doczytywałam w internecie. Miałam też to szczęście (bardzo mi to pomogło), że miałam w pracy koleżankę (Amerykankę mieszkającą w Niemczech), która wychowywała swoje dzieci dwujęzycznie i jej się absolutnie udało. To ona zresztą poleciła mi pozycjź Kielkoefera i Jonekeit. Stwierdziła, że jeśli będę postępować wg ich rad, to też mi się uda. Jakie to były rady?
- Zasada „one parent – one language” musi być ściśle przestrzegana (żeby nie doszło do mieszania języków).
- Rozwój dziecka należy stale porównywać z rozwojem rówieśników w obu językach.
- Należy zachować funkcjonalny podział języków, dbać o pozytywne nastawienie i o jednakowy emocjonalny i językowy kontakt obojga rodziców z dzieckiem.
Argumenty trafiły mi do przekonania, wydawały się jasne, logiczne i przejrzyste. Jedyny mój problem polegał na tym, że powyższe porady dotyczą dwujęzyczności. W naszym wypadku utrudnienie polegało na tym, że mnie chodziło o trójjęzyczność (powyżej dwóch języków mówi się w lingwistyce już o wielojęzyczności lub kilkujęzyczności). Już z podziałem „one parent – one language” mieliśmy problem. Musieliśmy do Mutter-Sprache (język matki – polski) i Vater-Sprache (język ojca – kazachski) dodać jeszcze Umgebungssprache (język otoczenia – niemiecki).
(Wyczytałam jeszcze , że istnieje także Familiensprache (język rodzinny – nieźle by było, jakby i to był niemiecki, ale „niestety” rozmawiamy w domu po polsku), Spielsprache (język zabawy – ten jest uzależniany od języka dziecka, z którym nasze dziecko się bawi), Schulsprache (język szkoły) i… Zählsprache (język, w którym dziecko liczy. Ponoć też istotne).)

Musieliśmy się też zastanowić, który język będzie pierwszym językiem, który drugim, który trzecim (bo to tylko teoria, że wszystkie języki rozwijamy jednakowo. Praktycznie jest to niemożliwe). Ustaliliśmy jednogłośnie, że kazachski może być ostatni. Wiadomo, że mąż spędza z dziećmi stosunkowo najmniej czasu. Będziemy zadowoleni, jeśli dziecko będzie rozumiało co się do niego mówi. Biegle władać tym językiem nie musi.
Równie jednogłośnie uznaliśmy, że językiem pierwszym musi być język niemiecki, gdyż w tym kraju dziecko będzie mieszkało i w tym kraju ma się czuć dobrze.
Utrzymanie niemieckiego jako pierwszego języka okazało się w naszej sytuacji niemożliwe. Teoria głosi, że prawie zawsze (choć i od tej reguły są wyjątki) językiem pierwszym dziecka jest język matki. Zwłaszcza jeśli to matka spędza z dzieckiem najwięcej czasu, akontakt z innojęzycznym otoczeniem nie jest bardzo intensywny. I tak się stało u nas. Po polsku mówiłam z synem od pierwszego dnia jego życia (o trudnościach z tym związanych opowiem później), po polsku czytałam mu książeczki (nawet jeśli książka była po niemiecku, tłumaczyłam „na żywo”). śpiewaliśmy polskie piosenki, słuchaliśmy polskich płyt, a jak dorósł do wieku telewizyjnego, oglądał polskie filmy (tzn. niekoniecznie polskie, ale w polskich tłumaczeniach). Największym moim osiągnięciem było założenie tzw. „polskiej grupy zabawowej”. Nic tak nie wspiera rozwoju języka, jak kontakt z rówieśnikami. A wiadomo też, że bez zachowania, rozwijania i doskonalenia języka pierwszego, nie dochodzi do dwujęzyczności.
Za to język niemiecki traktowaliśmy niestety „po macoszemu”. Nie mamy tu niemieckich wujków, cioć czy babć, nasze kontakty towarzyskie i sąsiedzkie były wówczas dość skromne, zwłaszcza po przeprowadzce do innego miasta (gdy D. miał roczek). Aby wesprzeć jego niemiecki zaczęłam uczęszczać na niemieckie grupy zabawowe i to nie na jedną, jak tu jest przyjęte, ale na … trzy. Na zajęciach grupy nadal mówiłam do dziecka po polsku (podstawowa zasada wychowania dziecka wielojęzycznego – nie mieszać języków!), ale językiem otoczenia był niemiecki i D. mógł się osłuchać. Mimo to, gdy szedł do przeszkola (w wieku 3 lat) nie mówił po niemiecku zbyt wiele. Ale – tak jak mnie zapewniano – już trzy miesiące później mówił swobodnie, a rok-dwa później poziom jego języka nie różnił się w żaden sposób od poziomu języka jego niemieckich rówieśników. Wielokrotnie jeszcze to kontrolowałam (w rozmowach z przedszkolankami, lekarzem), ale odpowiedź była zawsze taka sama. D. mówi po niemiecku tak samo, jak jego rówieśnicy.
Pierwszy (i jak dotąd jedyny kryzys) nastąpił w wieku lat 6-u. D. stwierdził sam (nie pamiętam, jak doszło do tej rozmowy), że nie czuje się w języku niemieckim tak swobodnie jak w polskim. Ponieważ znajomość polskiego była absolutnie biegła i nie pozostawiała nic do życzenia, ustaliliśmy, że rozszerzymy nieco posługiwanie się niemieckim. Nadal będziemy rozmawiać i czytać po polsku, ale tylko polskie książki. Niemieckie książki będziemy czytać po niemiecku (jednak język literacki to zupełnie inny język niż potoczny i tego pewnie D. brakowało). Będziemy też rozmawiać po niemiecku, jeżeli będziemy w towarzystwie nosicieli niemieckiego języka (przechodzimy jednak na polski natychmiast w tym samym momencie, w którym znikną oni z horyzontu). Tak też zrobiliśmy i jak do dzisiaj funkcjonuje to bardzo dobrze.
Problem mamy z językiem kazachskim, ale o tym napiszę innym razem.
__________________________
Rozwój drugiego dziecka
Jak już wspominałam, rozwój drugiego dziecka jest zwykle o wiele bardziej spontaniczny. Np. z synem mówię po polsku, więc i córka użycia tego języka w stosunku do niej nie kwestionuje. Wiele rzeczy dzieje się automatycznie, co jest dla dziecka dużym ułatwieniem. E. miała za to inny czynnik utrudniający - mała nie poszła do przedszkola tak jak D. w trzecim roku życia, a już w drugim. W momencie rozpoczęcia przedszkola D. mówił już dobrze po polsku. Niemiecki wdrukował mu się obok i w zasadzie raczej nigdy nie mieszał języków. E. natomiast nie mówiła wtedy jeszcze zbyt dobrze w żadnym języku. Polski i niemiecki „spadły” na nią równie intensywnie w mniej więcej tym samym czasie, co doprowadziło do tego, że zaczęła ona mieszać języki. W jednym zdaniu używała równocześnie słów niemieckich i polskich.
Na szczęście wyrosła z tego. W tej chwili mówi biegle zarówno po polsku jak i po niemiecku, ale z błędami – D. w jej wieku mówił o wiele lepiej… No i najsłabszy jest kazachski (o wiele słabszy niż u D.), ale to pewnie dlatego, że ojciec poświęca jej (i jej językowi) o wiele mniej czasu niż D. w jej wieku. Choćby dlatego, że ma teraz dwoje dzieci. Ale i dlatego, że rzadziej bywa w domu (praca). Bo nie sądzę, że trzy języki ją przerastają. Choć może???
__________________________
Sytuacja rodziców dzieci kilkujęzycznych
Dzisiejszy stan badań nie pozostawia już chyba nawet najmniejszych wątpliwości, że każdy dodatkowy język to swoisty „prezent” dla dziecka. Oczywiście chodzi o prawidłowo przyswojony język, a nie rozpaczliwe mieszanie języków i tworzenie tzw. „półjęzyków”. Osiągnięcie pozytywnych efektów wiąże się jednak z konsekwentną i ciężką pracą rodziców. W artykule pt.
Podaruj dziecku język (
http://www.we-dwoje.pl/podaruj;dziecku;jezyk,artykul,4894.html
) autorzy wymieniają dwie podstawowe, stojące do dyspozycji techniki.
Pierwsza z nich, Jedna osoba – Jeden język, polega na stosowaniu różnych języków przez różne osoby, np. ojciec mówi do dziecka tylko w języku angielskim, mama polskim, a opiekunka francuskim. Przy konsekwentnym rodziale języków dziecko radzi sobie z rozróżnianiem poszczególnych języków i rzadko je myli podczas rozmowy w różnymi osobami.
Drugą metodą, stosowaną często przez rodziny emigrantów, jest metoda Jedno miejsce – Jeden język. Opiera się ona na założeniu, że języka kraju, w jakim dziecko jest wychowywane, nie trzeba uczyć w domu, bo poprzez kontakt z rówieśnikami i używanie go w szkole i tak go świetnie opanuje. W domu używany jest więc drugi język – np. najlepiej opanowany przez rodziców język obcy.
Znamienne jest, że większość książek i artykułów o wielojęzyczności skupia się na sytuacji dziecka. Dlatego zaskoczona byłam (potem, już „w praniu”) tym, jak trudno w tej sytuacji rodzicowi.
Po pierwsze – jak trudno dbać o czysty rozdział języków.
Mieszkając za granicą sama jestem wielojęzyczna (choć w moim przypadku mowa jest to nie kilka języków ojczystych, a jedynie język ojczysty plus dwa obce. Jakkolwiek bym biegle mówiła po niemiecku, językiem tym nigdy nie będę władać tak, jak językiem ojczystym. Za stara byłam w momencie emigracji). I ta wielojęzyczność sprawia mi pewne problemy. Często znajduję się w sytuacji, w której muszę przeskakiwać z języka na język. Nie będę ukrywać, że przed przyjściem na świat dzieci język mój powoli zamieniał się w pidgin niemiecko-polsko-rosyjski. O ile moi rozmówcy władali wszystkimi trzema językami (a ponieważ studiowałam slawistykę w Niemczech, do grupy tej zaliczało się gros moich znajomych), nie zadawałam sobie trudu i nie dbałam o czystość żadnego z języków. zaczynałam zdanie w jednym, kończyłam w drugim. Używałam niemieckich słów z polskimi końcówkami, ozdabiając to wszystko rosyjskim porządkiem zdania. Bo czemu nie? Jak tak było łatwiej? Zabawniej?
Dopiero od momentu przyjścia na świat D. zaczęłam „pracować” nad swoimi wypowiedziami. Jasne było dla mnie, że tak jak ja mówię, będzie mówiło moje dziecko (jedno „lustro” już w domu miałam – mój mąż, który uczył się ode mnie języka polskiego). Zmienienie przyzwyczajeń wiązało się z żelazną samodyscypliną i konsekwencją.
Po drugie konsekwentne mówienie do dziecka w języku polskim (w niemieckim kraju) wiąże się z problemami sytuacyjnymi.
Jeśli matka siedzi z dzieckiem na kolanach w autobusie i dziecko to kopie siedzącą na przeciw staruszkę, matka zwykle mówi: syneczku/córeczko, jak Ty się zachowujesz, przeproś w tej chwili panią! Czy dziecko przeprosi czy nie, to inna sprawa, ale matka w ten sposób już zasygnalizowała pani, że widziała i niejako przeprasza w imieniu dziecka. W mojej sytuacji powyższa kwestia wypowiadana była w języku  niezrozumiałym dla otoczenia (czyt. kopanej osoby) i musiała być na bieżąco tłumaczona, lub wymagała dodatkowych objaśnień. W ogóle w każdej sytuacji, czy to u lekarza, czy w przedszkolu, czy na placu zabaw, zawsze i wszędzie, od lat już tłumaczę, że sorry, że przepraszam, że wiem, że niegrzecznie, ale muszę, ale dwujęzyczne wychowanie, ale zasady one person – one language. Badania, wymagania, publikacje… Uffffffffff! 
__________________________
Na zakończenie przytoczę jeszcze parę definicji języka (nie wszystkie!), zaczerpniętych z raportu Eurydice i projektu europejskiego
Socrates.
Język urzędowy (oficjalny) to „język używany w zakresie prawa i administracji w konkretnym regionie danego państwa. Status oficjalny może dotyczyć pewnej części Państwa lub całości jego terytorium” (Eurydice, 2005: 84). W tym drugim przypadku mówi się też o języku (językach) państwowym (państwowych)” (Eurydice, 2005: 83).
Język regionalny lub mniejszościowy to „język tradycyjnie używany na terytorium Państwa przez obywateli tego Państwa stanowiących mniejszość w stosunku do reszty jego ludności; jest on różny od języka (języków) państwowych. (Ta definicja opiera się na Europejskiej Karcie Języków Regionalnych lub Mniejszościowych, Rada Europy, 1992.) Z reguły chodzi tu o języki rzadziej używane przez dane grupy ludności, które wywodzą się z danych terenów lub są tam osiedleni od wielu pokoleń. Języki regionalne lub mniejszościowe mogą mieć status języków oficjalnych, lecz z definicji ich użycie ogranicza się do strefy, gdzie się nimi mówi na co dzień” (Eurydice, 2005: 84).
Język ojczysty to pierwszy język nabyty przez daną osobę (która staje się jego mówcą rodzimym) poprzez kontakt z najbliższym środowiskiem rodzinnym i społecznym.
Język drugi to inny język opanowany później, już po opanowaniu języka ojczystego, obecny w środowisku uczeniowym i mogący ewentualnie funkcjonować jako język nauczania (skolaryzacji)
Język obcy to język wyuczony, który nie jest językiem ojczystym uczącego się ani nie jest używany w jego otoczeniu przez historycznie ukonstytuowana wspólnotę, ani też nie jest wykorzystywany w skolaryzacji (nauczaniu). Wychodząc z rozróżnienia między językiem ojczystym (inaczej językiem pierwszym), językiem drugim (językiem mającym status prawny, obecnym w otoczeniu społecznokulturalnym uczącego się) a językiem obcym, wyróżnia się nabywanie (akwizycję) języka ojczystego i uczenie się języka drugiego (czasem w środowisku pozaszkolnym) czy języka obcego (z reguły w środowisku szkolnym).

__________________________
Moje wątpliwości
W powyższych definicjach jest pies pogrzebany. Tzn. nie wiem, czy dzieci moje nabyły język niemiecki (jako język ojczysty, drugi język ojczysty), czy nauczyły się go jako języka drugiego (nie obcego, ale też nie pierwszego)?
Nie wiem też, czy „kolejność” języków może się zmienić. Tzn. czy język, który został nabyty jako pierwszy (w naszym przypadku polski) może z czasem stać się językiem drugim, a wyuczony język drugi (niemiecki) wskoczyć na pierwsze miejsce?
Poza tym dużo się zastanawiam nad spotkanym w czytanych przeze mnie książkach, poradnikach, artykułach itp. terminem „nierówność języków„. Nawet nabyte równolegle języki nie są między sobą równoważne, gdy idzie o ich atrakcyjność dla danego dziecka.
Bierze się tu pod uwagę cechy języka (obiektywne postrzeganie „trudności” danego języka czy jego status jako języka komunikacji w skali międzynarodowej). Oraz cechy języka, oceniane indywidualnie (subiektywnie) przez dziecko: Czy przydaje mi się on w najbliższym otoczeniu? Jaka będzie jego funkcja w moim życiu? Czy mam stałe kontakty z użytkownikami danego języka? (
Socrates)

Myślę, że dlatego właśnie kazachski jest najsłabszym językiem moich dzieci. Literatura podkreśla, że dziecko musi mieć odpowiednio dużą styczność z danym językiem – najlepiej 30% w ciągu dnia (por. Podaruj dziecku język). A nasze dzieci mają kontakt z ojcem jmocno ograniczony (Mój mąż jest cały tydzień w pracy – z dziećmi widuje się zazwyczaj w weekendy). Oprócz tego dzieci muszą widzieć jakąś inną (oprócz kontaktu z ojcem) atrakcyjność tego języka. Nie znają żadnych rówieśników, mówiących tym językiem. Dorosłe osoby można na palcach jednej ręki policzyć (oprócz ojca, jeszcze jego siostra i brat – oboje mieszkający w Niemczech, ale dość daleko od nas). W Kazachstanie dzieci były jak na razie tylko raz i to krótko. Naukę języków należy opierać nie tylko na rozmowie z dzieckiem. A u nas język kazachski nie jest obecny w żadnym życiu towarzyskim, kulturalnym. Nie mamy żadnych filmów, żadnych dziecięcych piosenek w tym języku.

Możnaby też zastanawiać się, czy  małe dziecko może ocenić status jakiegoś języka.
Oczywiście, że może! Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której pani w piekarni, słysząc dziecko mówiące po angielsku uśmiechnie się: o, takie małe, a tak ładnie mówi po angielsku. A teraz druga sytuacja – pani słyszy dziecko mówiące po turecku/polsku/rosyjsku i krzywi się: ale tu tych brudasów nazjeżdżało… Zapewniam, że nawet małe dziecko wyczuje różnicę w reakcji. Tak samo podejrzewa dziecko niski status języka, jeżeli matka (ojciec) mówi do dziecka przyciszonym głosem w ojczystym języku: pssst, żeby nikt nie słyszał… Trudno oczekiwać od dziecka, że będzie ono potem bez oporów i otwarcie takiego języka używało.
Dlatego ja się nigdy polskiego nie wstydziłam. Zawsze mówiłam po polsku głośno i otwarcie. Niemieckich znajomych przepraszałam z uśmiechem, tłumacząc, że wychowanie dwujęzyczne wymaga ścisłego rozdziału języka i niestety muszę w ich obecności mówić po polsku. Miłe i spokojne wytłumaczenie wywoływało zawsze pozytywną reakcję: ależ oczywiście, ja to rozumiem. Wiadomo, że w interesie dziecka jest znać jak najwięcej języków. Większy problem miałam z polskimi znajomymi. Z tymi, co się swojego pochodzenia wstydzą. Z tymi, co na moje polskie zdania odpowiadali po niemiecku. Z tymi, co odpowiadali po polsku, ale szeptem, oglądając się, czy ich aby nikt nie słyszy. Ograniczam do minimum kontakt z takimi ludźmi, ale czasem kontaktów nie dało się uniknąć. Wtedy musiałam objaśnić sytuację mojemu zaskoczonemu synowi (córka jeszcze nie kojarzy) – tak, synuś, ta pani już nie pamięta polskiego. Widocznie go rzadko używa i zapomniała. Tak, kochanie, ten pan się wstydzi mówić po polsku. Cóż, widocznie ma jakieś powody. my się nie wstydzimy – ciepły, zachęcający uśmiech. 
Jeśli chodzi o polski chyba nam się udało. Syn mój rzeczywiście nigdy nie wstydził się tego, że mówimy w innym języku, ba! wręcz miał poczucie, że jest w czymś lepszy. Córka robi i tak najchętniej to, co brat (jeszcze :-)), więc z  nią problemów w ogóle nie ma. Gorzej z kazachskim. Ale w przyszłym roku jedziemy na wakacje do Kazachstanu. Może to spowoduje jakiś przełom.

Ps. Aha, dzieci mówią między sobą po polsku. Mimo, że chodziły do tego samego przedszkola i były w tej samej grupie (w Niemczech w jednej grupie są dzieci w różnym wieku. Od 2-7 lat). Ale to już nie moja zasługa. Tak wyszło.

Kocica mnie wczoraj oświeciła, co to znaczy feeryczny. Wg. SJP bajkowy, baśniowy, czarodziejski, mieniący się barwami, światłem <fr. féerique, od féerie>. A ja nie wiedziałam. Zwrot „feeria barw” słyszy się na każdym kroku. I mimo to nie skojarzyłam – feeryczny mi się kompletnie splątał z fertycznym (zwinny, zręczny, żwawy) i eterycznym (lekki, zwiewny, subtelny). I tak dobrze, że nie z erotycznym bądź fraternistycznym. No to jestem o jedno słowo mądrzejsza. A w sumie o trzy.
A wszystko przez Starszych Panów.
_________________________________________

A, właśnie, a propos Starszych Panów…Nie wiem, czy cytowanie Starszych Panów jest dozwolone. W dzisiejszych czasach, w których wszystko jest objęte ochroną – wizerunek, słowo i co tam jeszcze może i Starsi Panowie są objęci? Umówmy się tak: ja ich zacytuję (bo uważam, że to ogromna strata dla ludzkości, jeżeli ktoś ich nie zna, a przy tym nie rozumie skąd nazwa mojego blogu i wszystkich, ale to naprawdę wszystkich w nim notek), a jeśli to się komuś nie podoba (właścicielom praw, spadkobiercom itp., to niech do mnie napiszą, a ja wtedy szybciutko wymażę, dobra?

Ale muszę, no muszę Wam ich przybliżyć, bo – - – no bo muszę!
_________________________________________

Więc zaczynam od trupa:

Ballada z trupem (muz. Jerzy Wasowski, tekst Jeremi Przybora)
Ballada z trupem, z trupem ballada
otwieram szafę facet wypada
Wprost z Białowieży wracam i łup
jak długi leży trup u mych stóp
   Ach strach, strach, rany boskie, rany boskie
Może nie trup to może to kukła
Z szafy do stóp mi jak długa gruchła
Gdybym się uparł mogłbym ja tknąć
Eee.. lecz głupio trupa tak tknąć jak bądź
   Ach strach, strach, rany boskie, rany boskie
Więc zaraz wołam żonę mą Władkę
i pytam czy to nie trup przypadkiem
Włos się jej zjeżył, serce jej łup
i Władka leży też u mych stóp
   Ach strach, strach, rany boskie, rany boskie
Myśle do trupa za chwile wrócę
Lecz najpierw żonę
Władkę ocucę
i na kanapke taszcze tup, tup
Żone mą Władkę z oczami w słup
   Ach strach, strach, rany boskie, rany boskie
Tylko że myśle gdy się ocuci
znow trupa widok w niebyt ja rzuci
zaś nie ponowi jej się ten szok
o.. jeśli się dowi że nie ma zwłok
   Ach strach, strach, rany boskie, rany boskie
Reasumując naprawię gafę
trupa pakując z powrotem w szafę
I tu enigmat ciemny jak grób:
trupa już nie ma tam gdzie byl trup
   Ach strach, strach, rany boskie, rany boskie
Lece na schody zbiegam w piwnice
Nigdzie ni śladu trupa nie widzę
Wracam na górę – a niech to kat
Po mojej żonie też przepadł ślad

   Ach strach, strach, rany boskie, rany boskie
Trafu widocznie takiego łupem
Padłem, że żona mi uciekła z trupem
Trafy przeklęte gdy Ci do stóp
Z szafy wypada przystojny trup
   Rany boskie…
__________________________________________

Mój trup oczywiście jest całkiem innego rodzaju.
Wszyscy wiemy że został on użyty umownie i przenośnie oraz me-ta-fo-ry-cznie…    A zaczęło się od dywanu…
 

Cały czas gryzie mnie ten robal: jestem plotkarą, czy nie jestem? Ona mówi, że jestem. I ja już nawet prawie uwierzyłam.

Ale resztką sił się bronić chciałabym – może jednak nie jestem???
No bo powiedzcie sami.
Czy jeśli osoba a zna osobę be i wie, że ta osoba be jest żoną osoby ce. To czy ta osoba a nie potrafiłaby się domyśleć, że osoba be może nosić nazwisko osoby ce? Bo ja to myślę, że potrafiłaby. I że to nie byłoby jakieś specjalnie trudne. Ok, ja nie noszę nazwiska mojego męża. I on nie nosi mojego. Ale często się zdarza, że mąż nosi nazwisko żony, a ciągle jeszcze częściej, że żona męża. No nie? Więc nie potrzeba chyba żadnych plotek, żeby wysnuć taką konkluzję. No nie? Jeżeli osoba be obgaduję osobę ce, czyli swojego męża po nazwisku i pisze o tej osobie ce jeszcze pieszczotliwie „mój stary”, to raczej można się domyśleć, że jest ona (osoba be) małżonką osoby ce (mogłaby też być córką, ale wtedy by nie pisała wymiennie – „mój stary” – nazwisko – „stary” – nazwisko etc… Tylko po prostu „stary”. No nie? I jeśli jeszcze wszystkie osoby na świecie, znające osobe ce, znają jej (osoby ce) nazwisko (bo tylko po nazwisku się do osoby ce dlaczegóś mówi), to…
No powiedzcie sami…


  • RSS