ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2008

Kontynuując poniższy temat (już dawno chciałam kontynuować, ale mi się los sprzysiągł, a może to wiosna w lutym, nie wiem, ale coś mi się sprzysięgło), więc kontynuując temat, to nieźle też jest mieć żonę.
Żona zrobi wszystko, to co robi Pani Wiesia – tzn. posprząta, pozmywa, popierze, sprasuje, przyszyje, wytrze, wymyje, napełni, opróżni, ugotuje, znowu pozmywa, znowu posprząta i tak w kółko macieju.
Oprócz tego jeszcze ten chińczyk i makao i puzzle i książeczki.
Żona zrobi wszystko, to co robi Pani Wiesia, a do tego ma jeszcze parę innych walorów – w chorobie zaopiekuje, ziółek naparzy, kanapkę zrobi… Kwiatka przyniesie, albo drożdżówkę…
A i bez choroby jest nieoceniona - terminów dopilnuje, o tym pomyśli, o tamtym nie zapomni, o tym przypomni…
Jesterkusieńku, jak fajnie jest mieć żonę! Ja mam nawet jedną, ale niestety zaledwie wakacyjnie. Bywają wakacyjne romanse, a ja mam wakacyjną żonę.
Bo z wszystkich aspektów żony nie interesuje mnie tylko ten romansowy – jak szanowny czytelnik już z poprzednich wątków zapewne wykonkludował, jestem całkowicie hetero.
Ale poza tym to wszystkie inne owszem, jak najbardziej. Bardzo bardzo fajnie mieć żonę…Dla żony to się i żoną nawet chce być – żona doceni, dojrzy, pochwali. Nie to co mąż… No, o mężach to tu nie będę, może inną razą…

„Jak znowu coś będzie chciał czyścić, to wręcz mu szczotkę klozetową” – święte słowa! Szkoda, że Kocica wypowiedziała je po, a nie przed.
Już, już wyjaśniam, o co chodzi. Mojemu mężowi nie podobał się mój komputer. Nie mam pojęcia, czemu nie powiedziałam mu, że jak mu się nie podoba, to niech nie patrzy. Nie – nie, ja słuchałam i dawałam się indokrynować - że za wolno chodzi, że zaśmiecony, że zanieczyszczony, że zawirowany, zawirusowany, zakoniowany koniami trojańskimi, robakami itp. itd. Po co ja mam na nim tyle śmieci?! – po co mi te zdjęcia, obrazki, dokumenty, dokumenciki…
Wiecie, w sumie to mój komputer, moje śmieci, moje robaki, moje wirusy. Co mu one przeszkadzały? Nie wiem. Ale marudził mi tak już od pół roku i przedwczoraj się złamałam. A raczej dałam złamać.
Powypalałam sobie moje skarby (zdjęcia, obrazki, dokumenty, dokumenciki, listy, liściki) – pół dnia pracy i już. Nie zapomniałam o wyeksportowaniu kontaktów z gg i skajpa. Zapomniałam za to o ”ulubionych” z exploratora. Nie szkodzi. Góra pół roku i uda mi się wszystkie zakładki odtworzyć. Gorzej, bo nie sprawdziłam, czy mam wszystkie mi potrzebne programy na płytach.
I pozwoliłam mężowi czyścić. Czyścił czyścił czyścił. Pół dnia i już. Potem instalował instalował instalował. Obwarował mi kompa różnymi programami antywirusowymi, antykoniowymi i antyrobakowymi. Założył ścian ogniowych i pozaklejał dziury windowsa backupami.
A potem powiedział, że resztę to już ja sama. I wyjechał.
A ja zostałam z czyściutkim, dziewiczym kompem. System operacyjny i internet.
I programy antywirusowe.
Ok, wiedziałam, że instalacja Tradosa (programu dla tłumaczy) zajmie mi trzy dni, bo tyle mi zajęła na początku. Ten program ma kilka modułów i trzeba dokładnie pamiętać, co po czym i co przed czym. Ale nie pomyślałam, że zginie mi ulubiona płytka, z ulubionymi programami niezbędnymi mi, ale to absolutnie niezbędnymi do życia. Nie do odtworzenia. Próbowałam odtworzyć, ale się nie dało. Prosiłam, błagałam, molestowałam, zawracałam gitarę. Proponowano mi zastępstwa – taki program i siaki program. Wszystko ok, ale wszystko to nie to.
Poza tym komputer okazał się być o lata świetlne wolniejszy niż przed przeprowadzoną detoksykacją…
Poza tym ten i ów program nie chodził w ogóle. Np. gadu-gadu… Za nic. Nowa wersja nie chodziła. Chodziła stara, ale szczerze mówiąc była okropna. Zewnętrznie i wewnętrznie.
Dziś wieczorem, po wizycie kumpla komputerowca przynajmniej prędkość się zwiększyła. Powyłączał on bowiem wszystkie ściany, zatykacze dziur i tym podobne, gdyż - jak mi wyjaśnił – komputer podłączony jest do routera, który to wszystko już ma. Więc urządzono tu masło maślane.
Gadu-gadu też nagle zaczął chodzić. Okazało się, że to ściana ogniowa go blokowała…
Pozostałych programów nie odzyskałam na razie, ale za pomocą różnych erzaców udało mi się problem obejść.
Jeszcze tylko trzy dni instalowania Tradosa i mogę zacząć zbierać moje ulubione śmieci, zdjęcia, obrazki, dokumenty, dokumenciki, wirusy, wirusiki. I ufff. Będzie swojsko – jak przedtem.
I wara!
Jak ktoś mi coś powie, to dostanie szczotkę klozetową do ręki!

Czy ktoś wie, kto to jest Pani Wiesia?
H. wie, bo to ona ukuła ten termin. Pani Wiesia to skarb.
Pani Wiesia to marzenie (czasem nie do końca uświadomione) wszystkich pracujących (a czasem i niepracujących) żon i matek.
Pani Wiesia może mieć na imię pani Basia, pani Stasia albo jeszcze inaczej. Kwintesencją jej jest to, że musi być wtedy, kiedy jest potrzebna. Czyli generalnie zawsze.
Bez pani Wiesi nic nie funkcjonuje, z panią Wiesią wszystko!
Pani Wiesia jest bowiem aniołem. Gotując zupkę dla dzieci, ugotuje trochę więcej, żeby pan domu się pożywił. A czasem i dla pani domu starcza.
Pani Wiesia nie lubi siedzieć bezczynnie – przeprasuje zaległe kupki, przyszyje odpadłe guziki.
Przejedzie odkurzaczem po dywanach, przetrze kurze, napełni zmywarkę, opróżni zmywarkę, właduje rzeczy do pralki (posortowawszy je uprzednio), wyjmie rzeczy z pralki, powiesi je na suszarce, zdejmie je z suszarki, posegreguje, poskłada, znowu wyprasuje (bez odkładania na kupkę)…
Tu podniesie zabawkę, tam podniesie zabawkę, tu wyrówna książki, tam schowa spineczkę na miejsce…
Ręczniki wymieni na świeże, umywalkę wyczyści, lustra odplami, czasem i wannę umyje…
Oczywiście gra z dziećmi w makao, chińczyka, układa puzzle, czyta im książeczki, wyciera nosy, pamięta o tabletkach, kropelkach, syropkach…
Aaaaaaach – i jest tak doceniana!
Nikt po przyjściu do domu nie powie jej: co Ty cały dzień robiłaś???

Chcecie trupa? Macie trupa – świeżuteńki, jeszcze ocieka krwią. Nie, nie zamordowałam jeszcze, alem bliska. Na razie w myślach. Bo szwagierka… Nie znacie szwagierki? Nie ta siostra męża, tylko ta druga – żona brata męża.
Więc ta właśnie szwagierka, będąc skądinąd narodowości znanej z prostoty, asertywności i nieprzesadnie wylewnych stosunków międzyrodzinnych nagrała mi się na sekretarkę. W te słowy: „więc w sobotę jedziemy do mojej koleżanki, potem do mojego brata, a wieczorem przyjedziemy do Was, przenocujemy i w niedzielę tak po śniadaniu będziemy wracać do domu…”
Ot, i tyle. Koniec nagrania.
Potwierdzenie rezerwacji hotelu i informacja – śniadanie proszę podać, obiadu już nie.
O nie, przepraszam, jeszcze uwaga: jakby coś się miało zmienić (w czym zmienić, czy ja coś z kimś ustalałam?), to oddzwoń proszę.
Oddzwoniłam.
Bo tak się głupio złożyło, że apartement już zarezerwowany. Ciocia z zagranicy przyjeżdza w sobotę i jakoś to koliduje nieco.
Też miałam przyjemność z sekretarką, też się nagrałam.
Sorry bardzo, nie mogę potwierdzić rezerwacji…

Nadeszła wiosna. Może jeszcze przyjdzie zima, nigdy nic nie wiadomo, mamy wszak początek lutego, ale na razie mamy wiosnę. Niebo czyste bez jednej chmurki, świeci piękne słonko. Z ziemi już do dawna wyglądają przebiśniegi, wczoraj dzieci mi podarowały pierwsze krokusy. Ach, jak miło…
W nocy z przedwczoraj na wczoraj skończyłam superdługiesupertrudne tłumaczenie i od wczoraj jest mi wiosennie. I lekko. Półtora tygodnia tkwiłam skulona nad panelami operatorskimi, zespołami zasiłania powietrza i przewodami pneumatycznymi tudzież elektrycznymi. A teraz koniec. Ach jak przyjemnie…
To nie znaczy, że nie mam nic a nic do roboty. Nie nie nie – to nie to. Mam parę małych tłumaczonek – małych-malutkich, niepozornych. Mam kilka pism urzędowych do pilnego napisania. Mam ogłoszeń o pracy stosik na biurku – można by parę aplikacji wystosować. Zaległości w korespondencji urzędowej i prywatnej.
Zaniedbane, niedoczytane, niedogłaskane dzieci…
Niewysłuchany mąż…
Zapuszczone mieszkanie….
Kontakty towarzyskie w rozsypce….
Blog świeci pustką…
Picassowa galeria zdjęć pyzieje…
NK w zastoju…
Festyn majowy się zbliża – tak tak, mimo że luty to trzeba już zacząć robótki rodzicielskie do wsparcia przedszkolnej kasy wykonywać…
A te kupki do szycia, łatania i cerowania, a te do prasowania???
Wiosna? Jaka wiosna? Co tak pociemniało??? A, to okna niemyte od… Może lepiej nie powiem…
To ja lepiej już sobie pójdę…

dlaczego? Ja się na to absolutnie nie zgadzam. Ani trochę. Byłeś Paryżem. Paryż był Tobą. Bez Ciebie Paryż nie ma sensu. Bez Ciebie Paryż nie jest Paryżem. Może Ci tam lepiej, może rzeczywiście patrzysz z góry i – jak mówi Małgorzata – troszkę się podśmiewasz z naszych tu zmagań z przyziemną codziennością, ale ja nie chcę!
Małgorzata… Cieszę się, że się pobraliście. Nawet jeśli byliście tylko miesiąc małżeństwem i tak fajnie. Z wszystkich Twoich opowieści wynikało, że była ona najważniejszą kobietą Twojego życia (no oczywiście oprócz Kasi – to zupełnie inna bajka) i tak nie do końca rozumiałyśmy z Martą, dlaczego nie jesteście razem. I się udało… Tylko czemu mimo to odszedłeś? A może właśnie nie mimo to tylko dlatego? Bo doszedłeś do celu, osiągnąłeś to, do czego dążyłeś, uporządkowałeś, co było w nieładzie i uznałeś, że możesz spokojnie odejść?
Ale ja nie chcę! Dzień wcześniej ustaliliśmy z A. że tego lata jedziemy do Paryża. Koniec z Turcjami, czas, żeby D. coś pokazać – żeby mu pokazać Paryż, czas żeby go Tobie przedstawić … A Ciebie już od września nie ma…
Martusiu, czy Ty możesz sobie wyobrazić to miasto bez Jurka? Miasto zwykle zwiedzałyśmy same (no, może oprócz defilady oglądanej od tyłu), same oglądałyśmy zabytki, same zachodziłyśmy do galerii, knajpek, same się włóczyłyśmy po sklepach, same łykałyśmy klimaty… Ale potem zawsze był powrót do Fonteney aux Roses, metro, schody, jakiś most, krótki spacer… I studaniowa obiado-kolacja… Przystawki, pierwsze dania, drugie dania, trzecie dania, czwarte dania, desery, sery-zamykające-żołądek, kawa, ciasto – wszystko własnoręcznie upichcone, wszystko własnoręcznie upieczone. I jeszcze aperitif i jeszcze digestif i jeszcze czerwone wino do obiadu i jeszcze białe do deseru i jeszcze papieros między jednym daniem a drugim. I jeszcze papieros między drugim a trzecim. I to one właśnie, te papierosy… Ale nie będę prawić morałów.
Więc ten obiad. I rozmowy do nocy, i ciekawe dowcipne anegdotki i dobra muzyka…
I na drugi dzień znowu w Paryż – Defence, łuk tryumfalny czy Louvre – wszystko to piękne i oszołomiające i takie francuskie, takie paryskie, ale tę najprawdziwszą atmosferę tworzył jednak Jurek.
Żyjący od ponad 30 lat we Francji, mówiący pięknym językiem polskim, znający, ceniący i celebrujące wszystkie zwyczaje Francuzów, nie wstydzący się jednak i nie ukrywający korzeni. Co było takie odświeżające po niemieckich Polakach. Czy po polskich Niemcach? Zwał ich jak zwał, są żałośni.
Zawsze otwarty dla przyjaciół, zawsze serdeczny i gościnny. Otwarty dom, otwarte serce, otwarta kuchnia… Nawet klucze nam kiedyś zostawiłeś, jadąc do Polski. żebyśmy mogli sobie poszaleć. Nie skorzystaliśmy w końcu, inaczej się złożyło, ale to taki ładny gest.
Nie ma Cię, ale – Boże, wiem, że to strasznie banalnie brzmi, tylko co mam powiedzieć, jeśli taka jest prawda?! - będziesz z nami, tak długo, jak długo Cię zachowamy w pamięci. A my nie zamierzamy Cię zapomnieć! Mamy filmy przez Ciebie montowane, zdjęcia przez Ciebie robione…
I przede wszystkim mamy Paryż. Który już na zawsze zostanie w nas, jako Twoje miasto…

Rozmawiałam dziś z siostrą o siostrze (czyli z jedynką o dwójce – właściwie dwójka była przed jedynką – chronologicznie, ale tak mi się napisało na początku, niech tak już zostanie).
I ona mówi, że się nie dziwi, tylko że się dziwi, że ja się dziwię. I że mam to opisać.
A jak ja mam to opisać, jak jestem cała zalinkowana. Mówi, że mam założyć trzeci supertajnyłamaneprzezcośtam i już. Ale to już jest ten tajny, a jak założę trzeci tajny, to też się prędzej i później zalinkuje i tak się wszystko wyda, więc w sumie to wszystko jedno.

Ale ad rem. Więc ona się nie dziwi. Tylko się dziwi, że ja się dziwię. A ja się przecież (przesz – mówi moja córa) nie dziwię, że tak było, tylko że tak długo trzyma. 25 lat trzyma. I to mocno trzyma, jak wynika z kontekstu. Głęboko siedzi. Straszne.
Ciekawe jak to się stało, że ja się z tego podniosłam. A może się nie podniosłam? Może sobie leżę i nawet nie wiem, że leżę? Może moja hipersomnia, alzheimer i to wszystko to właśnie z tego? I jeszcze ABCDEFGH… Jak u nich? Pewnie tak.. W sumie czemu miałabym mieć inaczej… Nawet powinnam mieć troszeczkę bardziej…
Muszę się zastanowić
Idę sobie…

Kocicy się alzheimer kłania. Na kolanach jej się kłania…
Też mi coś!
Komu się nie kłania? Mi się kłania, z całą pewnością. I całą jego butnością. W całej jego okazałości.
Synusia dziś bolał brzuch. Dostał termofor. Córusia na to – mi też, mi też, mi też. Ona ma zawsze tak jak on. Ale ja nie zawsze mam tak jak ona. Ale tu mam. Bo też mam dwoje dzieci, które mi nadszarpnęły synapsy. Najpierw w ciąży szarpały, potem w okresie mleczno-karmiącym szarpały i nadal szarpią. Czy ja mam jeszcze jakieś synapsy? Jeśli tak to niewiele… I mocno nadwyrężone. Jak naciągnięta gumka do majtek – dęg, dęg, dęg…
Dzwoniła SD (ta bez numeru). Mówi, że nie mogła być w poniedziałek na spotkaniu grupy i że jej przykro. Nie ma powodu jej być przykro, bo grupy nie było. Jak-to nie było? Tak-to nie było – odwołana była. A czemu jej o tym nie powiedziałam? Bo zapomniałam…
No tak, ale nasi synowie byli umówieni –  chcieli się przecież spotkać. Ach, spotkać się chcieli? Też zapomniałam…
No to może się jakoś umówimy? Może w czwartek. W czwartek nie mogę, bo już jestem umówiona. Tylko nie pamiętam z kim. Eee, zapomiałam. Pamiętam, że w czwartek. A z kim – zapomniałam…
Ale mogę w środę. Tylko po skrzypcach, bo po szkole synuś ma skrzypce. Króciutko, pół godzinki, ale ma. Nie mam skrzypiec wpisanych do kalendarza, zaraz wpiszę, żeby nie zapomnieć. O, wpisałam. Więc jak? Umawiamy się dalej… Dobra, niech będzie środa. To już Cię wpisuję… – o, nie mogę w środę, w środę coś już mam. Co to jest? Skrzy…? Co za skrzynia?? Aaaa, skrzypce… Skrzypce? Skrzypce! No tak, przecież przed sekundą je wpisałam. Skrzypce mam, ale króciutko, pół godzinki, może być środa. Wpisujemy.
Byle bym tylko nie zapomniała do kalendarza zajrzeć – o, właśnie zaglądam, może coś… O kurcze! Teściowa ma dzisiaj urodziny, tzn. miała, bo u niej tam ciemna noc teraz. Sześć godzin później. Hm, to już nie zadzwonię. Wczoraj jeszcze pamiętałam. Co za niefart… Na śmierć zapomniałam…
Idę się porelaksować, zdecydowanie to brak relaksu źle wpływa na moje synapsy. Jak jestem zrelaksowana, to synapsy działają jak naoliwione. Kiedy ja się ostatni raz relaksowałam? Siedem lat temu? Osiem?
PS. SD to – dla niezorientowanych – siostra duchowa… Kto wie, ten wie…


  • RSS