ballada-z-trupem blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2008

Kocica mnie zalinkowała, wyzdradzając tym samym moją najgłębszą tajemnicę. Czyli mój tajny blog. Bo, proszę ja Was, każdy, kto przejdzie z mojego oficjalnego bloga na jej bloga (bo ona też jest zalinkowana) to z jej bloga już hyc – żabi skok do mojego tajnego bloga, bo oba są zalinkowane tuż-tuż obok siebie, wespół-wzespół. Chyba, że ten ktoś nie dotrze z jej bloga już do mojego bloga, bo po drodze padnie trupem. Kocica mianowicie urządziła ostatnio nagonkę na emerytów i rencistów i czyha na ich pieniądze. Rzucając przy tym okrutnym mięsem. Więc ja myślę, że jeśli ten ktoś trafi na jej bloga, to już do mojego tajnego bloga nie dotrze, bo legnie zmożony zawałem. Kocica mówi, że po co mu zawał, jak już ma dość innych wyszukanych jednostek. Ale zawał jakoś tak lepiej brzmi. Tak idiomatycznie. Żeby nie powiedzieć wręcz sentencjonalnie.
Zgubiłam się.
A chciałam o czymś zupełnie innym. Aha, o trupach. Bo tak sobie myślę, że to niesprawiedliwe, że jestem zaprzyjaźniona z prawie wszystkimi byłymi, minionymi, niedoszłymi, przeszłymi i teraz nie mogę sobie na nich poużywać. Bo tak jakoś mnie palce świerzbią, tak by się chciało wiwisekcję jedną z drugą zrobić, a tu nic. Nie wypada.
Bo świat jest taki mały, że wszyscy wszystkich znają. I powychodziłoby z tego pewnie więcej trupów niż zaplanowano. Nie byłoby komu zanucić ballady…
Nie będzie A., z którym kiedyś tak podstępnie grałam na imprezie w chowanego, nie będzie A., z którym na sianeczku-sianie szukaliśmy zagubionego śpiwora. Nie będzie też A., który romantycznie przygrywał na gitarze… Hm.. Czy ja miałam tylko amantów na „a”??? Czekajcie, a na „b”? Eee, no może ten B., co z nim przez mokradła wracałam. Wtedy, co buty zgubiłam… To Ordonka już śpiewała: święty Antoni, święty Antoni, buty zgubiłam pod miedzą, oj co to będzie święty Antoni, gdy się sąsiedzi dowiedzą, aaaaaaaaaaa”. Nie to nie były buty, to było serce. U Ordonki. U  mnie zdecydowanie buty. B. przestał się liczyć. Kolej  na „c” – są jakieś imiona na C? Nie ma. To „d”. Aaaaaaaa – D. Miłość z podstawówki. Już po K., o którym niżej, a przed A., o którym wyżej… Podstawiałyśmy mu nogę z koleżanką ze szkolnej ławy, on nas za to ciągnął za warkocze. Tzn. ją ciągnął, bo miała, mnie to jedynie za mysie ogonki albo za paski od fartucha… Pamiętacie fartuszki. Ja miałam nawet taki z paskami. Nie pamiętałam, ale wstawiono zdjęcie do nk, więc wiem. nk jest wielka. Może dzięki niej odnajdę wszystkie litery alfabetu? Następne jest „e”. Nie kojarzę, „f” – też pudło. I na „g” nic. Straszne. Nawet na „h” nie ma. No coś takiego, pół alfabetu zmarnowane. „i” – było, „j” było, „k” było – ale, coś mię wena odeszła…
Idę kąpać dzieci.
pa
PS. Słownik ortograficzny MS mówi, że nie ma takiego słowa „zalinkować”, nie ma też „wyzdradzać” i „poużywać” … Nie ma sianeczka. No i bloga też nie ma :-(

Kocica mówi, że mąż nie musi być narzeczonym, zanim się stanie mężem.
No, jak to nie musi, jeśli musi.
No bo pacz! Jeśli on – ten nie-narzeczony – Ci w drodze powiedzmy na przykład na lody, powie – choć się hajtniemy. I Ty  na to odpowiesz – no doooooobra i zmienicie kierunek. I zamiast na lody udacie się do USC w celu hajtnięcia. To te parę minut odbytych w drodze z lodów do USC on będzie przecież Twoim narzeczonym!!! Nieprawdaż? Prawdaż!
Ona mówi, że nie musi i ona wie, ale nie powie, bo nie wypada. A ja jej na to, że musi i już. No jak myślicie?
W ogóle to fuj, ale mam wielką czcionkę. Szanowni czytelnicy (w liczbie co najmniej dwojga) kazali mi powiększyć czcionkę, bo była ZA MAŁA. No więc powiększyłam, bo jeśli szanowni czytelnicy każą, to ja muszę. I teraz jest taka DUŻA obrzydliwie. Co oni mieli za ekrany, że im była za mała taka fajna wdzięczna ósemeczka. Powiększyłam do dziesiątki. Też źle. Teraz mam dwunastkę.
Dobrze? Mi nie.
Ale o czym to ja miałam…

O trójcach. Mogłabym jeszcze o trójce dzieci, ale mam tylko dwoje. Małe i mniejsze. No chyba, żeby doliczyć córkę chrzestną. Mam tylko jedną, więc razem daje trzy. Miałam mieć jeszcze chrześniaka, ale mi się wywinął, bo nie mam kościelnego. Podejrzewam, że to kulturalny chyt na wyrolowanie, ale niech jej będzie. Ale i tak nie wypada ładować dzieci, ani własnych ani cudzych do ballady z trupem, no nie? Niesmaczne to by było tak jakby.

No to nie będę. Ten blog miał być do prania brudów. Więc… Hm, co by tu jeszcze uprać? Albo nie mam nic brudnego, albo się już przyzwyczaiłam. Raczej to drugie. Idę do netu, szukać natchnienia.

                       ————————–

nie znalazłam. To może trochę popracuję? 

Mam hipersomnię idiopatyczną!
Zawsze ją miałam i wiedziałam, że ją mam, ale nie wiedziałam, jak się nazywa. A nazywa się imponująco, chyba przyznacie? O wiele lepiej mówić: mam hipersomię idiopatyczną, niż narzekać: ciągle chce mi się spaaaaaać… Czy to pogoda? czy ciśnienie? czy depresja? czy bachory budziły? Nie! Hipersomnia! Idiopatyczna!
Jak to dobrze, że istnieją czasopisma dla kobiet!

(przeniesione z to-bylo-tak)

to było tak…
męża Kazacha mam już 10 lat, a w Kazachstanie nie byłam ani razu…
Czemu? – ktoś się spyta. Ano bo w zimie to tam jest za zimno (minus 40 stopni bywa), w lecie tam jest za ciepło (plus 40 stopni bywa), wiosną za mokro (bo te wszystkie zimowe śniegi topnieją i płyną płyną ulicami), a jesienią… Jesienią nie wiem, ale też na pewno coś. Aaa, no i w lecie trzeba do Turcji, w zimie do Polski, jesienią szkoła czy przedszkole, a wiosną… Wiosną nie wiem, ale też na pewno coś.
Więc się nie dawało.
Aż w końcu powiedziałam sobie - raz kozie śmierć. Musi się dać. I już.
I dało się.
Polecieliśmy. Na dziesięć dni. Sam lot trwał tylko 6 godzin, ale w sumie cały dzień był wyjęty, bo to i dwie godziny wcześniej trzeba się czek-inować i jeszcze najpierw do Frankfurtu dojechać… A po przylocie kontrolę paszportową przejść (w Kazachstanie baaardzo długo mi się przyglądali. I mojemu paszportowi. I mnie. I paszportowi…). No i bagaż odzyskać. Tak, że podróż z dwójką dzieci może się okazać dość męczącym przedsięwzięciem.
Przylecieliśmy w środku nocy, a właściwie o drugiej nad ranem. Według naszego czasu była to zaledwie dziesiąta, ale kogo tam interesował nasz czas? Było nagle sześć godzin później i już. W domu, u teściowej od razu skoczyliśmy do łóżek - spać, spać, spać. Wstaliśmy późno (i według naszego czasu i według ichniego czasu) i przystąpiliśmy niezzwłocznie do aklimatyzowania się. Zimno było. Mrozów maksymalnych nie było, ale minus 32 stopnie termometr wskazywał. Nawet się ucieszyłam, no bo gdyby było minus 20, to też by mi było zimno, ale wszyscy by mówili: „eeee, tylko minus 20… Co to jest?”. A minus 32 - to jednak brzmi! Oczywiście nie cały czas było aż tak zimno - po dwóch-trzech dniach nastąpiło znaczne ocieplenie (do minus 20 właśnie), ale na sam koniec – na pożegnanie – znowu minus 30!
„Nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie” głosi ludowe przysłowie i tak też było. Po nałożeniu na siebie kilku warstw wełniano-polarowej odzieży, mrozu się w ogóle nie czuło. Tylko na posmarowanej grubo kremem twarzy takie sobie szczypanie. Do wytrzymania. Jedyną trudność stanowiło chodzenie w tylu warstwach odzieży (E. wyglądała jak miszka kosołapyj), ale w końcu wszystko jest kwestią przyzwyczajenia.
Czas spędzaliśmy na jedzeniu. Jako, że byliśmy pierwszy raz w Kazachstanie (w tym zestawie), trzeba było poodwiedzać wszystkich krewnych i znajomych. Spędzić parę godzin dziennie przy suto zastawionym stole (bieszparmak, manty, pielmieni, płow, sałaty, sałatki), słuchając wznoszonych na swoją cześć toastów. I samemu je wznosząc. I słuchając i wznosząc i słuchając i wznosząc. Toasty są długie i bogate w słowa. Ale nie zawiłe jak gruzińskie, to to nie. Raczej takie… rodzinne, powiedziałabym. Po zakończeniu posiłku następował „czaj” czyli herbata. Herbata po kazachsku to również suto zastawiony stół, tyle że słodkimi rzeczami – ciasto, ciasteczka, herbatniki, kilka rodzajów konfitur domowej roboty, cukierki, orzeszki, owoce. No i chleb, ser, kiełbasa – żeby nikt nie ostał się głodny… Aha, no i herbata. Pita z takich filiżanek-miseczek (bez uszka) w kazachskie wzory.
Dzieciom wakacje się baaardzo podobały. Zasypywane prezentami, huśtane na kolanach, karmione słodyczami do nieprzytomności, świetnie się bawiły. A miały też z kim, bo kuzynostwa trochę tam było.
Rozrywek kulturalnych zaliczyliśmy (ze względu na temperatury) niewiele: dwa razy byliśmy na „jołce” (po naszemu „impreza bożenarodzeniowa”) – raz w przedszkolu, a raz w Sali Kongresowej. Takiej prawdziwej z Dziadkiem Mrozem, z Snjeguroczką i śnieżynkami – piosenki, wiersze, tańce, a na koniec godzinne przedstawienie teatralne – dzieci były zachwycone!
I raz byliśmy w takim centrum dla dzieci, gdzie można było zobaczyć setki rodzajów ryb (nawet prawdziwego rekina), poskakać na trampolinie i pooglądać ciekawostki Kazachstanu w miniaturze.
Duże wrażenie zrobiło też na nas „lodowe miasteczko” – domki, pieczary, mosty, figury, rzeźby – wszystko wykonane z lodu. Aha, zapomniałabym o samym mieście. Astana („stolica Kazachstanu, położona w północnej części kraju na Pogórzu Kazachskim, nad rzeką Iszym. Dawniej Akmolińsk (do 1961), Celinograd (do 1992), Akmoła (do 1998).” – wikipedia), nazywana najmłodszą stolicą świata, jest architektonicznie imponująca. Oprócz szeregu bliżej nieokreślonych wieżowców i apartamentowców, zbudowanych ze stali, szkła, marmuru i granitu na uwagę zasługuje: uniwersytet, pałac prezydencki, muzeum prezydenckie, wieża Bajterek, kościół katolicki, kościół ewangelicki (tabernakulum nawiązuje swoim kształtem do jurty, tradycyjnego kazachskiego namiotu), ogromna synagoga, okazały meczet (ufundowany ponoć przez Arabów)… Tyle, że wszystko było dosyć szczelnie przykryte śniegiem… No i spowite w mocno minusowe temperatury. Ale wrażenie robiło. 
Ciekawe, jak to wszystko wygląda, gdy można patrzeć prosto. Bez futrzanej czapy, zasłaniającej czoło i połowę oczu (od góry) i puchatego szalika, zasłaniającego całą twarz i połowę oczu (od dołu)…
Trzeba by się tam wybrać jakiegoś lata!!!

(notka przeniesiona z to-bylo-tak)

Kocica nadal chce trupa. Skąd ja jej… O! Mam!
Już wiem, co jeszcze miałam w liczbie trzy! Narzeczonych!!! No może nie było ich (tylko? aż?) trzech, ale dla dobra wartkości akcji załóżmy, że było. Przecież nie chodzi o to, co było, tylko co powinno by było być, żeby było ciekawie, nonie? Notak.
Przy czym z góry od razu lojalnie uprzedzam, że męża mojego ruszać nie będę. Chociaż niewątpliwie musiał być czas jakiś moim narzeczonym, skoro został mężem. Ale męża trzeba szanować, tak nakazuje Koran i ja muszę się pilnować. bo Koran nakazuje nieposłuszne żony karać cieleśnie i dotkliwie. Mój mąż Koranem się nie kieruje (jeszcze), bo go nie zna (jeszcze), ale w każdej chwili to się może zmienić i co ja zrobię? Będę musiała wykreślać, fałszować fakty, usuwać kompromitujące informacje i mi się symetria trójcowa zawali. Więc lepiej nie. Nie będę go ruszać i już.
Lepiej już wydłubię z tego ciasta trzy inne smakowite bakalie.
Na przykład taki Z. Małżeństwo obiecywał (jak na narzeczonego zresztą przystało), siostrze swojej przedstawiał jako wybrankę tę dozgonną. Do tańca prosił. Pewnie i do różańca, nie pamiętam, ale by się rymowało. I nic. Przepadł bez wieści, zostawiają w sercu mym dziewczęcym, rysę i traumę (wtedy to słowo nie było jeszcze używane, ale to była na pewno ona. Poznaję ją). Nieufność do męskiego rodu została tam wryta. Na wieki. A miałam wtedy lat pięć…
Następny… Hm… To może A. No cóż. Porównać by to można do diabelskiej górki. W górę-w dół-w górę-w dół. I znowu od początku w górę-w dół i  zakręt. I głową w dół – i nogami w dół i zakręt. Mam chorobę lokomocyjną. Zawsze miałam. A kto bierze aviomarin jeżdżąc na karuzeli?
Więc następny… Kogo by tu… Ene due rabe… Może T? Nie. Bueee. A K? E-e. To może… Nie też nie.  Niee, no bez sensu, nic mi błyskotliwego nie przychodzi…
Muza mnie opuściła. Kocica mówi, że one suki te Muzy. Ale może to wcale nie ona Muza? Może to on Muz? Może ona jest rodzaju męskiego. Muz męski pasowałby mi do wątku zdecydowanie lepiej. Mógłby nawet funkcjonować jako trzeci narzeczony. Kryptonim M. Tyle, że nie obiecywał mi małżeństwa… Ale czy to stanowi?
Chyba pójdę spać.
A jutro się zastanowię, czy stanowi. Najwyżej coś dorzucę…
Dobranoc
Aha. Ps. Wszelka zbieżność imion, nazwisk i faktów jest absolutnie, ale to absolutnie przypadkowa… Wspomniana Muza to też nie Muza… I nie Muz. A zupełnie, ale to zupełnie kto inny…
 

Kocica pyta, co było dalej, co dalej, co dalej… A skąd ja mam wziąć coś dalej? Nic nie było dalej. Nie mam więcej żadnych trupów, ani w szafach, ani pod dywanami, ani nigdzie. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Więcej trupów nie pamiętam, a tych serdecznie żałuję… Inna sprawa, że ja trupa dopiero zauważam, gdy się o niego potknę. Czyli gdy spod dywanu (szafy etc.) zaczną wystawać nogi. Albo ręce. Albo coś-tam.
Więc nic nie było dalej.
Bajka o trzech siostrach się skończyła, a los mnie w trzech braci (jeszcze) nie zaopatrzył. Nie mam też trzech mężów (ani na raz ani po kolei), ani trzech żon…
Mam rodzeństwo cioteczno-wujeczno-stryjeczne, jak już wspominałam, ale czy mnie ich wiwisekcja by bawiła? A przede wszystkim, czy ICH by bawiła? Nakryją mnie na plotkowaniu i … no właśnie - wtedy będzie ballada z trupem, ale bez autora(–rki) w roli głównej, bo to ja wystąpię w roli trupa. Wszyscy lubią obgadywać, ale nikt nie lubi być obgadywany…
Już i tak o mnie wieść idzie, że jestem plotkara okrutna, a to nieprawda i niesprawiedliwość i potwarz, bo ja wcale nie plotkuję, tylko najwyżej udzielam informacji zapytującym. Jeśli ją mam, tę informację. Jeśli nie mam, to z palca nie wysysam. Noooo… No, może czasem coś podkoloryzuje, ale to tylko dla dobra wartkości akcji. I dla dobra słuchacza. Przecież nikt nie chce być zanudzany, nieprawdaż.  Prawdaż.
Dlatego lepiej już skończę to pisanie o niczym i pojawię się znowu, jak będę miała coś do powiedzenia 

Bloga zaczęłam prowadzić „z biegu” tzn. opisałam to, co mnie w danym momencie poruszyło. Nie wyjaśniając co i jak. Ktom ja i skąd pomysł bloga. Teraz śpieszę nadrobić zaległości. Postawię tę notkę na początek, żeby łatwo ją było znaleźć.WięcCoś o sobie. Ale co?Jestem dosyć przeciętna. Środkowa wręcz. Nie gruba, choć i nie chuda. Raczej jabłko. Nie wysoka i nie niska. Włosy mysie, oczy piwne, znaków szczególnych brak. No chyba, że okulary. Inteligencja przeciętna, poczucie humoru niegdyś powyżej przeciętnej, obecnie poniżej, więc też wychodzi środek. Umysłowość zmącona, wiedza wyrywkowa, hobby w rozsypce. Sportów nie uprawiam. No, jeżdżę na rowerze, ale tylko do celu. Podobnie ze spacerami. Nie spaceruje, ale dużo chodzę, bo muszę. Nie cierpię (i nie umiem za dobrze) jeździć autem, więc muszę chodzić… Od dwudziestu lat mieszkam w Niemczech, od 11 jestem mężatką, od ośmiu matką syna, od pięciu matką córki. Z wykształcenia i zamiłowania jestem filologiem, z zawodu tłumaczem. Jeszcze coś? Jestem wegetarianką. Chrześcijanką z ciągotami buddystycznymi. I aspiracjami literackimi. Niespełnionymi, jak dotychczas, bo prześladuje mnie ubóstwo point. Bloguję, bo mnie Kocica namówiła. Ona nosiła się z tym pomysłem już czas dłuższy i przekonała mnie, że w dwójkę raźniej. Ale bloguję też, bo mam skłonności ekshibicjonistyczne. Obnażyła je moja emigracja. A może wyrobiła. Nie wiem. Bliżej o tym tu.

Kocica ma trupa pod dywanem.
I mnie trochę jakby zainspirowała do refleksji nad trupami pod moimi dywanami, w moich szafach i w ogóle. Bo co tam ten jej mały lekko zatęchły trupik w porównaniu z moimi zwłokami rodzinnymi.
Na przykład, proszę ja Was, fakt, że mam ogromną masę sióstr. Które się między sobą nie znają.
1) M.
Moja siostra. Kiedyś przez pewien okres czasu (jak była mała i plątała się między spódnicami) kłóciłyśmy się. Potem przez pewien okres czasu uwielbiałyśmy się. A teraz kochamy się bardzo, choć mamy i wzloty i upadki. Ale pracujemy nad wzlotami.
Siostra ta ma brata. Całkiem nowego. Choć starszego. Zawsze chciałam mieć brata. Starszego. Więc mam? Czy to mój brat? Czy ja mam brata? Bo brat nie ma mnie. On jest taki oszołomiony (radośnie co prawda, ale jest) faktem, że ma siostrę (czyli moją siostrę, która jest jego siostrą bez dwóch zdań), że zdecydowanie nie jest w stanie przerobić emocjonalnie jeszcze jednej siostry (czyli mnie. Która nie jest tak  naprawdę jego siostrą…).
2) J.
J
eszcze jedna siostra. Wcześniejsza. Najpierw jej nie było, potem była. A potem przestała być nie tylko siostrą, ale w ogóle. A teraz jest. Zmaterializowała się z nicości i cieszę się z tego faktu, bo mi jej brakowało. Nie byłam dla niej dobrą siostrą, ale siostry chyba nie bywają dobre. Zwłaszcza w tak młodym wieku. Chyba z założenia muszą być złe. Czytałam ostatnio w mądrym czasopiśmie o wychowywaniu dzieci, że rodzeństwo musi się kłócić, bić i spierać, bo to nauka życia… Więc się uczyłyśmy…
3) D.
Najmłodsza siostra. Jest najmniej moją siostrą, bo widujemy się najrzadziej i tylko na krótko. Nigdy nie byłyśmy tak naprawdę siostrami i pewnie już nie będziemy, ale to właśnie ona – z prawnego punktu widzenia - jest najbardziej moją siostrą…
Dziwne to wszystko…
Aha, zapomniałabym dodać – tak w ogóle to jestem jedynaczką. Jedynaczką, która ma trzy siostry, jednego brata i być może jeszcze wiele innego rodzeństwa w szafach.

Oczywiście jeszcze była Małgosia. Ale ona żyła niecałe dwa tygodnie…
No i nie mówię tu oczywiście o siostrach i braciach stryjecznych, ciotecznych ani wujecznych. Bo to, to zupełnie, ale to zupełnie inna bajka.
 

________________________________________________________
OSTRZEZENIE! Wszystkich bliskich i dalekich, krewnych i znajomych, chętnych do wpisania komentarza pod tą notką pod inną notką lub w Księdze Gości (do której serdecznie zapraszam) proszę o niewpisywanie swojego adresu mailowego. Bo się on wyświetli. Na pożarcie spamerom… 


  • RSS