"Dzwoniący telefon przez lata był moim koszmarem. (...) E-mail jest cichszy i bezpieczniejszy - nie musisz się konfrontować ze stanem emocjonalnym rozmówcy i możesz ważyć słowa tak długo, jak zechcesz."
Rozmowa Pauliny Reiter z Jennifer Egan,
Wysokie obcasy 41, 15.10.2011
i na inny temat:
- Rzeczywiście kobiety dojrzałe często diametralnie zmieniają swoje życie.
- To w tej fazie (...) odkrywają, że za bardzo straciły kontakt z sobą. Dlatego zmieniają się wtedy diamtralnie: zmieniają pracę, robią sobie przerwę w karierze, rozwodzą się, biorą się za siebie, realizują marzenia. Wracając do ogrodniczych metafor - raczej rozkwitają, niż więdną.
- Kobiety często zmieniają swoje życie, jak odchowają dzieci.
- Lub dopiero po śmierci rodziców, bo czasem mamy tak kontrolujących, hamujących w rozwoju rodziców, że nie mamy siły, by ruszyć ten proces wystarczająco głęboko.
Rozmowa Pauliny Reiter z Alicją Długołęcką,
Wysokie obcasy 24, 18.06.2011
Wtedy doszłam do wniosku, że jak mężczyzna jest ode mnie silniejszy, to muszę zmienić kontekst, bo stracę siebie. Bardzo uważam, żeby nikt nie przybierał wobec mnie "tonów mężowskich". Kiedyś zapytano mnie w rozmowie prywatnej: "A mężczyzna?", odpowiedziałam: "W domu nie trzymam".
(...)
"Zapewne jestem urodzonym samotnikiem. Poza tym doszłam do takiego momentu w życiu, kiedy sama dla siebie jestem dużą przyjemnością. (...) Kiedy w domu jest mężczyzna, trzeba dla każdej z tych rzeczy wywalczyć sobie miejsce albo ulec. A to ruina życia.
(...)
Oni (...) i tak są przekonani, że kobieta będzie ich obsługiwać, zaspokajać ich potrzeby i dawać pierwszeństwo ich dążeniom i ambicjom. Będąc z mężczyzną, trzeba walczyć o swoje, a to nie jest ekonomiczne, w tej sytuacji "mźżczyzna się nie zwraqca". Nie potrzebuję, żeby mnie mężczyzna utrzymywał lub pocieszał. To brzmi zbyt cynicznie. Mężczyźni są wspaniali,. bez nich życie byłoby miałką draźnością. Problem leży w demoralizacji życia razem, w domaganiu się wierności, budowaniu jakiejś fabryki wykuwania życia, zależnościach, uzależnieniach...
Rozmowa Agnieszki Kozak z Marią Anną (Maszą) Potocką
Wysokie obcasy 41, 15.10.2011
Córka: Podaruję cioci na zajączka czekoladki!
Matka: Eee, lepiej nie. Wiesz przecież, że ciocia się odchudza.
Córka: To sobie schowa na później. Jak już będzie całkiem cieńka i będzie chciała się pogrubić, to sobie wyjmie i zje!
**********
Matka: Twoja siostra to zawsze była wesoła. Zwłaszcza jak była mała...
Syn: Ja też jestem wesoły...
Matka (z nieboskim zdumieniem): Tyyyyyyyyy??!?!?!?!?!
Syn: No. Ja. Jestem wesoły. Ja tylko tego po sobie nie pokazuję!
- O, widzę, że geometryczne wzory wchodzą w modę - mówię do sprzedawczyni - na oko dwudziestoletniej. Na wystawie wisiała sukienka w stylu mondrianowskim.
- Nie, to raczej wyjątek. W tym sezonie modny jest styl vintage - odpowiada mi dziewczyna.
- Vintage?! Lata dwudzieste? Trzydzieste? - Ucieszyłam się, bo lubię ten styl.
- Nieeee - panna mi na to - raczej takie ostre kolory, wie pani, w stylu lat osiemdziesiątych....
Dzisiaj syn mojej przyjaciółki ma urodziny.
Drugi raz w życiu bodajże. Choć lat ma już z siedem...
P. urodziła go 29 lutego, za 15 dwunasta. W nocy oczywiście. Miła położna, gdy ujrzała rozwarcie spytała, czy nie zechciałaby ona poczekać jeszcze, to dziecko urodzi się pierwszego marca i nie będzie problemów z urodzinami, ale jako że poród to przyjemność wątpliwa, P. wystękała tylko, że nie, że dziękuje, ale ona chce urodzić teraz zaraz już i w nosie ma urodziny dziecka. Czy będą co rok, czy co cztery lata. W danym momencie jest jej to kompletnie obojętne!!!
Zaczęłam pracę. Wprawdzie dalej na własny rozrachunek, ale przynajmniej wychodzę z domu.
Jestem Panią Nauczycielką!!! Niczym Ania z ZIelonego Wzgórza.
Uczę języka niemieckiego i mam bardzo zmotywowaną grupę. Wszystkie panie (bo to żeński kurs) bardzo są żądne wiedzy i nauka sprawia im widoczną radość. Po pierwsze poprosiły, żeby lekcje zaczynały się nie o dziewiątej, a o wpół do. Po drugie, skróciły przerwę z pół godziny na dwadzieścia minut. Po trzecie, także w czasie przerwy domagają się wyjaśniania nurtujących je problemów językowych. I tak jak w innej grupie (w której też uczę jeden dzień w tygodniu) panie przychodzą tak z 10 do 20 minutowym spóźnieniem, tak w tej są wszystkie raczej punktualne. W drugiej grupie za piętnaście dwunasta uczennice szurają już nogami (bo ta poprzednia nauczycielka je wcześniej do domu puszczała), w tej grupie pięć-dziesięć po dwunastej zwykle pytam: nie chcecie dziś iść do domu?
Ale jest to miłe. Zwłaszcza że prawią mi komplementy na temat mojego stylu nauczania :-)
Za to mój szwagier (Niemiec) orzekł, gdy usłyszał, że uczę niemieckiego:
- No tak. Jasne. Każdy może przecież uczyć... (das kann ja jeder machen)
- Cat Stevens - If I Laugh
- George Benson - In Your Eyes
- Whitney Houston - Didn't We Almost Have It All
- Lionel Richie - Hello
- Herbert Grönemeyer - Flugzeuge
- Nena - Ich häng an dir
I jeszcze 16 "zabronionych utworów" dla nieszczęśliwie zakochanych wg Ildikó von Kürthy w Höhenrausch:
1. The Cripple and the starfish (Anthony and the Johnsons)
2. Sometimes I Feel Like a Motherless Child (Van Morrison)
3. One (Johnny Cash)
4. Sail away (David Gray)
5. If I Could Fly (Boy George)
6. I Don't Wanna Talk about It (Rod Steward)
7. Into my Arms (Nick Cave)
8. In the Wee Small Hours of the Morning (Frank Sinatra)
9. Save Me (Aimee Man)
10. Where Did You Sleep Last Night (Nirvana unplugged)
11. Give Judy my Notice (Ben Folds)
12. The Blowers Daughter (Damien Rice)
13. One Day You'll Dance for Me Ne York City (Thomas Dybdahl)
14. Take this Waltz (Leonard Cohen)
15. Giselher (Marius Müller Westernhaben)
16. Just a Mann (Los Lobos)
A co pasowałoby z polskich utworów? Może:
Moja małpa Bajmu
Tango Budki Suflera
Z nim będziesz szczęśliwsza SDM, a właściwie Stachury
"Es ist doch immer wieder erstaunlich, mit welcher Selbstverständlichkeit man Freunden Ratschläge gibt, an die man sich selbst noch nie gehalten hat. Geduld kann jeder haben? Wenn ich das schon höre! Dass ich so was überhaupt über die Lippen bringe. Man kann eben wunderbar weise reden, wenn man sich nicht entsprechend verhalten muss.
Aber so gehört sich das unter Freundinnen: Wenn du ihr sagst: "Ruf bloß nicht an", ist euch beiden bereits völlig klar, dass sie sofort zum Hörer greifen wird, sobald du aus der Tür bist - so wie du es auch getan hast, als es ihre Aufgabe war zu sagen: "Ruf ihn bloß nicht an."
Das macht eine Frauenfreundschaft aus: sich immer wieder gegenseitig den richtigen Rat geben, sich immer wieder gegenseitig verzeihen, dass dieser Rat nicht befolgt wird, und sich immer wieder gegenseitig dabei zu unterstützen, die daraus resultierenden unerquicklichen Folgen zu überstehen."
Ildikó von Kürthy: Höhenrauschk S. 40-41
"W żyjących bliżej natury kulturach nie spotyka się czegoś takiego jak baby-blues, czyli lekkiej depresji pojawiającej się mniej więcej trzeciego dnia po urodzeniu dziecka - bo to nie wahnięcia hormonalne, jak się powszechnie sądzi, odpowiadają za pojawienie się tego spadku nastroju, ale właśnie aspekt kulturowy. Rzeczywistość, w której rola matki sprowadzona zostaje do zdegradowanej społecznie i pozbawionej wsparcia opiekunki na 24-godzinnym dyżurze, która w dodatku słyszy, że ponosi całą odpowiedzialność za przyszłą osobowość narodzonego właśnie dziecka, może zwalić z nóg nawet najodporniejszą osobę."
Polityka 2/2012
http://www.polityka.pl/nauka/czlowiek/1523107,3,o-niezwyklych-relacjach-doroslych-i-dzieci.read
"Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę." Więcej... http://wyborcza.pl/1,75475,11073657,Wislawa_Szymborska_nie_zyje.html?utm_source=Facebook&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza#ixzz1lE11TiPk
"Fajną książkę czytałam" - "Momenty były?" - "Maaaaasz""
Na polski przełożono:
- Taryfa księżycowa (niem. Mondscheintarif)
- Podróż po miłość (niem. Freizeichen)
- Zawrót głowy (niem. Höhenrausch)
- Złamane serce (niem. Herzsprung)
"W czym tkwi tajemnica mojego szczęśliwego małżeństwa? Zawsze byłam zakochana - rzecz jasna nie w swoim mężu." (Tante Helga)
Tytuł: "Endlich"
O czym?: powieść o bombach zegarowych. O kobietach, które przeżywają swój drugi okres dojrzewania, które nagle znowu są tak niepewne i tak zagubione, jak już kiedyś, gdy miały po 14 lat – tyle, że tym razem walczą ze zmarszczkami i żylakami zamiast z pryszczami i wągrami. A każdy przecież wie: dojrzewająca kobieta znajdująca się na drodze do samourzeczywistnienia jest równocześnie kobietą na ścieżce wojennej. (z obwoluty)
Autorka: Ildikó von Kürthy, ur. 20-01-1968 w Aachen, dziennikarka tygodnika "Stern" i kolumnistka magazynu "Brigitte". Wydała siedem powieści: Mondscheintarif. (1999), Herzsprung (2001), Freizeichen (2003), Karl Zwerglein - eine Geschichte für Zauberinnen und Zauberer. Kinderbuch (Rowohlt 2003), Blaue Wunder (2004), Höhenrausch (2006), Schwerelos (2008), Endlich! (2010).
Z internetu: Książki tej autorki napisane są z dużym polotem. Charakteryzują się bardzo dobrze poprowadzonymi dialogami. Znamienne dla nich jest wiele znakomitych obserwacji obyczajowych.
"ein sekundenschnell verglimmender Funke im Feuerwerk der Weltgeschichte"
"Każdy mężczyzna jest rękopisem, który należy najpierw skorygować" (Katarzyna Wielka)
"Mój mąż obawia się wpływu moich przyjaciółek na mnie. Być może ma w tym nawet trochę racji. Gdyż rzeczywiście człowiek jest to nieco wyprowadzony z równowagi, gdy inni spełniają swoje marzenia, na które się samemu nawet nie wpadło."
We wtorek spadłam ze schodów. Przeżyłam, ale szczykło mie.
W środę pokłóciłam się z małżonkiem. Nie pamiętam o co.*
Ale się pogodziliśmy.
W czwartek znów nie rozmawialiśmy. Nie pamiętam dlaczego.**
W piątek się pogodziliśmy. Wyleciał.
W sobotę zrobiłam imprezę. Malutką. Właściwie imprezunię. Właściwie wieczorek kinowo-telewizyjny. Z ciutką alkoholu i żartami mniej lub bardziej wybrednymi. Przed filmem. I zaśmiewanie się na filmie. I po filmie też.
A dziś jest poniedziałek wieczór. Mieszkanie powoli (ale bardzo powoli i nie do końca) zaczyna wracać do stanu sprzed imprezy, a ja przysięgam sobie (jak już wiele razy wcześniej), że nigdy więcej. NIGDY.
Imprezowanie - fajne.
Sprzątanie - niefajne.
Bilans nie wychodzi na zero.
_________________________________________
dużo później:
* przypomniało mi się. Zahaczyłam autem o murek. Mój Boże, toż to rzecz nabyta, żeby aż tyle hałasu o nic?!
** też mi się przypomniało - że chcę robić imprezę. Pod jego nieobecność. Jak robię pod obecność, też jest afera, więc co?
Urodziny wyprawione. Hucznie, jak i rok wcześniej. Stosy kanapek, tańce, hulanki, swawole - gdyby nie pewne, prawnie usankcjonowane nieporozumienia, oparte zresztą na konflikcie międzynarodowym, na szczęście nie zbrojnym, to była by to impreza roku (a rok - przypominam dopiero się zaczął). Sylwester minął, jak minął, zdecydowanie jednak wolę domówki. Choć i na domówkach, nie zawsze muza jest taka, jaką by się chciało, ale to normalne w niehomogennym towarzystwie. Przynajmniej towarzystwo można sobie wybrać, choć i to tylko w jakimś tam stopniu.
Rozmowa wieczoru odbyła się na temat... prasy.
Bohaterowie: Osobnik męski (OM), Ona1, Ona2, Ona3.
- To ty czytasz Politykę?!?!?! - OM zdumiał się tak autentycznie, że Ona1 poczuła się w obowiązku wytłumaczyć - No tak... Ona kiedyś była lewicowa, ale teraz już nie, w tej chwili to, moim zdaniem, jedno z lepszych czasopism...
- Nieeeeeeeee - OM na to - nie chodzi mi o poglądy, tylko o to, że kobieta czyta tego rodzaju pismo - Szok.
- W sensie, że co? że nie ma tam nic o szminkach i lakierach do paznokci? - Chciała się jeszcze upewnić, ale ton głosu już ostrzegł rozmówcę.
- Nie nie nie. To nie tak... Ale było już za późno. Na pomoc przybyła Ona3 (Ona2 już była na miejscu) i wspólnie rzuciły się jak harpie, rozszarpywać męskiego szowinistę na strzępy.
- To nie tak, że jestem jakiś męskim szowinistą - próbował się słabo wytłumaczyć OM - to miał być komplement... - Komplement? - nieudawane zdumienie. - No tak, że kobiety, że płeć piękna, że... - brnął dalej. - Aha, że nasze kobiece móżdżki są zbyt małe, aby pojąć wywody przytaczane w Polityce? - Ach, chyba się pogrążam jeszcze bardziej - poddał się w końcu. Chyba - przyznano mu trójgłośnie rację.
A wieczorem słyszano go, jak żalił się kompletnie zalany: - Ja tego naprawdę nie rozumiem, czemu wy, kobiety tę „Politykę” czytacie?! Macie przecież tyle fajnych czasopism! Z modą... Z butami...
09.12.11 - odkrywam genialny sklep z biżuterią - szał! Jest to miejsce, w którym tanio sprzedaje się rzeczy zakupione hurtem od sklepów, magazynów itp, które zbankrutowały. Już go wcześniej widziałam, ale wówczas nic ciekawego nie zoczyłam. A tym razem zbankrutował Weltladen. I niedrogie już wcześniej rzeczy oferowane są za bezcen, bo sklep zamykają 31go grudnia. Kupuję 13 sznurków korali, bransoletkę i pierścionek. Chyba czeka MNIE bankructwo...
12.12.11 - sprawdzam, czy ta genialna biżuteria nadal jest taka genialna. Jest!!! Kupuję 14 wisiorków i korali...
19.12.11 - pokazuje sklep A. - też się jej podoba, choć może jest bardziej powściągliwa w zakupach. Ja ograniczam zakup biżuterii do kilku sztuk, ale kupuję za to dwa obrusy, trzy wazy na kwiaty i parę puzderek na biżuterię...
22.12.11 - niechże wreszcie zamkną ten sklep, bo się wykończę. A już na pewno konto bankowe :-( - Przysięgam uroczyście - następny raz pójdę dopiero 31go!
28.12.11 - mam wreszcie kreację sylwestrową! Niech żyje outlet w Metzingen!
29.12.11 - zakupy jedzeniowe...
31.12.11 - zaglądam do mojego ulubionego sklepu i rozczarowanie - zamknęli go (i zrobili wyprzedaż totalną) 30go. Jestem rozczarowana, ale być może uratowało mnie to od plajty ostatecznej. Za to... ...wreszcie.... ...impeza.
O 20.00 zbiórka u G. - kanapki i alkohol, boć przecież tylko wstęp opłacony. Resztę trzeba będzie we własnym zakresie. Okazał się to być bardzo mile spędzony czas. Tak mile, że na sali balowej znaleźliśmy się dopiero o 22.30. A i podczas podróży tramwajowej w wyborowym towarzystwie i z krążącą butelką szampana bawiliśmy się wyśmienicie.
01.01.12 - cały dzień się wyleguję w łóżku, co mi baaaaaaaaaaardzo dobrze robi. Jak już muszę wstać, to chodzę ostrożnie, uważając, żeby głowa nie spadła mi z karku. Ledwo się trzyma, ale udaje mi się przeżyć dzień bez większych kolizji.
02.01.12 - proza życia dogania. Choroba w domu i w zagrodzie... Trza zakasać rękawy i wrócić do codzienności. Pranie, zmywanie, sprzątanie...
Mój mąż (Nie-Polak) śpiewa kolędę:
- Bóg się roodzi, oswobodzi..."
Poprawiam go z kuchni:
- Bóg się roodzi, noc truchleje..."
- Kto chleje?! - pyta zdumiony mąż...
***
To on zresztä parę lat temu wyśpiewywał:
- Bo uboga była, rąbek z głowy zdjęła... - przerywa, zamyśla się - hm, a po co ona u tego Boga była???
Tak sobie właśnie prasuję koszule i rozmyślam o Dżulietcie.
Dżulietta to mężatka od lat stu, która nigdy, ale to nigdy nie zdradziła męża. Ani romansów, ani flirtów nawet. Przykładna Penelopa, wierna aż po grób.
No może nie po grób, bo w końcu stało się. Chemia ją dopadła i narodził się flirt. Flirt, jak flirt - nie on sam w sobie był istotny, ale fakt, że poczuła się jak śpiąca Królewna obudzona z kamiennego, stuletniego snu. Dla męża - wiadomo - po stu latach atrakcyjnością równała się zmywarce czy pralce. Jak to facet, nie na estetykę patrzył, tylko na funkcjonalność. Dobrze zmywa - dobry sprzęt - i tyle. A tu nagle nie żona, nie matka, nie kuchta, nie personel, tylko kobieta. Adorowana. Cudowne uczucie. Zapomniane uczucie. Endrofiny wybuchły, dopamina zwariowała, życie poróżowiało, a ziemia zaczęła się dwa razy szybciej kręcić.
Wszystkie złe demony przepadły. Dementorzy o zimnym oddechu przepadli jak przegnani srebrnym patronusem.
I nawet w małżeństwie zaczęło się lepiej dziać.
A potem się wszystko rypło.
I koniec bajki.
Co bardziej boli? Świadomość, że facet, na którym Ci zależy ma Cię gdzieś, czy zdrada w przyjaźni?
Fakt, że Anindita została porzucona przez męża nie naruszył jeszcze bryły z posad świata. Zdarza się. Odkochał się. Bywa. Szkoda, że ona nie zdążyła się na czas odkochać, ale bywa i tak. Boli, ale można dać radę. Szkoda, że w sprawę wplątane jest dziecko, ale bywa i tak. Można i tu w takim przypadku dać radę Najważniejsze jest rozejście się na poziomie. Na wysokim poziomie ma się rozumieć.
I na takie się ono właśnie zapowiadało.
- Wszystko ci zostawię, wszystko! Będę miał małą kawalerkę, wezmę więc tylko swój komputer i kota – oznajmił on. Nie będę ci robiła żadnych trudności z dzieckiem, możesz je widzieć lub brać kiedy chcesz – oznajmiła więc ona. Dziecku niczego nie zabraknie, będę płacił regularnie. Oprócz tego oczywiście będę się z nim regularnie spotykał. – to on. Nie będę z ciebie zdzierać całej sumy, która mi się wg tabeli düsseldorfowskiej należy; wiem, że dużo nie zarabiasz, wystarczą dwie stówy, byle regularnie płacone – odwzajemniła się ona. Możesz przejąć mieszkanie, udziały w spółdzielni, które wpłaciłem, przepiszę na Ciebie – oznajmił on. Itd. Itp. No, pełna kultura.
Wersal trwał tydzień.
- Ach, wezmę jeszcze wieżę i kolumny - oznajmił on. Weź - zgodziła się ona - ale zostaw laptopa dziecku. Ależ oczywiście, laptop dziecku zostawię, ale wezmę też te duże kolumny z telewizora - na to on. Szkoda, ale ok - zgodziła się ona - tylko zostaw telewizor. Ależ oczywiście, telewizor zostawię, ale wezmę też tę lampę stojącą - oznajmił on - i trochę pościeli, i trochę naczyń, garnków. Kota nie wezmę jednak, bo nie mam tam warunków. - Jasne, spakuję Ci wszystko, a kota zostaw. Nie ma sprawy.
- Co ty opowiadasz, że podjeżdża już czwarty raz autem po rzeczy? - zdziwiła się koleżanka, której coś tam opowiadałam - Przecież mówiłaś, że chciał wziąć tylko komputer i kota? - No cóż, okazało się, że jednak jeszcze parę innych rzeczy weźmie. Ale kota zostawił!
I wówczas zaczęło to już wyglądać na trochę mniejszy Wersal...
Ale dalej było ok. Dalej bolało, ale dalej było na poziomie
Do czasu. Do czasu aż się okazało, że małżonek (ex-) bynajmniej nie wynajął sobie kawalerki, nie nie. Wprowadził się do matki najbliższej przyjaciółki swojego dziecka. Jego dziecko chodziło z tamtą już do przedszkola, potem do szkoły, świetlicy... Dzieci często się odwiedzały nawzajem, nieraz też nocowały u siebie. Mamy znały się dobrze, spotykały się często przecież, więc nieraz zwierzały się sobie wzajemnie. Można powiedzieć, że były dość mocno zaprzyjaźnione.
Ale tu właśnie skończył się Wersal.
- Tak, mieszkam u niej - oznajmił butnie - masz z tym jakiś problem?
I okazało się, że zero przepisywania udziałów, z mieszkania znikały coraz to nowe rzeczy łącznie z laptopem, na alimenty brakło pieniędzy, a obiecane spotkania z dzieckiem zamieniły się w zabieranie dziecka do mieszkania kochanki, gdzie oglądało ono swojego tatusia, jak się bawi z "tą drugą" - z jego (dziecka) przyjaciółką.
I jak się z mamusią koleżanki obściskuje na kanapie.
I jak rączka w rączkę przychodzą do świetlicy odebrać dzieci.
Stało się to, co się stać musiało - Ona mi ukradła tatusia - płakało dziecko.
Porzucenie przez męża bardzo boli, ale jak ojciec krzywdzi dziecko - wtedy już nie ma pardonu.
I nie ma Wersalu.
Jest pole bitwy.
Dziś mam dzień szoków. Musiałabym chyba z tonę cukru wpieprzyć, żeby się pozbierać...
Jeśli to oczywiście prawda, że cukier pomaga na szok. A nie kolejna bajka z serii szpinak na żelazo, jajka na cholesterel, a margaryna lepsza od masła i vice versa.
Deotyma jest ładną, postawną blondynką, odznaczającą się dużym poczuciem humoru. Swojego męża zdobyła przez przypadek, tragiczny dość, a jak już go pojęła, to w tajnym notesiku odkryła, że znajdowała się na pozycji czterdziestej szóstej. Zniosła to dzielnie i jest już szczęśliwą małżonką lat wiele.
Pożycie? Jakie pożycie po dwudziestu latach? - odpowiada zdumiona na zadane jej pytanie - po dwudziestu latach, to jak z bratem! Kto by żył z bratem? Dobrze nam się dzieje, żyjemy zgodnie, mąż mnie nie zdradza... - chwila zastanowienia - a może mnie zdradza? - lekki niepokój - kurczę, a może jednak zdradza??? A co tam - macha ręką - przecież się nie wymydli!!!
Na urodziny założyłam nową kreację - mini, luźno spadającą (maskującą brzuch) o dużym dekolcie, z cieniutkiego weluru o beżowo-złotym kolorze. Oglądajc się w lustrze (wciągnięty brzuch, wyprostowane ramiona, nogi ustawione "na modelkę", świeży makijaż), byłam sobą za-chwy-co-na. Laska!
Jako taka świetnie się na imprezie bawiłam. Piłam, szalałam, dawałam się obfotografowywać.
Właśnie przysłano mi zdjęcia...
Bez wciągniętego brzucha, z zaokrąglonymi ramionami wyglądam jak okrąglutki pluszowy miś. Który nie ma nic, ale to absolutnie nic zamaskowanego! Za to ma rozmazany makijaż...