... myszy harcują... :-)
- - - - - - - albo chorują :-(
Czyżby na wskutek harców???
Będąc młodą uczennicą i uczęszczając do studium ekonomicznego do klasy z poszerzonymi językami, miałam przyjemność zapoznać się z podstawami języka niemieckiego. Dość niechętnie jednakże - język ten jakoś nic a nic nie chciał wejść do mojej - podówczas młodej i lubiącej przecie języki obce - główki. Na próżno powtarzałam sobie, przeczytane gdzieś zdanie, iż język niemiecki to: "piękny język Goethego i Schillera". Dla mnie, jak i dla większości osób urodzonych w sześćdziesiątych czy na przełomie sześćdziesiątych i siedemdziesiątych lat, język niemiecki to był język esesmanów ryczących na wojnych filmach puszczanych nam z lubością:
Rrrrrrrrrausssss!!!
Achtungggg!!!
Schnella!!!
Cóż, wzbogaciły te filmy mój zapas słów, ale dosyć jednostronnie, powiedziałabym.
Z językiem tym nie zmagałam się zbyt długo, gdyż nauczycielka nasza poszła na urlop macierzyńsko-wychowawczy i więcej jej nie widziano. Nas pocieszano ruskim.
Potem była emigracja i kolejny etap podchodzenia "pięknego języka Goethego i Schillera". Długo trwało przekonywanie się, zwłaszcza, że nawet uwielbiany przeze mnie (a jednak!) "Król elfów" okazał się nie tylko nie być Królem Elfów, a Królem olch (bądź Królem olszyn), to jeszcze w dodatku w oryginale... hm... - no, cóż wygłoszę to świętokradztwo - wydawał się brzmieć gorzej niż w polskim tłumaczeniu.
No bo proszę na głos przeczytać:
Król Elfów
Czyj galop tak tętni w wichrze i ćmie?
To ojciec z swym synem na koniu w cwał rwie,
to ojciec swe dziecię w czas wiezie spóźniony
i grzeje, ogarnia mocnymi ramiony.
- Mój synu, wciąż z lękiem twarzyczkę zasłaniasz
- Nie widzisz, mój ojcze, jak Elf nas dogania?
Król Elfów w koronie... i wlecze swój płaszcz...
- Mój synku, mgły wstają i wloką się, patrz!
"Pójdź do mnie, chodź do mnie chłopczyno bez obaw!
Znam ślicznych gier mnóstwo, chodź pobaw się, pobaw!
I pełno mam kwiatów na brzegach mych wód,
a matka ma chowa złocistych szat w bród..."
- Mój ojcze, mój ojcze, czyś tego nie słuchał,
co Elf mi obiecał, naszeptał do ucha?
- Uspokój się synku, uspokój się mały,
to wiatr w olszynach liść rusza, liść stlały.
"Chodź piękny mój chłopcze, w te olchy... choć ze mną!
Me córki troskliwie hołubić cię będą.
Me córy tam tańczą, nim zejdzie świt -
wśpiewają, whuśtają i ciebie w swój rytm..."
- Mój ojcze, nie widzisz, tam w cieniu, przy drzewie
Król Elfów mnie wabi do swoich królewien
- Mój synku... mój synku sokoli mam wzrok:
To stare trzy wierzby szarzeją przez mrok.
"Ja kocham się w tobie, twój wdzięk mnie zniewolił,
a będziesz oporny, to porwę wbrew woli !"
- Tatusiu, tatusiu, ach jaki ból!
Już ciągnie mnie, ciągnie okrutny Król!...
Strach ojca porywa. Ostrogą spiął konia,
Wiatr ściga - a dziecko majaczy w ramionach.
I dopadł wrót domu, nim zeszedł świt.
Na rękach syn jego już nie żył, już stygł...
To był przekład Jadwigi Gamskiej-Łempickiej. A teraz oryginał:
Erlkönig von Johann Wolfgang Goethe
Wer reitet so spät durch Nacht und Wind?
Es ist der Vater mit seinem Kind;
Er hat den Knaben wohl in dem Arm,
Er faßt ihn sicher, er hält ihn warm.
Mein Sohn, was birgst du so bang dein Gesicht? -
Siehst Vater, du den Erlkönig nicht?
Den Erlenkönig mit Kron und Schweif? -
Mein Sohn, es ist ein Nebelstreif. -
»Du liebes Kind, komm, geh mit mir!
Gar schöne Spiele spiel ich mit dir;
Manch bunte Blumen sind an dem Strand,
Meine Mutter hat manch gülden Gewand.«
Mein Vater, mein Vater, und hörest du nicht,
Was Erlenkönig mir leise verspricht? -
Sei ruhig, bleibe ruhig, mein Kind;
In dürren Blättern säuselt der Wind. -
»Willst, feiner Knabe, du mit mir gehn?
Meine Töchter sollen dich warten schön;
Meine Töchter führen den nächtlichen Reihn
Und wiegen und tanzen und singen dich ein.«
Mein Vater, mein Vater, und siehst du nicht dort
Erlkönigs Töchter am düstern Ort? -
Mein Sohn, mein Sohn, ich seh es genau:
Es scheinen die alten Weiden so grau. -
»Ich liebe dich, mich reizt deine schöne Gestalt;
Und bist du nicht willig, so brauch ich Gewalt.«
Mein Vater, mein Vater, jetzt faßt er mich an!
Erlkönig hat mir ein Leids getan! -
Dem Vater grauset's, er reitet geschwind,
Er hält in den Armen das ächzende Kind,
Erreicht den Hof mit Mühe und Not;
In seinen Armen das Kind war tot.
...
Ale mijały lata, upływał czas i język niemiecki coraz bardziej wrastał mi w serce. Co jakiś czas zerkałam na oryginał Goethego i w dniu, w którym uznałam, że tak - że czuję ten rytm i wiem, o co biega, zrozumiałam, że proces rozwoju miłości do języka niemieckiego został zamknięty.
W tak zwanym międzyczasie wzbogacałam swoje słownictwo, zgłębiałam arkana gramatyki, zachwycałam się idiomami i frazeologizmami. Aż nadszedł czas, gdy zaczęłam studiować germanistykę, a konkretnie historię literatury niemieckiej i w trakcie studiów musiałam stwierdzić, że mam duszę lingwisty. Na szczęście zmiana punktu ciężkości nie była problemem i tak to się skończyło. Teraz jestem kurą, żoną, matką, a zrywy duszy zaspokajam w tłumaczeniach... technicznych instrukcji obsługi. Upoetyczniam je i podciągam stylistycznie, robiąc z nich skrzące oazy światła.
No i na blogu mogę rozwinąć skrzydła. Więc będę!!!
"Osoby dwukulturowe to osoby posiadające porównywalne kompetencje w zakresie kultur obojga rodziców. (...) Podwójne pochodzenie często prowadzi do problemów tożsamościowych. Ale zarazem skłania do stawiania sobie pytań, zmusza nas do decyzji. Otwiera nam oczy na problemy, z których istnienia nie zdają sobie sprawy inne oosoby, te o jednolitym pochodzeniu narodowym. Mieszane pochodzenie bywa czasem ważnym kapitałem na życie." (Prof. dr hab. Ewa Nowicka. W. Charaktery 7, lipiec 2006)
Dochodzą mnie głosy, zrzuty i zarzuty, że za dużo piszę o dzieciach. A o czym ja mam pisać, jak inne przygody mi się nie zdarzają?!?
Owszem mogłabym długo i ciekawie opisać, jak to dzisiaj walczyłam z plamą na kredensie, którą postanowiłam wywabić. Ale jej nie wywabiłam, więc nie byłoby happy-endu. A jak wiadomo opowieść bez happy-endu jest tylko połowę swojej wartości warta. Więc o czym? Wczoraj próbowałam pozbierać rozsypane przez dzieci koraliki z dywanu. Też było pasjonująco, ale to już za blisko muska o zakazany temat. Więc. Więc.
Jeszcze mogę o napełnianiu i wypróżnianiu zmywarki, o praniu, wieszaniu, prasowaniu. O pasjonującym i pełnym dreszczyka emocji zajęciu, jakim jest odśnieżanie przed domem. Cerowanie? Łatanie? Zszywanie? Wycieranie kurzy! Odkurzanie? Mycie podłóg.
Cóż życie kury domowej nie jest fascynujące. A kura domowa, która chce być literatką jest żaöosna. Ot co.
A matka...
Ha, matka to co innego. Matka to postać bohaterska? Matka to heroizm i gieroizm zarazem. Matka to pierś karmiąca i pierś chroniąca. To kwocze skrzydła i obszerne łono. To legenda, ballada i marsz. W jednej osobie!
Jaaak mnie się ciągle chce spać, uaaaaaaaa!!! Mogłabym całą zimę przespać! Tylko życia tak bardzo szkoda... Śpiąca Królewna - o, ta to miała się dobrze, 100 lat pospała, a jak się obudziła, to wszystko było w punkcie wyjścia... Tylko szok cywilizacyjny jakiś pewnie musiała przeżyć... No ale wiadomo, coś za coś.
skomentuj (4)
No, dobra, może już wystarczy tego dobrego? Cieszyłam się ze śniegu, ok, ale on miał padać w Ustroniu! Na wakacjach! W górach! Sanki, narty, bitwy śnieżne, bałwany itepe. A nie bieg do tramwaju, bieg z tramwaju, do przedszkola, do szkoły, na skrzypce, na flet, na sport, na balet, na piłkę, na zakupy... No a najgorsze w tym wszystkim to to odśnieżanie. Wot urok domku.
Odśnieżaj codziennie
Odśnieżaj starannie
Odśnieżaj dokładnie
A nie, to pożałujesz. Koleżanka nie odśnieżyła, baba się przewróciła i koleżanka dostała: rachunek od lekarza, rachunek z pralni, rachunek za nowe rajstopy i bodajże nawet manicure sobie kobita urządziła na jej konto. Bo padając, paznokieć złamała. Ha! W Niemcach porządek musi być.
No to już.
Wszystko po staremu. Stary w robocie, młode w szkole/przedszkolu, ja przed komputerem, albo przy garach. Jak akurat wypadnie.
Nasz nowy samochód pojechał z mężem do pracy. No, tak bardzo nowy, bo o trzy lata starszy od starego, ale dla nas nowy.
No i... niezupełnie nasz. Ale jak go spłacimy to będzie nasz. A stary-były samochód zapewne po wyklepaniu pojedzie do Polski, jak zasugerował Awruk. Nam twierdzono w żywe oczy, że złom totalny. I że łaskę robią, że biorą. A potem kazano dosłać zagłówki z tylnych siedzeń (były zdjęte, bo foteliki dziecięce) i roletę zasłaniającą luk bagażowy. Ciekawe po co? Żeby razem zezłomować???
No niech już im będzie. Najważniejsze, że żadnych strat w ludziach.
Jest dobrze!
Nieźle, nie?
A było to tak:
dzieci siedziały z tyłu zapięte i zadowolone, słuchając słuchowiska o Małym Królu. Mąż prowadził, ja drzemałam. Jednym okiem, jednym uchem, bo drugim słuchałam leniwie słuchowiska dla dzieci. Gdy słuchowisko zaczęło mi się mieszać ze snem, a wypowiadane kwestie wydawały mi się coraz bardziej surrealistyczne - zaczęlo się. Podobno cała akcja trwała pięć sekund, mnie się wydawało, że dużo dłużej, ale w sumie może i było pięć. Bo było raz: bum (ciężarówka), dwa: bum (płotek między stronami autostrady), trzy: bum (ciężarówka), cztery: bum (płotek) i pięć: bum (płotek, tym razem ten z prawej strony autostrady). I koniec. Stoimy.
- Wszyscy żyją? - spytałam dość drżącym głosem.
- Tak - jeden drżący piskliwy głosik z tyłu.
- Tak - drugi drżący piskliwy głosik z tyłu.
- Cały jesteś? - to do męża, bo że żyje, to widziałam na oko. - Cały. No, ja chyba też...
Wszystkie mięśnie mnie bolały, córka miała otartą pasem szyjkę, synek bolący kark. Oprócz tego traumy wszystkich nas. Więcej szkód "w ludziach" nie było. Ciężarówka odjechała cała i zdrowa. Płotek - się okaże. Najwięcej ucierpiało nasze autko. Szkoda go. Bardzo szkoda...
Ale żyjemy. To najważniejsze.
* * *
Córka jak zwykle nie wzięła aviomarinu. Po dojechaniu na miejsce (pożyczonym wozem) mąż się dziwi:
- Popatrz, ona tym razem w ogóle nie wymiotowała?
Na to córka z pretensją:
- No, przez ten wypadek, to nawet zwymiotować zapomniałam!!!
No, wreszcie spadło trochę śniegu. W końcu po to w góry przyjechaliśmy! Szkoda, że jutro wyjeżdżamy...
Mało nie brakowało, a tytuł mojego bloga by się sprawdził jak złoto. Tylko nie byłoby już komu pisać...
A tymczasem kolacja za pasem, a ja nie gotuję, nie piekę, nie trę, nie siekam, nie mielę. Nie wycieram, nie myję, nie podmiatam, nie doglancowuję. Nic a nic.
Wcza-su-ję--się!
W Ustroniu!
9letni syn "pyskuje".
- Stłuc cię? - pytam (raczej teoretycznie, bo jestem przeciwniczką kar cielesnych)
- Nie, no coś ty! Po co się masz męczyć?! - on na to z dużą troską.
anhedonia -niemożność przeżywania przyjemności
hipolibidemia - osłabienie popędu płciowego (wiąże się z szybkim niehigienicznym stylem życia, spłyceniem towarzyskim i uczuciowym. Bezpośrednim powodem hipolibidemii może być przewlekła choroba i przyjmowanie leków, nieakceptowanie własnego ciała, lęk (np. mężczyzny przed kobietą-modliszką), skutek zmuszania do seksu na przykład przez współmałżonka, a także zaburzenia hormonalne.
aseksualizm - nie odczuwanie żadnego pociągu seksualnego - nigdy do nikogo.
Przypuszcza się też, że aseksualizm, to po prostu awersja seksualna, zaburzenie, które powstaje po różnych traumach.
(źródło: Polityka Nr 39 z. 26.IX.2009)
Słońce świeci i jakoś mi lepiej...
Pewnie dlatego, że wczorajszy dzień już minął (bo wczoraj słońce też świeciło, a nie było lepiej). Gdzie te czasy, gdy cieszyłam się z urodzin?! Hm. I nic nie pomogło wciskanie wszystkim ciemnoty, że skończyłam 18. 18? Z dziewięcioletnim synem - no tak - 25? - Jedzie mi tu tramwaj, czy nawet - niech im będzie - 30!
159 znajomych zostało powiadomione przez bezlitosny portal NK o moim dokładnym wieku.
A w sumie to wszystko jedno, bo ja swój wiek znam (choć zdarzało mi się już używać dziesięciu palców, gdy mnie pytano o wiek, ale to dawniej) i nie będę ukrywać, że mnie on dołuje.
Stare powiedzenie: z tyłu liceum, z przodu muzeum mogłabym sparafrazować: w duszy liceum, na skórze muzeum...
Ale to chyba powszechne zjawisko, że człowiek czuje się młodszy niż jest.
I że jest przekonany, że tylko jemu ten los tak...
Co ja mogłabym zrobić, żeby stracić poczucie bezsensu?
skomentuj (4)
Czy są na sali jacyś psycholodzy? Psychoterapeuci? Psychowieszcze? Tłumacze snów?
Bo bardzo mnie nurtuje, dlaczego akurat P utina. We śnie oczywiście, ale niczym nieuzasadnionym. Ani nie czytałam nic na w/w temat, ani nie oglądałam, nawet do prasy okiem nie rzuciłam. Co tu ukrywać cały dzień siedziałam na Ebayu i targowałam zwierzątka firmy Schleich. To moje nowe hobby. Zakupoholizm. W necie. Sieć zarzucona na szyję...
A tu proszę. W ogóle, że to był w/w pan P., przepraszam towarzysz P. dowiedziałam się dopiero na samym końcu snu. Tuż przed obudzeniem. Ba, może nawet ułamki sekund po obudzeniu. Bo tak, to całą noc nie wiedziałam tego. W tym śnie były tak jakby dwie ja. Jedna brała udział, druga się przyglądała. Nienie, żadnego podglądactwa, żadnych momentów - to był dramat. Kryminał. Politthriller. To było jakoś tak, że on (ON) był jakimś szejkiem arabskim, a ja niewolnicą, czy czymś takim. No, taką kupioną żoną. Takim zakupionym towarem. Albo porwanym gdzieś na morzu, ze statku na przykład. I przywieźli nowy towar i mój, tzn. ja poszłam w odstawkę. A u t. P. nie idzie się od tak w odstawkę (w moim śnie oczywiście), tylko się jest katrupionym. I przez cały sen walczyłam z dylematem - uciekać? czy odzyskiwać względy? W pierwszym przypadku mogę ocalić głowę, ale nie muszę. Trudno obliczyć szanse. W drugim przypadku w razie powodzenia ukatrupiona będzie rywalka, a w razie niepowodzenia ja. I wtedy już nie ucieknę. Czyli szanse jakby fifty-fifty. Jeszcze miałam tam jakąś córkę, ale nie moją, tylko zupełnie inną. P-a córkę. Ale chyba ze mną. Nie jestem pewna...
Och, zmęczyłam się strasznie, mówię Wam!
Moja córka - złotowłosa, jedwabistowłosa - bardzo nie lubi się czesać. W związku z tym wyhodowała sobie malowniczego kołtuna. Gdy postanowiłam skończyć z malowniczością i uzbrojona w szczotkę do włosów zdecydowanym krokiem podążałam za nią (dookoła stołu), usłyszałam:
- A nie wstyd ci, żeby taka duża mamusia goniła taką malutką córeczkę???
Hm, zwracam się z uprzejmą prośbę o usprawiedliwienie nieobecności mojej osoby, ze względu na sprawy rodzinne, zawodowe i państwowe...
Ba! O-gól-no-ludz-kie!
Grypa paniedzieju. Grypa, grypa, grypa...
Zaglądam co jakiś czas na mój blog, z nadzieją, że coś się pojawi, że ktoś coś napisze, ale nic. Dupa blada. Albo zimna, nie pamiętam idiomu. W każdym razie mnie obumarły ręce, mózg i inwencja, a jakoś nikt nic za mnie nie chce pisać. A szkoda, bo blog to rzecz fajna, i fajnie jak się kręci.
Ale żyję, żyję, tylko co to za życie. Znikąd pomocy!
Potrzebuję kopa w dupę. Najwyraźniej. Jak mnieeeeeeee sięęęęęęę niiiiiiiiic nieeeeeeeeee chceeeeeeeeeeeeeeee...
No, może to nie byli aż tak bardzo niespodziewani. W sumie to się ich spodziewałam. Ale nie spodziewałam się, że będzie aż tak. A było strasznie. Nie będę się wdawać w szczegóły, czyt. prać prywatnych brudów na forum publicznym, ale cieszę się, że jestem po. I mam nadzieję, że nigdy więcej. Szczegóły na tajnym. Jak znajdę chwilkę czasu. Na razie muszę prać, prasować, zmywać, szorować. Składać, układać, porządkować.
skomentuj (6)
Moja 6-letnia córeczka lubi wykonywać kolorowanki on-line. I tak dziś rano odbyła się rozmowa:
- Mamusiu, mogę na chwilkę do Twojego komputera?
- Nie! Nie, nie i nie. Ile razy Wam mówiłam, od mojego komputera wara. To moje narzędzie pracy! Jak będziecie więksi, to będziecie mieć swój komputer, i wtedy róbcie, co chcecie.
- No tak, ale jak będę większa, to już mnie kolorowanie kolorowanek nie będzie interesowało...